Poradnia Żywieniowa Akaja

Poradnia Żywieniowa Akaja Jestem dietetykiem klinicznym i biologiem. Pracuję z osobami z zaburzeniami metabolicznymi i nie tylko. Stacjonarnie przyjmuję w Nakle ul. Lidia Lasik 660288730

Nowa 7 i w Wyrzysku ul. 22 Stycznia 41c. Prowadzę konsultacje online i projekty edukacyjne.

Magnez w diecie, konieczność czy fanaberia? Podobno diabeł tkwi w szczegółach. Tylko gdzie one są, gdy rozpatrujemy tema...
09/04/2026

Magnez w diecie, konieczność czy fanaberia?

Podobno diabeł tkwi w szczegółach. Tylko gdzie one są, gdy rozpatrujemy temat tak popularnego suplementu jak magnez?

To mikroelement, który nie uczestniczy w metabolizmie w sposób dekoracyjny. On go umożliwia. Każda cząsteczka ATP, czyli waluta energetyczna, którą nasz organizm wydaje na życie, potrzebuje magnezu. Bez magnezu nie ma uwalniania energii. Jest jedynie chemiczna potencjalność, która nie potrafi się zaktualizować.

A jednak właśnie ten pierwiastek pozostaje niemal niewidzialny. Nie dlatego, że jest rzadki. Dlatego, że jego brak trudno dostrzec w standardowym badaniu krwi. Niedobór nie wywołuje jednego, wyraźnego objawu. Zamiast tego rozprasza się w systemie: w spadku tolerancji na wysiłek, w napięciu bez uchwytnej przyczyny, w śnie, który bardziej przypomina zawieszenie niż regenerację. To biologia w trybie „prawie działa”.

I tu zaczyna się pierwszy błąd poznawczy. Utożsamiamy brak katastrofy z obecnością równowagi. Tymczasem środowisko, w którym funkcjonujemy, działa konsekwentnie przeciwko magnezowi. Rafinacja żywności nie służy zdrowiu, tylko wydłuża trwałość produktu. To, co nazywamy jakością, często nie ma nic wspólnego z wartością biologiczną. Zostaje kaloria, znika kofaktor. Organizm dostaje paliwo, ale traci możliwość jego efektywnego wykorzystania.

Stres nie jest metaforą. To konkretny proces biologiczny: aktywacja osi HPA, wzrost kortyzolu, przyspieszenie filtracji nerkowej. Magnez zaczyna być tracony szybciej właśnie wtedy, gdy jest najbardziej potrzebny. Powstaje paradoks: im większe obciążenie organizmu, tym mniej zasobów do jego stabilizacji.

Insulina tylko pogłębia ten problem. W warunkach hiperinsulinemii rośnie wydalanie magnezu, a jego niedobór dodatkowo pogarsza działanie receptorów insulinowych. To nie przypadek, tylko mechanizm, który sam się napędza. Do tego dochodzi farmakologia codzienności. Diuretyki, inhibitory pompy protonowej, alkohol. Wiadomo, że nie u wszystkich tło jest takie samo, ale wszystkie te czynniki wpływają na gospodarkę magnezem. Nawet gleba, od której zaczyna się łańcuch troficzny, zawiera go dziś mniej niż kiedyś. Jedzenie wygląda tak samo, ale nie działa już tak samo.

Pewien problem pojawia się również w diagnostyce. Najczęściej badamy magnez w surowicy, czyli tam, gdzie organizm broni jego poziomu najdłużej. Tymczasem większość magnezu znajduje się wewnątrz komórek. Wynik „w normie” nie oznacza, że wszystko jest w porządku. Oznacza tylko, że organizm jeszcze sobie radzi.

Efekty niedoboru nie są spektakularne, ale są spójne. Gorsza aktywacja witaminy D, słabsza wrażliwość insulinowa, większa pobudliwość układu nerwowego, niższy próg skurczu mięśni, większa niestabilność pracy serca. Do tego przewlekły stan zapalny o niskim nasileniu, który działa powoli, ale konsekwentnie.

To nie jest historia o jednym pierwiastku. To jest historia o systemie, który zaczyna tracić swoją precyzję. Bo biologia nie działa w trybie zero-jedynkowym. Działa na poziomie jakości. A magnez jest jednym z tych elementów, które tę jakość stabilizują.

Pytanie więc nie brzmi tylko, czy warto badać magnez, ale gdzie i jak interpretować wynik. Badanie z surowicy daje ograniczoną informację. Znacznie ważniejsze jest spojrzenie szerzej, na objawy, styl życia, dietę i obciążenia organizmu. Podobnie jest z suplementacją. Nie każda forma działa tak samo, nie każda dawka ma sens i nie każdy organizm potrzebuje tego samego. Są formy, które realnie wspierają układ nerwowy, metabolizm i takie, które pozostają głównie marketingiem.

Dlatego różnica nie polega na tym, czy bierzesz magnez, tylko czy bierzesz wszystko pod uwagę.

Magnez to nie jest tylko tabletka. To element układanki, którą trzeba najpierw zobaczyć, a dopiero potem świadomie uzupełnić.

