15/04/2026
Oglądaliście „Porządnego człowieka" na HBO ? Jestem w trakcie i powiem szczerze… to jeden z tych filmów, które nie tyle się ogląda, co przeżywa.
Bo on bardzo niewygodnie zdejmuje z nas tę bezpieczną etykietę „jestem przyzwoitym człowiekiem”. Większość z nas tak o sobie myśli. Ja też. I to jest ważne — ten obraz siebie daje nam poczucie spójności, sensu, bycia „po właściwej stronie”.
Tylko że ten film zadaje pytanie, którego na co dzień raczej unikamy: czy nadal byłbym przyzwoity, gdyby ktoś skrzywdził bliską mi osobę?
Psychologicznie to jest moment zderzenia dwóch bardzo silnych systemów w nas: z jednej strony wartości, normy, zasady — to, co buduje naszą tożsamość, z drugiej strony lojalność, więź, potrzeba ochrony — coś bardzo pierwotnego, emocjonalnego.
I kiedy te dwa światy się spotykają, nie zawsze wygrywa ten, który „powinien”.
Bo łatwo być moralnym w teorii. Dużo trudniej, kiedy w grę wchodzi ból, złość, poczucie niesprawiedliwości. W takich momentach uruchamiają się mechanizmy, które potrafią nas samych zaskoczyć: racjonalizacja („to wyjątkowa sytuacja”), usprawiedliwianie („każdy by tak zrobił”), przesuwanie granic krok po kroku.
To nie jest historia o tym, kto jest dobry, a kto zły. Raczej o tym, jak bardzo sytuacja potrafi „przesunąć” nasze granice i jak kruche bywa nasze wyobrażenie o sobie.
I może najbardziej niewygodne w tym wszystkim jest to, że odpowiedź na to pytanie („kim bym był?”) nie leży w deklaracjach, tylko w potencjalnym doświadczeniu.
A tego — na szczęście — większość z nas nie musi sprawdzać.