31/12/2025
No i pyknęło dwa tygodnie.
Druga połowa była inna. Pod względem zabiegów, ale też moich obserwacji.
Oleju było jeszcze więcej. To dziwne uczucie brać olejową kąpiel, kiedy każdorazowo wylewa się na ciało pięć litrów oleju. O dziwo, zabieg był męczący(!) - co najmniej tak, jakbym to ja go wykonywała przez cały dzień.
Olej zaaplikowano również w miejsca, o których głośno i oficjalnie się nie mówi, bo są uznawane za intymne.
Na zakończenie, dla ugłaskania, był ryż i mleko. Nie wiem, czy jest indyjski odpowiednik Kleopatry, ale za każdym razem tak się czułam.
A wszystko to zjadliwe - każdy środek użyty na ciało można równie dobrze zjeść. Więc nie było tu zapachów perfumeryjnych, nie było marmurów i światła LED. Pokoje do masażu swoją surowością i wyposażeniem przypominały trochę ascetyczne pokoje tortur.
Te ciut ponad dwutygodniowe tortury, mimo wcześniejszego jedzeniowego niepohamowania, zrzuciły kilka kilogramów, wyregulowały ciśnienie i znacząco obniżyły puls, a więc spokoiły.
Z tym spokojem i bez tych kilogramów wchodzę z uśmiechem w nowy rok.
I Wam tego uśmiechu życzę w każdy z nadchodzących 365 dni.
A co do obserwacji.
Zaobserwowałam też coś ciekawego - co w psychologii nazywa się adaptację hedonistyczną. Ptaki, które pierwszego dnia zachwycały rano, zaczęły być coraz mniej słyszalne. Widok dalej piękny, ale jakby mniej zadziwiał. Masaż super, ale ruchy stawały się przewidywalne. I tak sobie biegniemy na tej hedonistycznej bieżni, szukając coraz to nowych ochów i achów dla naszego mózgu, bo ten nie chce się nudzić, mimo, że ja chyba się nauczyłam.