28/01/2026
🌿 Witajcie w 2026, Kochane.
To mój pierwszy bloomowy post od niemal czterech miesięcy. Jest kilka powodów, dla których moja częstotliwość bywania tutaj powoli się zmniejszała.
Po pierwsze i przede wszystkim, miałam i mam w sobie niezgodę na supermarketowe podanie duchowości. Zmęczyły mnie greckie boginie z Instagrama i coachowie channelujący z wanny pełnej lodu uniwersalne recepty na życie.
Jestem starą duszą. Nie męczy mnie samotna pielgrzymka przed siebie ani medytowanie od czwartej rano. Nie męczy mnie dzielenie się bez filtra tym, co chce powiedzieć moje serce - kiedy chce coś powiedzieć.
Męczy mnie natomiast montowanie treści, które mają się sprzedać według szablonów Zuckerberga.
Miewam momenty, kiedy ten świat w ogóle znika z mojej matrycy, a tym samym ja też znikam z niego. Słucham wtedy tylko astrologów i ulubionych nauczycieli.
Po drugie, od 2013 roku próbowałam dzielić się swoją praktyką, regularnie wracać do Polski, dbać o kontakt z klientkami, terminy i przestrzeń - choć przez wszystkie te lata tkałam życie pomiędzy różnymi krajami. W 2023, kiedy moja geograficzna ścieżka zawęziła się do Holandii i Polski, przestało mnie cieszyć nieustanne przepakowywanie oraz przygotowywanie przestrzeni do życia i pracy jednocześnie w dwóch krajach.
Kocham swoją praktykę i to, co przynosi innym oraz mnie samej. A jednocześnie gdzieś w zeszłym roku poczułam, że czas dla mnie odpocząć chwilę od tkania na trzech wrzecionach naraz (trzech, bo w kalendarzu zawsze próbowałam zmieścić jeszcze kawałek życia na Kanarach).
Po trzecie, przez ostatnie lata - poza praktyką stacjonarną i online - przepracowałam kilka tysięcy godzin jako pracownik socjalny, wspierając kobiety cierpiące na Alzheimera i demencję. Często czułam, że ten prosty, nieinstagramowy serwis jest miejscem, w którym czuję się najbardziej ludzko.
Cudownie jest eksplorować zaułki psyche, relaksować i uzdrawiać ciała, oferować healingowe usługi luksusowe. Być mistyczną przewodniczką kobiet. I pięknie też trzymać za rękę kogoś, kto nie pamięta, dokąd pójść - być kompanem samotności i zapasową pamięcią dla przepięknych podróżniczek życia u kresu ich drogi.
W obu moich ścieżkach zawodowych, tak jak w vipassanie, większość pozostaje niewypowiadalna. Czasem próbuję. Kiedyś próbowałam bardziej. Teraz czuję, że wolę pójść na jogę albo zaszyć się na chwilę w naturze, niż próbować nazwać coś, co i tak największą wartość ma w chwili stawania się - w spotkaniu.
Po czwarte, 2025 był dla mnie trudnym przejściem od współtworzenia życia z mężczyzną do nawigowania w pojedynkę. Naprawdę sama nigdy nie jestem, bo otaczają mnie piękni ludzie i globalna rodzina, którą podarowały mi podróże. Jednak jestem stworzona do miłości i rozpad domu-relacji na progu czterdziestki był dla mnie ciosem poniżej pasa, po którym nawet nie chciało mi się udawać, że świetnie sobie radzę.
Mieszkam głównie w Holandii, gdzie kobiety są samodzielne i silne - dźwigają fizycznie i psychicznie, czują się obrażone, kiedy mężczyzna chce pomóc, niewartościowe, kiedy nie potrafią poradzić sobie same. Ja tak nie mam. Nie chcę. I od lat oczyszczam się z pozostałości programów Zosi Samosi - nawet jeśli ceną za to jest poczucie zagubienia od czasu do czasu.
Po piąte, ostatnie miesiące były hiper dynamiczne. Zaczęłam pracę dla nowego pracodawcy, spędziłam grudzień w pociągach między Amsterdamem a Rotterdamem. Moja wewnętrzna leśna pielgrzymka naśmiewała się z tego na głos, a wewnętrzna nastolatka marząca o życiu w tętniącej życiem stolicy podskakiwała z ekscytacji.
Cokolwiek to było, szybko przypomniało mi, dlaczego dawno temu wypisałam się z systemu i nigdy nie tęskniłam za podbijaniem świata szkła, betonu i żetonów.
Jesienią dałam sobie czas do marca na większe życiowe decyzje. Przez najbliższe tygodnie ważą się okoliczności, które pokażą, czy ja i moje bloomowe działania mogłybyśmy naprawdę - na dłuższą chwilę - mieć tu dom. Na swoich, czułych warunkach. Bo o to "jak", a nie "czy" we wszystkim chodzi. Niestety już tak mam, że jeśli nie mogę w jakościach, które cenię - często wybieram poczekać. Kwiaty kwitną kiedy warunki są sprzyjające.
No i po szóste - wskakuję tu, ponieważ astrologicznie rozpoczynamy nowy rozdział. Neptun po 14 latach w Rybach właśnie przeszedł do Barana, zamykając jogowy, ajahuaskowy cykl, w którym duchowość i uzdrawianie stały się częścią codzienności, ale też idealnym miejscem ucieczki. Baran nie chce być marzycielem - chce być bohaterem. Neptun w Baranie musi wdrożyć duchowe mądrości w życie.
Jedna z moich ulubionych astrolożek napisała, że to tak, jakby nagi, bosy Neptun wyszedł z morza, które zapłonęło. Po 165 latach podróży na nowo rozpoznaje swoją formę, która rozlała się w kolektywnej nieświadomości, kiedy pływał w rybim oceanie bez granic.
Może ja też trochę z niego wychodzę - choć temat wewnętrznego, jogicznego ognia akcji stał się w moim życiu bardzo obecny już na początku zeszłego roku. Z intencją reaktywowania w sobie archetypu nauczycielki i działaczki wybrałam się wtedy na nauczycielski kurs jogi. Tymczasem zanurkowałam tam jeszcze głębiej w morze miłości i jedności - może dlatego, że Neptun i Saturn dopiero ocierały się o gorące brzegi Barana.
Wyszłam z tych ashramowych głębin, strzepałam syrenie łuski i wyruszyłam w bardzo intensywną podróż ku nowemu.
Wydarza się ona dla nas wszystkich.
Podróż ku nowemu. Niech dzieje się.
Podróż bohatera. Bohaterki...
To nie są jeszcze ogłoszenia, najwcześniej w marcu uda mi się zaplanować coś w Polsce. Wcześniej mam nadzieję na spotkanie w kobiecym kręgu w Holandii.
Nie wiem jaki będzie teraz bloom. Czy zostanę przy spotkaniach 1:1 w takiej formie jak do tej pory. Czym Wy potrzebujecie się zająć, co i jak objąć.
Chciałam się tylko połączyć na progu tej transformacji, w prawdzie na teraz, na głębszym oddechu, w czułej tęsknocie za Wami i w ciekawości nowego.
Z miłością,
Kasia ♡