Jeśli chcesz wiedzieć, czy to u Ciebie realny problem, co ma sens badać i jak dobrać formę, która faktycznie działa, to jest już przestrzeń pracy indywidualnej. Nie wszystko da się powiedzieć ogólnie. Ale można to zrozumieć, jeśli patrzy się we właściwym kierunku.

Brak katastrofy to jeszcze nie jest zdrowie. A magnez nie sprawi, że zaczniesz przyciągać pożądaną płeć jak magnes. Ale jego brak bardzo skutecznie sprawi, że zaczynasz działać na nerwy. A komu? To się okaże szybciej, niż pokażą wyniki.

Lidia Lasik
dietetyk kliniczny/ metabolizm/ edukacja żywieniowa

Brzuch. Ostatni bastion tłuszczu i pierwsza ofiara złudzeń.Są miejsca w ciele, które chudną jak dobrze wychowane dzieci....
20/03/2026

Brzuch. Ostatni bastion tłuszczu i pierwsza ofiara złudzeń.

Są miejsca w ciele, które chudną jak dobrze wychowane dzieci. Współpracują, słuchają poleceń, reagują na deficyt. I jest brzuch. Brzuch to anarchista biologii. Nie słucha fitnessowych obietnic, nie reaguje na emocjonalne negocjacje i z pewną elegancją ignoruje Twoje brzuszki.

Dlaczego? Bo nie jesteśmy zbudowani według logiki Instagrama, tylko według logiki receptorów. Tkanka tłuszczowa w okolicy brzucha ma więcej receptorów α2, tych, które hamują lipolizę. To trochę tak, jakbyś próbowała otworzyć drzwi, które ktoś od środka przytrzymuje. Do tego dochodzi słabszy przepływ krwi, czyli mniej „transportu” dla kwasów tłuszczowych. A na deser większa wrażliwość na kortyzol, hormon, który lubi magazynować energię właśnie tam, gdzie Ty chcesz ją stracić.

Efekt jest przewidywalny. Chudniesz z twarzy, z rąk, z nóg. A brzuch patrzy na to spokojnie, jak właściciel kamienicy, który wie, że czynsz i tak do niego wróci. Brzuch nie jest trudny. Brzuch jest oporny metabolicznie.

A więc ćwiczenia takie jak brzuszki to mit, który ma sześciopak marketingowy. Ćwiczenia brzucha robią jedną rzecz perfekcyjnie: budują i wzmacniają mięśnie brzucha. Nie robią jednej rzeczy, której wszyscy od nich oczekują: nie spalają tłuszczu z brzucha. Możesz zrobić tysiące powtórzeń, możesz czuć palenie, możesz nawet zobaczyć poprawę napięcia. Ale tłuszcz nad tym mięśniem nie dostaje informacji, że powinien się wynieść. Organizm nie spala tłuszczu z miejsca pracy mięśnia. Spala go globalnie, według własnych zasad, a nie według mapy Twojego treningu.

Jeśli już, to aktywność aerobowa, bieganie, wolny marsz pod górkę, szybki marsz, rower, pływanie, działa jak bardziej eleganckie narzędzie.

Minimalny czas trwania wysiłku, przy którym rośnie udział tłuszczu jako paliwa, to około 20-30 minut. Na początku organizm korzysta głównie z ATP i fosfokreatyny, czyli systemów natychmiastowej energii, a następnie z glikogenu mięśniowego. Wraz z czasem trwania wysiłku stopniowo zwiększa się udział utleniania tłuszczów, ale nie jest to nagłe „przełączenie”, tylko płynny proces. Po około 30 minutach udział tłuszczu w produkcji energii jest wyraźnie większy, dlatego ta część treningu bywa odczuwana jako bardziej stabilna, „lżejsza” i dlatego przyjemna w realizacji.

Kiedy wchodzisz na bieżnię i nawet biegniesz jak szalony 20 minut, to jeszcze nie gwarantuje spalania tłuszczu. Organizm potraktuje to jako agresywny wysiłek oparty głównie na glikogenie i może zniechęcić Cię do kolejnej sesji.

A dlaczego cardio pomaga pozbyć się tłuszczu opornego? Nie dlatego, że celuje w brzuch, tylko dlatego, że zwiększa całkowity wydatek energetyczny i poprawia metabolizm. Czyli robi to, co trzeba, bez udawania, że jest celownikiem laserowym.

A więc dieta. Wiele szkół, a jedna fizjologia. Keto, carnivore, śródziemnomorska, DASH. Każda z nich ma swoich wyznawców, swoje narracje i swoje opowieści o brzuchu, który w końcu puścił. I każda z nich działa dokładnie tak samo w jednym kluczowym punkcie. Jeśli jest deficyt, tłuszcz spada. Jeśli nie ma deficytu, tłuszcz zostaje.

