21/04/2025
Czasami poezja potrafi zamknąć w słowach to co nieuchwytne, trudne do nazwania a bardzo prawdziwe. Jest to też ważna rola terapii. Krystyna Miłobędzka odeszła, ale pozostawiła twórczość, która która trafnością rozczula, wzrusza, ale i koi.
Zniknęła, dzisiaj nad ranem.
Mądra stara poetka, która jak nikt przed nią i po niej nikt, potrafiła zapisać nietrwałość. O sobie pisała „jestem do znikania”, a o nim - „ty, który się nie powtórzysz”.
To ona podsunęła mi wiersz (w postaci jednego wersu, bo minimalizm najbardziej jej odpowiadał), który był kropką. Kropką na mojej sześcioletniej żałobie.
Amerykański poeta Tony Hoagland mówił, że „poeci amerykańscy powinni się uczyć, jak pisać wiersze, które będą jak zamachy samobójcze w ciele imperium. Na razie jeszcze nie wiemy, jak tego dokonać – ale być może polska poezja potrafi nas czegoś nauczyć”.
Wiersz jak zamach samobójczy w ciele imperium! Działanie wiersza Krystyny Miłobędzkiej na mój system nerwowy też mogę określić militarnie. Kiedy go czytałem, raz, dwa, trzy i wiele razy, kiedy powtarzałem go sobie w myślach rano i wieczorem, w mojej głowie czułem eksplozje. Jakby mi coś tam pod wpływem tych słów wybuchało i rzucało błyski.
Ten wiersz w całości brzmi tak:
„Kocham cię razem z twoją śmiercią”.
I tak Krystyna Miłobędzka pomogła mi zakończyć żałobę. Wierszem-kropką.
Była do znikania i to się stało. Pozostawiła po sobie tom, który dotrze do nas niebawem dzięki
Wydawnictwo Wolno Tytuł „Więcej nic”. Pojawi się tam rada (rada dla samej siebie): „Co mam zrobić, żeby stać się tobą?/ To proste: umrzeć”.
Krystyna Miłobędzka (1932-2025) staje się nami.
🔹Więcej o zagadce, jaką postawiła przede mną poetka – w moim eseju „Poezja ratunkowa” na ir2.info – link w komentarzu. Fot. Filip Lewkowicz