20/12/2025
O świątecznym stole, który pamięta więcej niż my.
Wigilijny i świąteczny stół ugina się od potraw. Dwanaście dań, czasem piętnaście, czasem „bo jeszcze to”, „bo zawsze tak było”, „bo babcia by się obraziła”. Łatwo dziś spojrzeć na ten nadmiar z ironią albo zniecierpliwieniem. Po co tyle jedzenia, skoro nie sposób wszystkiego spróbować? Po co gotować tygodniami, skoro wystarczyłoby kilka prostych dań?
A jednak ten stół nie wziął się z kaprysu ani z potrzeby popisu. Wyrasta z czasu, w którym brak było niemal wszystkiego. Z historii niedoboru, wojny, kartek, biedy i niepewności jutra. Z doświadczenia pokoleń, dla których możliwość postawienia na stole wielu potraw była nie tylko świętem, ale i cichym zwycięstwem nad lękiem, że znów czegoś zabraknie.
Ten nadmiar był kiedyś wyrazem obfitości w świecie, który obfity nie był. Znakiem troski, zapasem na symbolicznie długi, zimowy czas. I może dlatego warto dziś nie obrażać się na świąteczny stół, lecz spojrzeć na niego z wdzięcznością – jak na muzeum żywej pamięci. Nie wszystko musimy powtarzać dosłownie, ale dobrze wiedzieć, skąd to przyszło.
Podobnie jest z dawnymi zwyczajami. Można je modernizować, upraszczać, dostosowywać do współczesności, ale pielęgnowanie ich sensu, tego co niosły, jest formą szacunku wobec kultury i ludzi, którzy byli przed nami. Nie chodzi o to, by robić wszystko „jak zawsze”, lecz by wiedzieć, dlaczego „zawsze” tak było.
A potem są jeszcze pytania. Te zadawane przy stole, między barszczem a makowcem. O męża, żonę, chłopaka, dziewczynę. O dzieci. O to, „czy już ktoś jest”, „a kiedy wreszcie”. Łatwo poczuć się nimi dotkniętym, ocenionym, niezrozumianym. I czasem tak właśnie bywa. Ale bywa też inaczej.
Często te pytania są nieporadnym językiem troski. Wyrazem życzliwej ciekawości ludzi, którzy dorastali w innym systemie wartości, obyczajów i kultury. Dla nich bliskość, rodzina, związek były podstawowym zabezpieczeniem życia: emocjonalnym, społecznym, ekonomicznym. Pytając, próbują się upewnić, że „jest dobrze”, że „nie jesteś sam/sama”, że „masz kogoś”. Nie zawsze potrafią zapytać inaczej.
Przyjazd na święta z otwartą głową nie oznacza zgody na wszystko ani rezygnacji z własnych granic. Oznacza raczej gotowość, by zobaczyć w tych pytaniach ludzi z innego świata, dojrzewających w innym czasie, innym tempie, innym porządku. Świata, w którym pewne rzeczy były oczywiste, bo inne były niemożliwe.
Święta nie muszą być idealne. Wystarczy, że będą trochę bardziej uważne. Że zamiast obrażać się na stół, zapytamy, co on pamięta. Zamiast walczyć z tradycją wybierzemy z niej to, co nadal nas karmi. A zamiast słyszeć w pytaniach atak spróbujemy usłyszeć w nich troskę, nawet jeśli wyrażoną niezdarnie.
Bo może właśnie na tym polega współczesne świętowanie: na spotkaniu nie tylko ludzi, ale i pokoleń. Z ich różnymi językami, historiami i sposobami okazywania miłości.
Serdecznie
Anna Arciuch 🌠