Keto zwiększa utlenianie tłuszczu. To prawda. Ale organizm nie jest naiwny. Jeśli dostarczysz mu tłuszcz z diety, spali ten tłuszcz z talerza, nie z brzucha. Carnivore to ekstremalna wersja strategii niskowęglowodanowej. Może obniżyć apetyt, może uprościć wybory, ale nie omija fizyki. Śródziemnomorska czy DASH jest mniej spektakularna, mniej sekciarska, ale metabolicznie równie skuteczna, jeśli prowadzi do deficytu i jest możliwa do utrzymania.

Nie istnieje dieta, która wybiera sobie brzuch jako cel. Istnieją tylko diety, które jesteś w stanie utrzymać wystarczająco długo.

A brzuch? Brzuch jest ostatni. Nie dlatego, że coś robisz źle. Tylko dlatego, że biologia nie ma bonusów.

I może to jest w tym wszystkim najbardziej uczciwe. Bo brzuch nie znika od obietnic. Znika od konsekwencji.

A jeśli masz wrażenie, że Twój brzuch „trzyma się życia” bardziej niż Ty swoich postanowień, spokojnie. On po prostu bardzo dobrze odrobił lekcję z biologii ewolucyjnej.

Lidia Lasik
dietetyk kliniczny,
mgr dietetyki i biologii (nie po kursach)
Poradnia Żywieniowa Akaja





DOBRE I ZŁE KALORIEKaloria nie ma sumienia. Nie chodzi do spowiedzi, nie głosuje, nie zna pojęcia winy. Jest tylko jedno...
13/03/2026

DOBRE I ZŁE KALORIE

Kaloria nie ma sumienia. Nie chodzi do spowiedzi, nie głosuje, nie zna pojęcia winy. Jest tylko jednostką energii, tak samo niewzruszoną jak grawitacja. Jedna kilokaloria to dokładnie tyle energii, ile trzeba, by podnieść temperaturę kilograma wody o jeden stopień Celsjusza. Nic więcej. Gdyby żywienie było wyłącznie fizyką, dietetycy byliby księgowymi ciepła, a poradnie przypominałyby raczej biura rachunkowe niż miejsca, gdzie ludzie przynoszą swoje zmęczenie.

Problem polega na tym, że człowiek nie jest bombą kalorymetryczną. Jest raczej czymś pomiędzy laboratorium chemicznym, elektrownią hormonalną i ssakiem o dość podejrzanej historii ewolucyjnej, który wciąż reaguje na cukier tak, jakby nadal mieszkał na sawannie i nie wiedział, kiedy znów coś znajdzie do jedzenia.

Weźmy dietę tysiąca kilokalorii złożoną z pączków. W teorii działa doskonale. Jeśli ktoś potrzebuje dwa tysiące dwieście, a zjada tysiąc, schudnie. To matematyka. Problem w tym, że matematyka kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się biologia. Taka dieta jest uboga w białko, niemal pozbawiona błonnika, skromna w mikroelementy i bogata w szybko wchłanialne węglowodany. W praktyce oznacza to gwałtowne skoki glukozy, szybkie wyrzuty insuliny, równie szybkie spadki energii i powracający głód, który zachowuje się jak natrętny sprzedawca, wracający do drzwi, zanim zdążysz usiąść. Człowiek nie wytrzymuje jej długo nie dlatego, że jest słaby, tylko dlatego, że jego fizjologia nie jest zaprojektowana do życia w sinusoidzie.

Czekolada świetnie pokazuje, że kalorie są pozornie bliźniacze, bo w zachowaniu zupełnie odmienne. Czekolada mleczna jest słodsza, bardziej natychmiastowa, bardziej rozmowna metabolicznie. Jej indeks glikemiczny jest wyższy, reakcja insulinowa wyraźniejsza, a apetyt częściej wraca szybciej niż zdrowy rozsądek. Gorzka czekolada, szczególnie ta powyżej osiemdziesięciu procent kakao, działa inaczej. Zawiera więcej związków bioaktywnych, mniej cukru, wolniej podnosi glikemię i w przedziwny sposób kończy historię wcześniej. Człowiek zjada kilka kostek i czuje, że to wystarczy, co w świecie przekąsek jest niemal świętym graalem.

Jeszcze ciekawsze są orzechy, które z punktu widzenia tabel kalorii wyglądają jak finansowa katastrofa. Mają dużo energii, a jednak w badaniach populacyjnych nie prowadzą do przyrostu masy ciała, jak można by się spodziewać. Powód jest prosty i piękny zarazem: białko, błonnik, a w szczególności tłuszcze nienasycone spowalniają opróżnianie żołądka, stabilizują glikemię i wzmacniają sygnały sytości. Do tego dochodzi fakt, że część energii z orzechów w ogóle nie zostaje wchłonięta, bo struktura komórkowa nie oddaje jej tak łatwo enzymom. W rezultacie garść orzechów potrafi zmniejszyć całkowite spożycie energii w ciągu dnia, podczas gdy równoważna kalorycznie porcja mlecznej czekolady częściej działa jak zapowiedź dalszego ciągu niepożądanych zdarzeń.

