31/08/2020
Na zdjęciu jest żółtlica. Rośnie w każdym ogrodzie, jest uporczywym chwastem, ludzie ją wyrywają i wyrzucają. Mało kto wie, że jest jadalna. W Ameryce Południowej nazywa się guascas i jest jednym z ważniejszych warzyw w kuchni kolumbijskiej. Na amazonie foliowa paczuszka (10 gram) kosztuje 7 dolarów. Tak, to daje około 2800 zł za kilogram suszonej żółtlicy, choć pewnie kolumbijski rolnik dostaje z tego kilka centavos. Ale to inny temat.
Myślę o tym, czym jest bieda i zamożność. To bardzo złożona kwestia, ale chodzi mi teraz o dostępność dobrej jakościowo żywności. Jest sierpień, wszędzie leżą jabłka, śliwki, gruszki. Nikt ich nie zbiera. W przyrodzie nic się nie marnuje, zjedzą je ptaki, gryzonie, owady, ale mogliby też zjeść je ludzie. I co jakiś czas pojawia się w internecie tekst "co za bzdury z tą biedą w Polsce, skoro tyle dobra leży, rośnie, a nikomu się nie chce schylić". Myślę, że to nie takie proste. Bo oprócz takich oczywistych zasobów, jak kasa i czas, jest przecież jeszcze kapitał intelektualny, kulturowy, przekonania, przyzwyczajenia, wiedza, umiejętności. To wszystko może wspierać lub blokować. I mam takie poczucie, że dla wielu ludzi dostęp do całej tej jadalnej obfitości jest właśnie z tego powodu zamknięty.
Niedawno krążyła na fb historia pewnej rodziny, w której nie wystarczało na podstawowe potrzeby. Dostawali z opieki społecznej żywność, na przykład kukurydzę i groszek w puszkach, ale nie jedli ich, bo nie wiedzieli, jak to przyrządzić, nie umieją gotować. W jakimś momencie - kiedy? - całe rodziny zgubiły starą wiedzę przekazywaną z pokolenia na pokolenie i bardzo trudno im zdobyć ją z powrotem.
Znam pewną rodzinę, która kupiła dom na wsi z ogrodem i starym sadem. Jeżdżą do pracy, spłacają kredyt, opłacają szkołę dzieciom. Pytam ich, czemu nie zbierają owoców, przecież tyle dobra wisi, czereśnie, porzeczki, gruszki, jabłka... Eee, nie lubią, nie umieją, nie znają. Wolą banany i dżem ze sklepu. Wodę do picia kupują w butelkach za kilka stów miesięcznie, chociaż dobra płynie w kranie. Gdyby zniknęły markety, mieliby problem...
Jeszcze niedawno na wsi każdy, kto miał kawałek własnej ziemi, miał dostęp do wysokojakościowej, zdrowej, różnorodnej żywności. Dziś staje się ona przywilejem dla wykształconych elit, które od nowa uczą się ją uprawiać, zbierać i przetwarzać na kursach i warsztatach.
Mam w ogrodzie tyle żółtlicy, że mogłabym za nią dom postawić, gdybym umiała ją sprzedać. Nie umiem, ale mam to szczęście, że umiem zrobić z niej zdrowy, smaczny obiad. Ile jest wart?