16/03/2026
W doświadczeniu choroby wiele osób zaczyna z większą uważnością przyglądać się relacjom. Czasem dopiero wtedy widać, gdzie jest prawdziwa wzajemność🧡
Miałam w swoim życiu „bliskie relacje”, które kończyły się w momencie, w którym spotykało mnie zbyt duże szczęście lub sukces, najwyraźniej niemożliwe do udźwignięcia dla tej drugiej osoby.
Miałam i takie „bliskie relacje”, które dobrze się miały tak długo, jak ja się miałam dobrze i dawałam swoje beztroskie towarzystwo, a nawet wsparcie. Ale w momencie, gdy ja sama potrzebowałam wsparcia, ten ktoś nagle znikał z horyzontu, mniej lub bardziej wprost komunikując mi swój „brak przestrzeni” na własny dyskomfort w imię moich spraw.
Obserwuję wokół relacje, w których w ogóle nie rozmawia się o rzeczach trudnych. Na pytanie: „Jakie macie wspólne tematy?”, pada odpowiedź „Zakupy, aerobik i dieta”. „Ale przecież obie jesteście po rozwodach, wasze dzieci chorują na depresję, straciłyście rodziców.. Naprawdę o tym nie rozmawiacie?” „Nie, wolimy nie poruszać trudnych tematów”.
Zdarzyło mi się też uświadomić sobie nagle, że choć znam tak wiele szczegółów z bieżącego życia tej drugiej osoby, to nie pamiętam, kiedy ostatnio usłyszałam od niej „A co u ciebie?”, że moje zainteresowanie w ogóle nie jest odwzajemnione.
Bywały też dobre i kwitnące relacje, które żyły dopóty, dopóki ta druga osoba nie miała partnera i czuła się samotna, a potem nowy związek i zakochanie zabierały ją na długie lata, jakbyśmy nigdy dla siebie nie istniały.
Miałam i takie, w których to ja uciekłam, stchórzyłam, nie wystarczyło mi sił i poległam na całej linii. Wiem, że parę razy zawiodłam, a o ilu takich sytuacjach może nawet nie wiem?
————
Nic nie weryfikuje naszych więzi z ludźmi tak dobrze jak życie, które nie tylko ciągle się zmienia, ale też przynosi wszelkie rodzaje doświadczeń: sukces, stratę, chorobę, samotność i miłość - w nieustannym przepływie. Tylko najgłębsze więzi są w stanie przetrwać te wszystkie turbulencje. Takie więzi nie są nam darowane. Takie więzi mogą zostać przez nas wypracowane. A praca, jak to praca, bywa przyjemna, ale często jest też niekomfortowa.
Uświadamiam sobie, że niektóre moje związki - przyjacielskie i jeden romantyczny - mają już 20-30 lat! I że te najważniejsze osoby były przy mnie niezmiennie wtedy, gdy chodziłam nieprzytomna ze szczęścia i kiedy trzeba było mnie zbierać z podłogi. Były też na co dzień, z ręką na pulsie mojego zwykłego życia. A ja - ich życia.
Te kilka pięknych osób to mój największy skarb i zasób, moje poczucie zakorzenienia w tkance międzyludzkiej i bezpieczeństwo przynależności. To moje bratnie dusze w chwilach beztroski i załamania.
Praktykowanie uważności i współczucia pomaga mi zdawać sobie sprawę z tego, co faktycznie się dzieje w moich relacjach i odpowiednio reagować.
Uważność i współczucie są jak kompas, który pozwala elastycznie dopasowywać postawę – dźwigać czyjś ból, gdy trzeba i świadomie decydować się na ten dyskomfort, a kiedy indziej aktywnie cieszyć się czyimś szczęściem. Pomiędzy jednym a drugim jest neutralna postawa życzliwości i ucieleśnionej obecności dla kogoś, a czasem też mądrego dystansu, który pomaga odróżnić to, na co mam wpływ od tego, co ode mnie niezależne. Uważność pomaga też zorientować się, w które relacje nie wkładać za dużo serca, a z których lepiej się całkiem wycofać.
Dużo w tym uważności na siebie i swoje przeżywanie życia, ale wcale na sobie się ta uważność nie kończy - ta druga osoba zawsze zajmuje bardzo ważne miejsce w polu uwagi. Dużo w tym współczucia, które pomaga reagować na każdy ból - czyjś lub mój własny.
————
Piszę to w czasach, gdy coraz więcej relacji jest miałkich i powierzchownych, a samotność staje się epidemią. Dlatego tak cieszą mnie wszelkie międzyludzkie spotkania z medytacją i uważnością, które udaje mi się zainicjować - jednorazowe i cykliczne praktyki, których uczestnicy znajdują nową jakość obecności dla siebie i innych. Czasem nawet wyrastają z tych spotkań wieloletnie przyjaźnie, a czasem ludzie są w nich dla siebie tylko na chwilę, ale potem noszą tę chwilę długo w swoim sercu i na jej wzór budują swoją obecność dla innych w codziennym życiu.
Głowię się, jak zapobiegać powolnej śmierci międzyludzkich więzi, które usychają, bo tak mało się je podlewa uważnością i współczuciem. Myślę nieustannie, co jeszcze mogłabym robić, by pomagać tej życiodajnej tkance pleść się i zacieśniać..
A Ty? Jak mocno jesteś wpleciona/y w tkankę międzyludzką? Czy potrafisz cieszyć się wraz z kimś i wraz z kimś płakać, gdy trzeba? I czy masz kogoś, z kim chcesz się dzielić życiem i kto potrafi pomieścić wszystko, co tobie to życie przynosi?