Warzywa surowe i kiszone są w tym towarzystwie jak minimalistyczni artyści. Mają niewiele kalorii, bo składają się głównie z wody i błonnika. Oferują objętość bez energii, sytość bez ciężaru i w przypadku kiszonek mikrobiologiczne wsparcie, które sprawia, że jelita zachowują się jak dobrze zarządzany ekosystem. Sto kilokalorii z warzyw to uczta objętościowa. Sto kilokalorii z czekolady to kilka kostek i początek negocjacji z głodem.

Nie istnieją dobre i złe kalorie w sensie etycznym. Istnieją kalorie, które współpracują z fizjologią i takie, które ją prowokują. Jeśli więc czasem mówimy o „dobrych” i „złych” kaloriach, to miejmy na uwadze, które z nich pełnią funkcję akuszerki głodu lub przeciwnie sytości na dłużej. Zrób eksperyment i zjedz 300 kcal mlecznej czekolady między posiłkami, a kolejnego dnia o tej samej porze 300 kcal z dowolnych naturalnych orzechów i zobacz, który produkt urodził wilczy głód. Ja wiem, nie dlatego, że antycypuję przyszłość na podstawie znaków na niebie, lecz dlatego, że widzę, jak każdy z produktów przekształca się w związek chemiczny oraz jaką prowadzi wędrówkę w naszym ciele. I niestety utrata 3000 kcal podczas snu zdarza się tylko wtedy, gdy zaśniesz w autobusie z pizzą na kolanach, a pudełko niepostrzeżenie zsunie się na podłogę.



Pozdrawiam
Lidia Lasik
biolog, dietetyk, psychodietetyk w praktyce od co najmniej dekady

11/03/2026

WYKŁAD Z ELEMENTAMI DYSKUSJI I WARSZTATU DOTYCZĄCY ZDROWIA I METABOLIZMU CZŁOWIEKA

Dlaczego mimo diety waga często stoi?
Dlaczego wyniki są „w normie”, a Ty nadal źle się czujesz?

Ten wykład jest dla osób, które:

• jedzą rozsądnie, a nie widzą efektów
• mają wyniki „w normie”, ale brak energii
• chcą zrozumieć swoje ciało

👉 Po spotkaniu będziesz wiedzieć, co dokładnie zmienić w praktyce.
👉 To jedyny taki wykład w Nakle tej wiosny.
👉 Nie będzie powtórki z tego bloku tematycznego.

🔹 22 maja 2026 - piątek

🕓 16:30-19:00 wykład z elementami warsztatu i dyskusji

🕓 19:00-20:00 analiza składu ciała opcjonalnie

📍 Miejsce: Przystań Powiat Nakielski; 89-100 Nakło nad Notecią

🎥 Sala konferencyjna wyposażona w nowoczesny sprzęt multimedialny

Zapraszam na autorski wykład z elementami dyskusji i warsztatu, łączący rzetelną wiedzę medyczną z praktycznymi narzędziami do zastosowania w codziennym życiu. Podczas spotkania poruszymy m.in.:

• podstawy zdrowego żywienia i profilaktyki chorób cywilizacyjnych

• mity dotyczące diety i stylu życia

• praktyczne czytanie wyników badań laboratoryjnych

• skuteczne podejście do redukcji masy ciała

Co najistotniejsze - nawet złożone procesy metaboliczne wyjaśniam prostym, przystępnym językiem, opierając się na szesnastoletnim doświadczeniu dydaktycznym.

📱 Spotkanie będzie miało charakter interaktywny, dlatego warto zabrać ze sobą telefon z aktywnym dostępem do internetu.

Dodatkowa opcja - analiza składu ciała:

📊 W godzinach 19:00-20:00 dla chętnych wykonywana będzie analiza składu ciała wraz z omówieniem parametrów oraz oszacowaniem wieku metabolicznego.

⚖️ Ze względów organizacyjnych możliwe jest wykonanie pomiaru maksymalnie u 10 osób.

✅ Pierwszeństwo mają osoby, które jako pierwsze dokonają rezerwacji i zgłoszą chęć wykonania analizy.

CENNIK :

✨ Pierwszy miesiąc zapisów 28.02-28.03 - cena promocyjna 150 zł

➕ Analiza składu ciała - dodatkowo płatna 30 zł Od 29.03 obowiązuje cena regularna 250 zł

👥 Liczba miejsc ograniczona. 📝 Obowiązują zapisy.

✔️ Rezerwacja miejsca jest potwierdzona po dokonaniu wpłaty. Program może ulec drobnym modyfikacjom organizacyjnym. W przypadku zmian uczestnicy zostaną o tym poinformowani.

📩 Zgłoszenia przyjmuję poprzez Messenger, SMS pod numerem 660 288 730 oraz bezpośrednio w gabinecie.

Po zgłoszeniu uczestnictwa przesyłam dane do wpłaty. Rezerwacja miejsca następuje po zaksięgowaniu płatności na rachunku. W przypadku braku wpłaty w ciągu 48 godzin miejsce wraca do puli.

