11/02/2026
Historie Ratownika
Nr 1 „Pozory mylą”
Wezwanie: „mężczyzna, 60 lat, pogorszenie kontaktu – wzywający twierdzi, że jest jakiś dziwny”.
Taka treść wezwania wcale nie jest niczym nadzwyczajnym. Często, jako zespół ratownictwa medycznego, nie bardzo wiemy, jaki jest powód wezwania. Mamy wrażenie, że poza adresem i płcią niewiele wiemy. I nie wynika to z winy dyspozytora – wynika to z tego, że ludzie często nie potrafią określić problemu.
Ale nie o tym. Weszło wezwanie, no to jedziemy. W głowie układamy sobie potencjalne przyczyny: może udar, może zawał, a może cukrzyca? Za wysoki cukier – źle, za niski – też niedobrze. Jedziemy ambulansem, do pokonania 15 km, czas dojazdu według nawigacji 25 minut – tak czasem jest, gdy zabudowania są pośrodku niczego, i to dosłownie. Miejscowości zbudowane wzdłuż drogi, ciągnące się kilometrami, a dom od domu oddalony o pół kilometra. Jest zima, drogi oblodzone, bo w gminnym planie odśnieżanie jest na samym dole listy.
Pierwszy pozytyw tego wyjazdu – z oddali widać mężczyznę, który stoi na środku drogi i macha. Taka niepisana zasada mówiąca, że to tutaj potrzebna jest nasza pomoc. I dobrze, że wyszedł, bo dom nieoznaczony, rozpadający się, bez widocznego numeru na elewacji. W ogóle dom nie wyglądał tak, jakby ktoś mógł go zamieszkiwać, a jednak to tu!
Okazuje się, że „machacz” to sąsiad, który wzywał pomoc. Wchodzimy do domu i widzimy drugiego mężczyznę na łóżku, a raczej barłogu, bo inaczej nie można tego nazwać. Na nim półmetrowa warstwa kołder. I nie ma znaczenia, czy były czyste, czy nie. Znaczenie ma to, że już od progu czuć przejmujące zimno i wilgoć. Mamy wrażenie, że jedyna różnica w porównaniu z dworem to brak wiatru.
Nie jesteśmy tu jednak po to, aby oceniać warunki mieszkaniowe – jesteśmy tu, aby nieść pomoc. Przechodzimy więc do badania i okazuje się, że mężczyzna jest przytomny, ale zimny jak lód. Jego reakcje są spowolniałe, a mięśnie sztywne. Mierzymy temperaturę – 28 stopni Celsjusza. Jeśli ktoś miałby wątpliwości – to zdecydowanie za mało. To zagrożenie dla życia.
Ale nie tylko temperaturę należy zbadać. W dalszym badaniu okazuje się, że jest jeszcze jeden problem: poziom glikemii wynosi 18 mg/dl. I tu również – jeśli ktoś miałby wątpliwości – to dużo za mało. Przyjmuje się, że wartości poniżej 50 mg/dl stanowią poważne zagrożenie dla życia.
Nie będę rozpisywał się o postępowaniu ratowniczym. Dodam tylko, że mężczyzna, zabezpieczony w krytycznych płaszczyznach, został dowieziony żywy do szpitala.
Coś innego ma tu jednak znaczenie. Rozmawiając z obecnym sąsiadem, który wzywał pomoc, ustaliliśmy, że owy potrzebujący mieszka sam i czasem się widują. Nie jest zbyt zaradny. Ostatni raz był widziany wieczorem dnia poprzedniego. Dostał wtedy ciepły posiłek i pomoc w ogrzaniu domu – napalono w piecu. Jednak okazało się, że sąsiad nie pomyślał o tym, że ogień wygaśnie i znowu zrobi się zimno.
Często problem polega nie na tym, że ktoś nie ma wsparcia na co dzień. Problem polega na tym, że pomagając, ludzie nie myślą o tym, co dalej. Że nie wystarczy dać ciepłą zupę, nie wystarczy zrobić zakupy, nie wystarczy rozpalić w piecu. To pomaga na chwilę – tu i teraz. Często nie zdajemy sobie sprawy, że ktoś może mieć problem z najprostszymi i najbardziej oczywistymi czynnościami.
Często ludzie potrzebują pomocy systemowej, a nie doraźnej.
Nie chcę siać nihilizmu, ale pomagając bez refleksji, możemy czasem bardziej zaszkodzić niż pomóc. Widząc osobę, która nie radzi sobie w codziennych czynnościach, najlepsze, co możemy zrobić, to czasem zgłosić taką sytuację do odpowiednich służb pomocy społecznej.
Pamiętajcie: warto pomagać, należy pomagać, ale czasem najlepsza pomoc to taka, która na pierwszy rzut oka wydaje się wtrącaniem się w cudze życie. Nie każdy jednak tej pomocy będzie chciał – i ma do tego prawo. Dlatego rozmawiajmy, pytajmy i pomagajmy. Świadomie, a nie tylko tak, jak nam się wydaje najlepiej.
Jesteście ciekawi kolejnych wpisów to obserwujcie Profil Ars Vitae. W kolejnych wpisach będzie jeszcze konkretniej.
Kawa