Lidia Lasik
biolog, dietetyk kliniczny, specjalistka ds. zaburzeń metabolicznych
właścicielka Poradni Żywieniowej Akaja

Legginsy spalające tłuszcz i kapsułki cud. Czyli ewolucja marketingu działa szybciej niż ewolucja człowieka. Gdyby tłusz...
10/03/2026

Legginsy spalające tłuszcz i kapsułki cud. Czyli ewolucja marketingu działa szybciej niż ewolucja człowieka.

Gdyby tłuszcz znikał od ucisku i ciepła, niedźwiedzie polarne byłyby szczupłe przez efekt cieplarniany, a sauna byłaby oddziałem bariatrii.

Rynek odchudzania działa jak dobrze zaprojektowany pasożyt poznawczy. Żeruje nie na tłuszczu, tylko na naszej skłonności do wiary w zabobony. Wystarczy nadać produktowi narrację: „aktywuje”, „stymuluje”, „detoksykuje”, „przyspiesza metabolizm”. Brzmi jak fizjologia, a to jest tylko poezja.

Legginsy „spalające tłuszcz” działają dokładnie tak, jak powinny działać legginsy: otulają nogi warstwą tkaniny i zakrywają skórę. Możesz się bardziej spocić, możesz zobaczyć mniejszy obwód niż w dżinsach. To placebo i projekcja.

Tłuszcz tymczasem siedzi głębiej i pozostaje obojętny na dramaturgię tekstyliów. Nie „topi się” od ciepła. Ulega utlenianiu w mitochondriach wtedy, kiedy organizm musi sięgnąć po zapas energii. Nie wcześniej.
Suplementy „spalające” są bardziej elegancką wersją tej samej opowieści. Kofeina, kapsaicyna, ekstrakty, których nazwy brzmią jak planety z odległego układu. Mogą nieco podnieść pobudzenie, lekko zwiększyć termogenezę. Efekt jest mały, krótkotrwały i statystycznie nudny. Bez deficytu energetycznego nie znaczą nic. Z deficytem są przypisem, nie treścią.

Najciekawsze jest to, że marketing nie sprzedaje produktów obiektywnie skutecznych. Sprzedaje wiarę w ich efektywność. Obietnicę, że można oszukać biologię bez negocjacji z nią. Problem w tym, że biologia nie negocjuje. Tłuszcz znika wtedy, kiedy organizm musi go spalić, nie wtedy, kiedy ma na sobie drogie legginsy i połknął kapsułkę z nadzieją.

Jeśli coś naprawdę „koryguje metabolizm”, to nie gadżet. To ruch, sen, deficyt energetyczny i cierpliwość, cztery rzeczy tak mało intrygujące, że marketing prawie ich nie zauważa.

Pamiętaj, odchudzanie to taka gra, w której wygrywa ten, kto traci.



Lidia Lasik dietetyk kliniczny, biolog
Poradnia Żywieniowa Akaja

Kompozycja ciała mówi szeptem.Świat jest dziwny. Bo…Najnowsze badania dowodzą, że kobieta z kilkoma kilogramami nadwagi ...
08/03/2026

Kompozycja ciała mówi szeptem.

Świat jest dziwny. Bo…
Najnowsze badania dowodzą, że kobieta z kilkoma kilogramami nadwagi żyje dłużej niż mężczyzna, który uzna za stosowne to skomentować.

A w tym wszystkim lustro konkuruje z wagą o istotność, bardziej w głowie niż na powierzchni odbijającej dane ilościowe czy jakościowe.

Lustro czy waga? Pewna pani po dwóch tygodniach diety zrzuciła wagę… z ósmego piętra. No i co?

W gabinecie częściej obserwuję, jak ktoś traci osiem kilogramów i nie znajduje w tym ulgi. Ktoś inny prawie nic nie traci, a odzyskuje sylwetkę. I wtedy wraca pytanie, które brzmi prosto, a jest wyrafinowane: co właściwie mierzymy, kiedy mówimy o „efekcie”?

Waga jest narzędziem surowym i eleganckim zarazem. Mówi jednym językiem, cyfrą. Lecz jej retoryka jest uboga. Nie odróżnia wody od tłuszczu, mięśnia od glikogenu, napięcia od obrzęku. Nie zna postawy, nie widzi jakości skóry, nie rejestruje sposobu chodzenia ani energii. Pokazuje wynik, ale nie zna drogi; ogłasza werdykt, lecz nie zna rozprawy.

Lustro jest trudniejsze i bardziej wymagające. Nie daje jednej odpowiedzi, daje relację. Wymaga obecności, uważności, czasem odwagi. Pokazuje proporcje, napięcie tkanek, ruch sylwetki, dyscyplinę linii. Pokazuje coś jeszcze: czy ciało jest zbudowane, czy tylko odchudzone.

Bo można schudnąć i wyglądać gorzej. Gdy redukcja oznacza utratę masy mięśniowej, odwodnienie i spadek napięcia, sylwetka mięknie, mętnieje, traci kontur, liczba maleje, jakość wraz z nią. Można też prawie nie schudnąć i wyglądać wyraźnie lepiej, gdy rośnie udział mięśni, poprawia się postawa, talia zwęża się bez hałasu, a kompozycja ciała zaczyna mówić szeptem, który słychać z daleka.

Dlatego pytanie nie brzmi: ile ważysz. Pytanie brzmi: z czego jesteś zbudowany.
Dążenie do konkretnej liczby na wadze bywa złudzeniem kontroli, zrozumiałym, lecz naiwnym. Ciało nie jest kalkulatorem kalorii. Jest układem regulacyjnym o finezji orkiestry: reaguje na stres i sen, hormony i mikrobiotę, rytm dnia, jakość jedzenia i ruchu. Waga reaguje wolniej niż biologia. Na szczęście biologia jest bardziej złożona niż cyfra na wyświetlaczu.

Gdybym miała wskazać, co ważniejsze, powiedziałabym: lustro, analizator składu ciała i morfologia. Ale ważniejsze od nich wszystkich jest coś trzeciego, funkcja. Siła, wytrzymałość, energia, stabilność glikemii, spokojny sen, brak kompulsywnego głodu i samopoczucie. Parametry zdrowia, których waga nie widzi, bo nie umie.

Najlepsza sylwetka nie jest najlżejsza. Jest najbardziej zorganizowana.

I dlatego w pracy z pacjentami pytam nie tylko „ile”, ale przede wszystkim „jak”. Dlatego gdy planujemy redukcję, spotkania kontrolne, na których dokonuję pomiarów, służą analizie składu ciała oraz rozmowie, która bywa najczulszym kwantyfikatorem sukcesu. Bo tego, jak się czujesz, waga nie potrafi zważyć.

PS: Ale pamiętaj, kiedy między posiłkami zaglądasz znudzony do pustej lodówki, to niedobrze, bo jak mawiał Konfucjusz: „wszystko, czego potrzebujesz, masz już w sobie”. Dlatego ona jest pusta.






Lidia Lasik
dietetyk kliniczny
Poradnia Żywieniowa Akaja

Światowy Dzień Otyłości.A może kot zapłaci mi czynsz?A gdybym schudła 20 kg?A gdybym przytyła 20 kg?O otyłości mówi się ...
04/03/2026

Światowy Dzień Otyłości.

A może kot zapłaci mi czynsz?
A gdybym schudła 20 kg?
A gdybym przytyła 20 kg?

O otyłości mówi się często tak, jakby była równaniem z pierwszej klasy: mniej jedz, więcej się ruszaj, wynik powinien się zgadzać. Gdyby ludzkie ciało działało jak kalkulator, problem otyłości dawno byłby rozwiązany. Ale ciało nie jest kalkulatorem. Jest raczej czymś pomiędzy laboratorium chemicznym, elektrownią hormonalną i bardzo upartym magazynem energii, który ma jedną ambicję: nie oddawać zapasów zbyt łatwo!

Tkanka tłuszczowa nie jest biernym workiem kalorii. To aktywny narząd. Wysyła sygnały hormonalne, produkuje mediatory zapalne, wpływa na głód, sytość i metabolizm. Krótko mówiąc bierze udział w rozmowie, nawet gdy myślimy, że to my liczymy kalorie. Dlatego kiedy ktoś mówi osobie z otyłością „po prostu mniej jedz”, brzmi to trochę jak rada dla człowieka stojącego w środku burzy: po prostu przestań moknąć stary;)

Problem nie polega tylko na jedzeniu. To sieć rzeczy: stres, sen, dostępność żywności, biologia mózgu, hormony głodu i środowisko, w którym wszystko jest zaprojektowane tak, żebyśmy jedli szybciej, częściej i więcej niż potrzebujemy. Nasz metabolizm nie jest przy tym naiwny. Jest ewolucyjnie szkolony przez setki tysięcy lat niedoboru. Kiedy próbujemy gwałtownie schudnąć, organizm nie myśli „świetnie, projekt zdrowie!!!”. On myśli raczej: coś tu wygląda jak głód, uruchamiamy tryb oszczędzania energii.

Dlatego leczenie otyłości rzadko działa jak sprint. To bardziej strategiczna gra. Nie polega na tym, żeby robić wszystko naraz: dietę, trening, detoks, post, cudowny suplement i jeszcze trzy aplikacje do liczenia kroków. Często chodzi o znalezienie jednego miejsca w całym systemie, które działa jak dźwignia. Czasem będzie to sen, czasem ruch, czasem zmiana środowiska jedzenia, a czasem farmakoterapia. Mała zmiana w dobrym miejscu potrafi przesunąć cały układ.

Biologia jest sprytna, często sprytniejsza niż nasze motywacyjne hasła z Instagrama. Dlatego w leczeniu otyłości nie chodzi o heroizm, tylko o zrozumienie mechanizmu. A kiedy zaczynamy go rozumieć, okazuje się, że metabolizm nie jest wrogiem. Raczej bardzo upartym partnerem negocjacyjnym, który potrzebuje dobrego planu.

Bo krzyczenie na metabolizm, żeby „wziął się w garść”, działa mniej więcej tak skutecznie jak krzyczenie na kota, żeby zaczął płacić czynsz.

Czyli teoretycznie można spróbować.
Ale statystycznie kot i tak wygra. 😉


Pozdrawiam Lidia.

Jak rozpoznać naukę od marketingowego kameleona, który się do niej upodabnia?Nie wszystko, co brzmi mądrze, jest nauką. ...
25/02/2026

Jak rozpoznać naukę od marketingowego kameleona, który się do niej upodabnia?

Nie wszystko, co brzmi mądrze, jest nauką. Czasem to tylko bardzo sprytnie dobrane działania perswazyjne, przebrane w biały fartuch. Marketing nie musi kłamać. Wystarczy, że wybierze wygodne fragmenty prawdy i dopowie resztę sugestią. Jeśli chcesz odróżnić jedno od drugiego w mniej niż minutę, sprawdź kilka rzeczy.

1) Czy jest pełna metodologia badania:

-kto był badany
-jak dobrano próbę
-jakie były kryteria wykluczenia
-jaka analiza statystyczna została użyta
Brak metod to nie skrót. To sygnał ostrzegawczy.

2) Czy publikacja jest w recenzowanym czasopiśmie:

-DOI
-nazwa czasopisma
-afiliacje autorów
Jeśli nie da się dotrzeć do pełnego artykułu, to najczęściej nie jest to artykuł naukowy.

3) Kto finansował badanie:

-czy producent był sponsorem
-czy podano konflikt interesów
To nie przekreśla badania, ale zmienia sposób, w jaki czytamy wnioski.

4) Czy podano twarde biomarkery:

-realne parametry biologiczne
-czy tylko poprawę wyglądu, lepsze samopoczucie, efekt od środka
Nauka operuje wskaźnikami fizjologicznymi, nie metaforą.

5) Czy opisano ograniczenia badania:

Każde rzetelne badanie ma słabe punkty. Jeśli widzisz tylko zachwyt, a nie ma sekcji limitations, to czytasz narrację, nie analizę.
Dlaczego pseudo naukowe reklamy brzmią tak przekonująco? Bo używają prawdziwych słów w niewłaściwym kontekście, np.:

-rzucają terminami typu bioaktywne peptydy, klinicznie potwierdzone, 2 kDa, bez wyjaśnienia znaczenia
-selektywnie cytują małe lub sponsorowane badania
-mylą korelację z przyczynowością
-mieszają warstwy biologiczne jakby były jedną tkanką
-dodają emocjonalne przymiotniki i autorytet zamiast danych

Wiele takich materiałów zawiera elementy prawdy. Problem zaczyna się wtedy, gdy z tych elementów buduje się wnioski, których nauka nie potwierdza. Nauka nie potrzebuje przymiotników. Potrzebuje danych.

Marketing bywa jak zegar, który z dumą pokazuje wskazówki, wmawiając nam, że dotyczą rewolucyjnych efektów. Patrzymy i myślimy, hmmm... wszystko działa, wszystko się porusza, mechanizm żyje. Tyle że zamiast pokazywać czas, wskazówki suną po przypadkowym cyferblacie. Ruch jest. Precyzja jest. Nawet liczby są. Tylko nie odpowiadają na pytanie, które naprawdę zadaliśmy.

Prawda nie polega na tym, że coś się kręci. Polega na tym, że pokazuje właściwą godzinę, gdy o nią pytamy, a nie strzałki cyferblatu, gdy pytamy o wystawiony na piedestale produkt. Bo to też są wskazówki:)




Lidia Lasik
biolog | dietetyk kliniczny

A co, jeśli naukowo przyodziany kit skraca drogę do kulawych wniosków?Niektóre rozmowy są ciekawsze niż same produkty, k...
20/02/2026

A co, jeśli naukowo przyodziany kit skraca drogę do kulawych wniosków?

Niektóre rozmowy są ciekawsze niż same produkty, których dotyczą, bo nagle przestają być o składzie, a zaczynają być o sposobie myślenia. Zupełnie anonimowo przytoczę fragment odpowiedzi, którą dostałam prywatnie po zadaniu konkretnego pytania o metodologię (DOSU). Bez hejtu i bez złośliwości, bo intencje tej osoby wcale nie muszą być złe.

„Ale kogo to obchodzi 😅 naukowy język, skoro zwykły Kowalski tego nie rozumie.. chce efektów.. ja wiem, że naukowcy z (firma) go stworzyli, wiem że jest wyjątkowy i ma swoje efekty i tyle.. musiałabym na głowę upaść żeby każdą jedną rzecz która się kupuje sprawdzać jakie ma badania.. czy idąc do apteki ktokolwiek mówi o składzie.. ludzie kupują co im farmaceuta poda.. ja to stosuję i żyję, a nawet lepiej, bo czuję się świetnie i wyglądam lepiej.. to dla mnie ważniejsze niż jakieś informacje z kosmosu których nikt nie rozumie.”

I tu zaczyna się coś znacznie ciekawszego niż spór o produkt. Spór o sposób myślenia. Zdanie „czuję efekt” może być całkowicie prawdziwe. Samopoczucie jest realnym doświadczeniem i nie podlega negowaniu. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy doświadczenie zaczyna być traktowane jako dowód mechanizmu biologicznego. To nie jest to samo. Odczucie to przeżycie. Mechanizm to proces biologiczny, który wymaga metody, pomiaru i powtarzalności.

Naukowy język bywa trudny, to fakt. Ale metoda naukowa nie istnieje po to, żeby brzmieć mądrze. Istnieje po to, aby oddzielić doświadczenie od efektu, przekaz od dowodu i opowieść marketingową od rzeczywistego mechanizmu działania. W praktyce większość ludzi kupuje na podstawie zaufania, rekomendacji, autorytetu i własnych obserwacji. To naturalny mechanizm poznawczy, a nie naiwność. Ludzki mózg lubi prostotę, konkret i obietnicę efektu bardziej niż złożoną metodologię.

Dlatego określenia typu „informacje z kosmosu” brzmią zabawnie, ale w rzeczywistości chodzi o coś bardzo podstawowego. Jeśli komunikat używa języka nauki, to logicznym krokiem jest pytanie o metodę, a nie tylko o deklarowane rezultaty. Nauka nie odbiera ludziom samopoczucia. Nauka zadaje jedno, spokojne pytanie: czy wniosek wynika z danych, czy z interpretacji i przekazu wokół produktu.

Jutro pokażę prostą instrukcję, krok po kroku, jak w mniej niż minutę odróżnić materiał naukowy od materiału stylizowanego na naukowy. Bo problem nie zaczyna się wtedy, gdy ktoś coś reklamuje. Problem zaczyna się wtedy, gdy język nauki używany jest bez dowodu, który deklaruje.

I tu nie chodzi o czepialstwo. Chodzi o elementarną uczciwość poznawczą. Jeśli ktoś stawia „badania” jako argument wyboru, ceny, doskonałości produktu itp., warto zapytać o metodę. Nie po to, żeby atakować. Po to, żeby nie skracać drogi do kulawych wniosków.





I tak, wiem że nie wszystkich to obchodzi. Ale tych, których obchodzi, pozdrawiam szczególnie - Lidia Lasik.

ZRÓB ZE MNĄ MARATON W TYDZIEŃOdbiła mi chyba palma i wymyśliłam wyzwanie…Robimy maraton, ale nie w jeden dzień - rozciąg...
17/02/2026

ZRÓB ZE MNĄ MARATON W TYDZIEŃ

Odbiła mi chyba palma i wymyśliłam wyzwanie…

Robimy maraton, ale nie w jeden dzień - rozciągnięty w czasie. W ciągu 14 dni realizujemy 7 aktywnych dni ruchu. Nie muszą być pod rząd. Regeneracja też jest częścią progresu.

Możesz chodzić, maszerować pod górkę, biegać, korzystać z bieżni, pokazać krokomierz z całego dnia albo jeździć na rowerze stacjonarnym. 42 km to symbol, nie obowiązek. Jeśli ktoś do tej pory robił 2 km tygodniowo, a teraz zrobi 14 km - to już jest realna zmiana.

Nie chodzi o heroiczny wynik jednej osoby. Chodzi o przesunięcie własnej granicy. Organizm nie zmienia się od jednego zrywu, tylko od powtarzalności.

Ja idę z Wami. Każdego aktywnego dnia wrzucam swoją aktywność. Wy wrzucacie swoją i pod postem wklejacie wynik z danego dnia. Widoczność działa - publiczny zapis wzmacnia konsekwencję.

Nie porównujemy się. Budujemy systematyczność.

Liczę na Was, ale najwyżej będę biegać sama. Choć w kolektywie jest raźniej - tam jest moc.

Chcesz dołączyć? Wpisz w komentarzu słowo MARATON, a wyślę Ci regulamin w wiadomości prywatnej.

Startujemy. Kto wchodzi?

☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆

Kochani,
zamykamy nasze wyzwanie 😊
Dziękuję każdej osobie, która weszła w to choćby jednym krokiem, jednym kilometrem, jednym screenem. To nie był maraton o rekord, tylko o decyzję, że ruszam się mimo zmęczenia, mimo braku czasu, mimo „od jutra”.

Ja wczoraj i dziś też zaliczyłam aktywność, choć już nie wklejałam wyników. I szczerze mówiąc, dzięki wspólnej mobilizacji zrobiłam ciut więcej niż zwykle. To pokazuje, że kolektyw działa. Widoczność działa. Publiczna deklaracja naprawdę wzmacnia konsekwencję.

Jeśli jednak mamy wskazać zwyciężczynię zgodnie z zasadami, wygrywa Natalia Kaczmarek. Wygrała nie jednym zrywem, ale powtarzalnością i największą łączną objętością kilometrów. Dokładnie o to chodziło w tym wyzwaniu, nie o heroiczny dzień, tylko o systematyczność.

Gratulacje Natalia 👏

Dziękuję wszystkim za energię i obecność. Było fajnie. Było prawdziwie. Było konsekwentnie.

Może do następnego wyzwania 😊

Adres

Ulica Nowa 7
Nakło
89-100

Telefon

+48660288730

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Poradnia Żywieniowa Akaja umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij