La Justesse - gabinet terapeutyczny

La Justesse - gabinet terapeutyczny Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od La Justesse - gabinet terapeutyczny, Zdrowie i medycyna, Poznan.

Zaczęłam pracować z osobami uzależnionymi, współzależnionymi i DDA stosunkowo niedawno, ale bardzo szybko poczułam, że d...
05/01/2026

Zaczęłam pracować z osobami uzależnionymi, współzależnionymi i DDA stosunkowo niedawno, ale bardzo szybko poczułam, że dzieje się we mnie coś, co trudno nazwać jednym zdaniem. To nie było olśnienie ani gotowa myśl. Raczej coś, co zaczęło się zbierać powoli, z kolejnych spotkań, z kolejnych historii, z ciszy pomiędzy słowami. Z tego momentu, kiedy siedzisz naprzeciwko drugiego człowieka i masz wrażenie, że formalnie wszystko się zgadza on mówi, odpowiada, jest obecny a jednak coś nie do końca się spotyka.

Na początku myślałam, że to kwestia konkretnego problemu: alkoholu, narkotyków, relacji z osobą uzależnioną, trudnego dzieciństwa. Ale im dłużej w tym byłam, tym bardziej widziałam, że to, co mnie zatrzymuje, nie dotyczy samego obiektu uzależnienia. Dotyczy sposobu bycia. Jakby pod spodem tych różnych historii działał bardzo podobny mechanizm, tylko raz przyklejony do substancji, raz do drugiego człowieka, a czasem do całego świata.

Osoba uzależniona często opowiada o tym, jak wszystko w jej życiu zaczęło kręcić się wokół alkoholu czy innego środka. Osoba współzależniona mówi o tym, jak całe jej życie zaczęło krążyć wokół kogoś innego. A osoba DDA… ona bardzo często nie potrafi wskazać jednego „czegoś”. Raczej mówi o ciągłym napięciu, o czujności, o trudnym do opisania zmęczeniu. Jakby dorastała w przestrzeni, w której zawsze coś wisiało w powietrzu, ale nigdy nie było nazwane. I kiedy słucham tych historii, coraz częściej mam poczucie, że różnice są powierzchowne, a pod spodem chodzi o to samo doświadczenie: brak miejsca, w którym można było spokojnie być sobą przy drugim człowieku.

Z czasem zaczęłam zauważać coś jeszcze. Coś, co powtarza się z taką regularnością, że trudno to zignorować. To stan, który roboczo nazywam „odklejeniem”. Nie w sensie obraźliwym. Bardziej w sensie bardzo dosłownym. Jakby ktoś był odklejony od siebie, od chwili, od kontaktu. Człowiek siedzi w gabinecie, patrzy, mówi, a jednocześnie ma się wrażenie, że jest gdzieś obok. Jakby był obecny tylko częściowo.

To odklejenie widać w drobiazgach. W tym, że na pytanie „co teraz czujesz?” zapada długa cisza. W tym, że odpowiedzią bardzo często jest „nie wiem”. W tym, że emocje są opisywane ogólnikami albo wcale. W spojrzeniu, które jakby przechodzi przez drugą osobę, zamiast się na niej zatrzymać. W narracji, która bywa bardzo długa, pełna słów, historii, wątków, ale kiedy próbujesz zapytać: „a Ty w tym wszystkim gdzie jesteś?”, nagle okazuje się, że trudno na to odpowiedzieć.

I wtedy zaczęłam się zastanawiać, co właściwie się wydarza z człowiekiem, który przez wiele lat nie miał możliwości spokojnie być w relacji. Bo bardzo często słyszę od osób uzależnionych i nie tylko od nich, że bycie przy drugim człowieku było dla nich zbyt intensywne. Zbyt zalewające. Za dużo emocji, za dużo napięcia, za dużo bodźców. Jakby kontakt sam w sobie był czymś, co trzeba było jakoś przetrwać. I jeśli tak jest, to bardzo łatwo zrozumieć, dlaczego ktoś sięga po coś, co pozwala się znieczulić, oddalić, odsunąć od tego doświadczenia.

W tym sensie coraz częściej widzę uzależnienie jako próbę poradzenia sobie z byciem w relacji. Z byciem sobą przy kimś. Alkohol, narkotyki, nadmiar pracy, ciągłe myślenie, gadanie, analizowanie to wszystko może pełnić podobną funkcję. Daje dystans. Daje ulgę. Pozwala nie być tak bardzo „tu”.

Kiedy ktoś przestaje pić albo kiedy ten dotychczasowy sposób regulacji przestaje działać, bardzo często pojawia się ogromna pustka. I wtedy zaczyna się szukanie. Sensu. Obecności. Czegoś, co da poczucie, że życie jednak coś znaczy. W gabinecie widzę, jak wiele osób w tym momencie skręca w różne formy duchowości, rozwoju, religii. I znowu to nie jest coś złego samo w sobie. Ale coraz częściej mam wrażenie, że bywa to kolejna próba poradzenia sobie z tym samym problemem. Kolejny sposób, żeby być „gdzieś indziej”, tylko w bardziej akceptowalnej, czasem nawet podziwianej formie.

Bo jeśli ktoś przez lata nie miał kontaktu ze swoim ciałem, emocjami, relacjami, to bardzo trudno jest nagle „odnaleźć siebie” w abstrakcyjnych pojęciach. Często widzę wtedy dużo słów, dużo idei, dużo opowieści o sensie, energii, świadomości ale mało osadzenia w codziennym doświadczeniu. Mało zdolności do bycia z kimś naprawdę. Do zauważenia, że ktoś siedzi naprzeciwko. Do poczucia, co się dzieje tu i teraz.

Szczególnie wyraźne jest to u osób, które mają za sobą długą historię używania substancji psychoaktywnych. Tam czasem wszystko wydaje się naraz: emocje, wątki, przeżycia, diagnozy. Jakby było „za dużo” i jednocześnie „bez środka”. Jakby brakowało punktu, wokół którego to wszystko mogłoby się poukładać.

I to nie jest dla mnie gotowa teoria ani coś, co chcę nazywać diagnozą. To raczej zapis tego, co zaczęłam widzieć i czuć w gabinecie. Hipoteza, która się we mnie tworzy. Coś, co wymaga dalszego sprawdzania, słuchania, uważności. Ale też coś, co bardzo zmienia sposób, w jaki patrzę na te osoby. Bo zamiast pytać tylko „od czego jesteś uzależniony?”, coraz częściej pytam w myślach: „gdzie Ciebie w tym wszystkim nie było?” i „co sprawiło, że bycie w relacji stało się czymś, od czego trzeba było uciekać?”.

I być może właśnie tam zaczyna się prawdziwa praca. Nie w kolejnym odklejeniu. Tylko w bardzo powolnym, często trudnym wracaniu do siebie. Do ciała. Do kontaktu. Do bycia przy drugim człowieku bez potrzeby znieczulenia.

Przez lata wielu z Was przyzwyczaiłam do tempa mojego rozwoju. Czasem było ono bardzo intensywne, czasem skręcało w stro...
04/01/2026

Przez lata wielu z Was przyzwyczaiłam do tempa mojego rozwoju. Czasem było ono bardzo intensywne, czasem skręcało w strony zupełnie abstrakcyjne, czasem wydłużało się tak bardzo, że miałam wrażenie, jakbym kręciła się w kółko, jak przysłowiowe 💩 w przeręblu. Bywały momenty, kiedy z boku mogło to wyglądać chaotycznie albo niespójnie. A jednak zawsze próbowałam wyciągnąć z każdego takiego etapu coś, co mnie wzbogaci. Coś, co dołoży kolejną warstwę do tej drogi, którą już wybrałam, drogi konkretnej, wymagającej i dla mnie najbardziej ciekawej.

Zaczęło się od poszerzania umysłu przez narzędzia, które dziś często budzą skrajne emocje. Jednym z nich było neurolingwistyczne programowanie, czyli NLP. W dużym uproszczeniu NLP zajmuje się tym, jak język, obrazy i wewnętrzne reprezentacje wpływają na nasze reakcje, decyzje i zachowanie. To tam po raz pierwszy naprawdę poczułam, że język nie jest tylko opisem świata, ale narzędziem jego konstruowania. Że to, jak coś nazywamy, jakie metafory wybieramy, jakie struktury zdań powtarzamy, realnie zmienia to, co przeżywamy i jak działamy. NLP nauczyło mnie jednego bardzo ważnego doświadczenia: język może być potężny. Może tworzyć, ale może też zamykać…

Potem przyszło krytyczne myślenie. I tu nie chodzi o bycie „krytycznym” w potocznym sensie, tylko o zdolność logicznego analizowania tego, co się słyszy, mówi i myśli. Krytyczne myślenie jest bardzo blisko filozofii i logiki. Opiera się na sprawdzaniu, czy jedno wynika z drugiego, czy argument ma sens, czy w rozumowaniu nie ma luk, skrótów, iluzji. Uczy ogromnej pokory wobec własnych przekonań, bo pokazuje, jak łatwo umysł dorabia sens tam, gdzie go nie ma. I jak bardzo potrzebujemy struktury, żeby w ogóle móc się poruszać w świecie idei. Bez tej struktury wszystko się rozpada. Bez logiki, bez spójności, bez ciągu przyczynowo-skutkowego po prostu nie da się przeskoczyć pewnych poziomów rozumienia.

I gdzieś pomiędzy tymi doświadczeniami języka jako narzędzia i myślenia jako struktury zaczęłam bardzo wyraźnie czuć, że ciągle mi mało. Że są miejsca, do których te narzędzia mnie doprowadziły, ale dalej już nie sięgają. Że mimo ogromnej wiedzy, empatii i doświadczenia, wciąż napotykam granice. Szczególnie wtedy, kiedy próbuję rozumieć umysły funkcjonujące inaczej niż mój własny. Umysły neuroatypowe, takie jak ADHD czy spektrum autyzmu. I nie dlatego, że one są „trudne”, tylko dlatego, że mój neurotypowy sposób myślenia ma swoje wbudowane ograniczenia, a ja nie znoszę kiedy czegoś nie mogę 😌.

I wtedy cała moja uwaga językowo, poznawczo, zawodowa zaczęła przesuwać się w stronę serca trzeciej fali terapii poznawczo-behawioralnej. A w samym jej centrum znajduje się wspominana w poprzednich postach - teoria ram relacyjnych. Teoria, która nie skupia się na treści myśli, tylko na tym, jak umysł tworzy relacje między pojęciami, doświadczeniami i znaczeniami. Pokazuje, że to nie same myśli są problemem, tylko sposób, w jaki zostają połączone w sieci, hierarchie i automatyczne skróty.

Teoria ram relacyjnych zaczęła obiecywać mi coś, czego wcześniej mi brakowało: kolejne poszerzenie świadomości. Nie w sensie duchowym czy metaforycznym, ale bardzo konkretnym, poznawczym. Dostęp do miejsc, które wcześniej były poza zasięgiem. Do obszarów, gdzie nie wystarcza ani intuicja, ani dobra wola, ani nawet doświadczenie. Do poziomu, na którym można zobaczyć, jak język organizuje całe nasze funkcjonowanie, często poza naszą świadomością.

Coraz bardziej widzę, że zanim spróbujemy dotknąć bardziej złożonych obszarów ludzkiego umysłu, musimy najpierw poszerzyć samych siebie jako narzędzie. Bo dopiero wtedy pojawia się dostęp do większej ilości materiału, do innych perspektyw, do nowych sposobów rozumienia. I to jest proces, który mnie teraz najbardziej zajmuje.

A do jakich odkryć mnie to prowadzi i co zaczynam widzieć, kiedy ten dostęp się poszerza, o tym opowiem w kolejnym poście…

Zwykle, kiedy rozmawiamy z drugim człowiekiem, słuchamy bardzo dosłownie. Ktoś coś mówi, więc przyjmujemy, że dokładnie ...
03/01/2026

Zwykle, kiedy rozmawiamy z drugim człowiekiem, słuchamy bardzo dosłownie. Ktoś coś mówi, więc przyjmujemy, że dokładnie to miał na myśli. Traktujemy słowa jak komunikaty, zdania jak nośniki informacji, a rozmowę jak wymianę treści. W takim słuchaniu najważniejsze jest to, co zostało powiedziane.

Z czasem jednak zaczyna być widać, że to nie wystarcza. Że można słuchać uważnie, a mimo to czuć, że rozmowy się rozjeżdżają, że coś ważnego nie zostaje usłyszane albo że w kółko wraca to samo napięcie, tylko pod innymi tematami. Wtedy pojawia się pytanie, czy problem naprawdę leży w treści rozmowy, czy raczej w czymś głębiej, np. w tym, jak język porządkuje doświadczenie, zanim jeszcze dotrze ono do świadomości.

I tu zaczyna się zupełnie inny sposób słuchania.

Nie polega on na wyłapywaniu sensów wypowiedzi, ale na zwracaniu uwagi na to, jak wypowiedź jest skonstruowana. Jakie słowa łączą się ze sobą automatycznie. Jakie znaczenia są traktowane jak oczywiste. Jakie relacje między myślami, emocjami i faktami powtarzają się niezależnie od tematu rozmowy.

Dla większości ludzi czyjaś wypowiedź pozostaje historią, opinią albo emocją. Dla terapeuty, który pracuje na poziomie języka, ta sama wypowiedź staje się zapisem tego, jak umysł organizuje świat za pomocą słów.

👄👄👄

Tym właśnie zajmuje się w psychologii teoria ram relacyjnych. W najprostszym ujęciu jest to teoria opisująca, w jaki sposób ludzki umysł uczy się znaczeń poprzez język. Zakłada ona, że nie reagujemy bezpośrednio na fakty, tylko na relacje, które język tworzy między faktami. Relacja to podstawowe powiązanie typu: „to znaczy to”, „to jest takie jak tamto”, „jeśli wydarzy się A, to znaczy B”.

Przykładowo:
„błąd” może zostać powiązany z „odrzuceniem”, „bliskość” z „zagrożeniem”,
a „ja” z „niewystarczająca”.

Te powiązania nie muszą być logiczne ani aktualne. Wystarczy, że kiedyś się pojawiły i zostały zapamiętane, bo pełniły jakąś funkcję - to znaczy, że w tamtym momencie pomagały poradzić sobie z rzeczywistością, na przykład chroniły przed bólem, dawały poczucie kontroli, pozwalały przetrwać relację albo uniknąć odrzucenia, nawet jeśli dziś powodują więcej kosztów niż korzyści. Kiedy ktoś mówi, te relacje są słyszalne w języku. Dlatego w pracy terapeutycznej bardzo pomocne okazuje się myślenie o procesie zmiany w kategoriach trzech poziomów funkcjonowania języka i świadomości. To uproszczenie nie po to, żeby coś spłycić, ale żeby jasno zobaczyć, z jakiego miejsca pacjent aktualnie mówi.

Na pierwszym poziomie człowiek mówi z wnętrza schematu. Schemat oznacza tutaj utrwalony sposób myślenia i reagowania, który działa automatycznie. Język na tym poziomie jest dosłowny i sztywny. Myśli brzmią jak fakty, a emocje jak dowody prawdy. Kiedy pacjent mówi „zawsze”, „nigdy”, „taki jestem”, nie chodzi tylko o styl wypowiedzi. Chodzi o to, że jego umysł nie widzi w danym momencie innych możliwości. Relacje językowe są tak silne, że nie ma jeszcze dystansu. Na tym poziomie schemat działa również w relacji terapeutycznej – terapeuta może być przeżywany jako ktoś, kto nie rozumie, zawodzi, rani albo przeciwnie: jako ktoś, kto ma wszystko naprawić. Z perspektywy RFT (teorii ram relacyjnych) nie jest to problem relacji, tylko informacja o tym, że rozmowa toczy się wewnątrz schematu.

Drugi poziom pojawia się wtedy, gdy w języku zaczyna być słyszalna zmiana relacji do własnych myśli. Pacjent zaczyna mówić „zauważam, że tak reaguję”, „widzę, że to się powtarza”. To nie jest jedynie zmiana słów, ale zmiana struktury.
Myśl przestaje być traktowana jak bezpośrednia rzeczywistość, a zaczyna być widziana jako coś, co się w umyśle pojawia. W języku teorii ram relacyjnych mówi się tutaj o osłabieniu literalności – czyli o tym, że relacje językowe nie rządzą już w sposób całkowicie automatyczny.

👉Pacjent nadal doświadcza schematu, ale zaczyna go rozpoznawać.👈

Trzeci poziom to moment, w którym perspektywa przesuwa się jeszcze dalej. Pacjent zaczyna rozumieć nie tylko swój schemat, ale sposób działania mózgu jako systemu uczącego się relacji. W języku pojawia się myślenie procesowe: „mój mózg w stresie robi to”, „to była próba ochrony”, „tak nauczył się reagować mój układ nerwowy”. Odpowiedzialność przestaje oznaczać winę, a zaczyna oznaczać zrozumienie mechanizmu. To jest poziom, który można nazwać „wiedzą o sobie” – nie akademicką, ale funkcjonalną, pozwalającą zauważyć schemat, zanim przejmie stery.

Terapeuta, który słucha na poziomie struktury języka, słyszy, na którym z tych trzech poziomów znajduje się pacjent, i na tej podstawie dobiera interwencję. Czasem jego zadaniem jest pomóc wyjść z literalnego zanurzenia w schemacie. Czasem utrzymać nowo pojawiający się dystans. Czasem zabezpieczyć perspektywę trzeciego poziomu, żeby nie zniknęła w obliczu stresu. Nie chodzi o zmianę treści myśli, ale o zmianę relacji, jakie język tworzy między myślą, emocją i doświadczeniem.

Na tym właśnie polega praca w duchu teorii ram relacyjnych. Nie na poprawianiu historii, ale na uczeniu się słyszenia własnego języka. Bo kiedy człowiek zaczyna rozumieć, jak jego umysł tworzy znaczenia, przestaje być przez nie bezwiednie prowadzony.

Wyobraź sobie, że masz w życiu jakiś problem, który ciągle wraca. Może to być relacja, która za każdym razem kończy się ...
01/01/2026

Wyobraź sobie, że masz w życiu jakiś problem, który ciągle wraca. Może to być relacja, która za każdym razem kończy się podobnie. Może to być praca nad sobą, która trwa już długo, a efekt wciąż jest ten sam. Może to być poczucie, że bardzo się starasz, dużo rozumiesz, dużo wiesz, a mimo to w kluczowych momentach reagujesz dokładnie tak samo jak wcześniej. Obiecujesz sobie, że tym razem będzie inaczej, a potem orientujesz się, że znów jesteś w tym samym miejscu.

W takich chwilach wiele osób zaczyna myśleć, że coś jest z nimi nie tak. Albo że nie potrafią. Albo że świat jest trudny i ludzie są jacy są. I choć te myśli brzmią bardzo różnie, prowadzą do jednego. Do poczucia utknięcia. Do wrażenia, że cokolwiek robisz, efekt jest wciąż ten sam.

I teraz pojawia się pytanie, które rzadko sobie zadajemy. Co jeśli problem nie leży w tym, co robisz, tylko w tym, jak o tym wszystkim mówisz. Do siebie i do innych.

Bo język to nie jest tylko sposób opisywania rzeczywistości. Język jest czymś w rodzaju instrukcji obsługi świata. To, jak nazywasz swoje doświadczenia, jak łączysz je w zdania, jak je powtarzasz w myślach, zaczyna porządkować to, co widzisz, czujesz i wybierasz. Nawet wtedy, gdy wydaje ci się, że mówisz o czymś neutralnie, w tych słowach zawsze ukryty jest jakiś sposób widzenia siebie i świata.

Każdy z nas nosi w sobie wewnętrzną mapę. Ta mapa nie jest narysowana na papierze. Jest zapisana w słowach, historiach i opowieściach, które o sobie tworzymy. Na tej mapie zapisane jest, co jest dla nas bezpieczne, co trudne, kim jesteśmy, czego się spodziewamy po innych i po sobie. Ta mapa powstaje latami. Z rozmów, z doświadczeń, z tego, co ktoś do nas mówił i z tego, co my mówiliśmy do siebie.

Kiedy rozmawiają ze sobą dwie osoby, wydaje się, że komunikują się dwa mózgi. Ale na głębszym poziomie spotykają się dwie mapy. Jeśli te mapy są do siebie podobne, rozmowa płynie i mamy wrażenie, że nadajemy na tych samych falach. Jeśli są bardzo różne, pojawia się napięcie, irytacja i niezrozumienie. Często wtedy myślimy, że problemem jest druga osoba. Tymczasem bardzo często to nie ludzie się kłócą, tylko jedna mapa zderza się z drugą mapą.

Kiedy ciągle opowiadasz o sobie w jeden sposób, w jednym schemacie, ten schemat zaczyna organizować twoje życie i relacje. Nie dlatego, że jest prawdziwy, tylko dlatego, że jest powtarzany. Jeśli w twoim języku ciągle wraca historia o porażkach, świat zaczyna być widziany przez pryzmat porażki. Jeśli w twoim języku ciągle wraca opowieść o byciu niewystarczającym, nawet sukcesy zaczynają być filtrowane przez brak. I wtedy możesz robić bardzo dużo, pracować nad sobą, czytać, analizować, a mimo to coś wciąż ściąga cię z powrotem do tego samego miejsca.

Dlatego przyglądanie się własnemu językowi bywa tak przełomowe. Bo nagle okazuje się, że w słowach, których używasz, zapisane są informacje o twoich konfliktach, twoich schematach i twoich napięciach. Widać w nich miejsca, gdzie jesteś wewnętrznie rozdarty. Widać, gdzie mówisz o sobie w sprzeczny sposób. Widać, jakie tematy wracają w kółko i jakie emocje są z nimi związane. Język przestaje być tylko opowieścią. Zaczyna być mapą.

Od jakiegoś czasu w gabinecie słucham ludzi w trochę inny sposób. Nie tylko tego, co mówią, ale jakim językiem to mówią. Jak łączą fakty. Jak przechodzą z przeszłości do teraźniejszości. Jak opowiadają o sobie, o innych, o świecie. Dzięki temu często znacznie szybciej, niż mogłoby się wydawać, można zobaczyć, gdzie coś zaczyna się dziać. Nie po to, żeby zranić czy skonfrontować na siłę, ale po to, żeby delikatnie pokazać czuły punkt. Miejsce, w którym język zaczyna organizować doświadczenie w sposób, który przestaje służyć.

I to jest dopiero początek. Bo istnieje teoria, która bardzo precyzyjnie opisuje to, jak język tworzy nasze mapy świata i dlaczego tak często żyjemy wewnątrz własnych opowieści, nawet o tym nie wiedząc.
Mowa o teorii ram relacyjnych, która jest jednym z najbardziej fascynujących narzędzi do rozumienia siebie i relacji z innymi. Ale o tym w kolejnej części…

Dlaczego w snach pojawiają się znane nam osoby, choć sen wcale nie jest o nichJednym z najczęstszych nieporozumień w roz...
27/12/2025

Dlaczego w snach pojawiają się znane nam osoby, choć sen wcale nie jest o nich

Jednym z najczęstszych nieporozumień w rozumieniu snów jest traktowanie postaci występujących w śnie dosłownie. Gdy śni się były partner, rodzic, szef czy ktoś znaczący z przeszłości, automatycznie pojawia się myśl: „to musi być o tej osobie”. Tymczasem psychika działa w snach według zupełnie innej logiki niż nasz umysł na jawie. Sen nie jest relacją z wydarzeń ani komentarzem do relacji interpersonalnych. Jest językiem procesów wewnętrznych.

Psychika w śnie nie opowiada historii o ludziach. Ona opowiada o stanach, napięciach i konfiguracjach relacyjnych, używając znanych postaci jako nośników znaczeń. Osoby pojawiające się w snach są więc raczej symbolami funkcjonalnymi niż bohaterami narracji w dosłownym sensie.

Kluczowe jest zrozumienie, że psychika nie przechowuje ludzi jako konkretnych osób, lecz jako wewnętrzne reprezentacje relacyjne. To znaczy: nie pamięta „człowieka”, tylko zapisuje, jakiego rodzaju doświadczenie było z nim związane. Przechowuje informację o tym, kim byliśmy w jego obecności, jakie emocje były wtedy dostępne, jakie reakcje musiały zostać uruchomione, a jakie zablokowane. Zapisuje stan bycia, nie biografię.

Kiedy więc psychika w śnie sięga po wizerunek byłego partnera, nie robi tego dlatego, że chce wracać do przeszłości. Robi to dlatego, że ten partner był nośnikiem bardzo konkretnego kodu emocjonalnego. Być może był związany z bliskością bez konfliktu, a może z napięciem, zależnością, poczuciem bycia widzianą albo niewystarczającą. Niezależnie od tego, jak relacja wyglądała obiektywnie, w psychice pozostał skompresowany zapis stanu, który można szybko uruchomić.

Sen działa jak system oszczędzania energii. Nie tworzy nowych postaci, jeśli nie musi. Nie buduje skomplikowanych konstrukcji symbolicznych, gdy ma do dyspozycji gotowe reprezentacje. Wybiera najkrótszą drogę neuronalną. Jeśli do przekazania jest określony stan emocjonalny, psychika sięga po osobę, przy której ten stan był intensywnie przeżywany i dobrze zapisany. To nie jest wybór sentymentalny ani znaczący w sensie relacyjnym. To jest wybór techniczny.

Podobnie dzieje się z rodzicami. Gdy w śnie pojawia się matka lub ojciec, sen bardzo rzadko dotyczy realnej relacji z tymi osobami w dorosłym życiu. Zazwyczaj dotyczy wczesnych wzorców regulacji emocjonalnej, poczucia bezpieczeństwa, kontroli, zależności albo braku granic. Rodzic w śnie jest skrótem do określonego klimatu psychicznego, a nie komentarzem do aktualnej więzi.

Szefowie, nauczyciele czy osoby związane z autorytetem pojawiają się w snach wtedy, gdy psychika pracuje nad tematami oceny, hierarchii, odpowiedzialności lub lęku przed błędem. Nie dlatego, że są „ważni” jako osoby, lecz dlatego, że reprezentują określoną strukturę relacyjną, w której jednostka musiała funkcjonować. Ich obecność w śnie sygnalizuje proces wewnętrzny związany z funkcjonowaniem w systemie wymagań, a nie potrzebę rozwiązania relacji z konkretnym człowiekiem.

To, co szczególnie mylące, to fakt, że znane osoby w snach często są uproszczone, „oczyszczone” z realnych cech, pozbawione historii, konfliktów i ambiwalencji. To właśnie jest jeden z najmocniejszych dowodów na to, że sen nie jest o nich. Gdyby psychika chciała mówić o realnej relacji, postać byłaby złożona, sprzeczna, obciążona szczegółami. Tymczasem w snach strukturalnych i procesowych postacie są jednowymiarowe, bo pełnią funkcję, a nie rolę osobową.

Najważniejszym błędem interpretacyjnym jest więc pytanie: „dlaczego śniła mi się ta osoba?”. Właściwe pytanie brzmi: „jaki stan psychiczny ta osoba reprezentuje w tym śnie?”. Gdy to pytanie zostanie postawione, sen przestaje ciągnąć w przeszłość i przestaje wikłać w relacyjne rozważania. Zaczyna odsłaniać aktualny proces wewnętrzny, który domaga się zauważenia.

Kiedy rozdzielimy nośnik od treści, postać traci swoją emocjonalną siłę. Przestaje być zaproszeniem do powrotu, a staje się informacją. Sen przestaje być osobisty w sensie relacyjnym, a staje się osobisty w sensie psychicznym — jako komunikat o tym, co dzieje się w środku, tu i teraz.

I właśnie wtedy sen zaczyna spełniać swoją prawdziwą funkcję: nie budzić zamętu, lecz porządkować wewnętrzną rzeczywistość.

Zależy mi tylko na jednym…Żeby Twój mózg – który tylko udaje, że da się nim sterować –w sytuacji stresu był na tyle uprz...
26/12/2025

Zależy mi tylko na jednym…

Żeby Twój mózg – który tylko udaje, że da się nim sterować –
w sytuacji stresu był na tyle uprzejmy,
żeby zamiast katastrofy i hurtowo odpalanej paniki, wrzucił Ci do głowy te 14 minut wykładu.

Skoro już ma Ci coś losowo podsuwać,
to niech zrobi to z mądrością godną mistrza Zen

🧠✨

Visit http://TED.com to get our entire library of TED Talks, transcripts, translations, personalized talk recommendations and more.Stress. It makes your hear...

𝐌𝐢𝐥𝐨𝐬́𝐜́ ❤️ 𝐢 𝐍𝐢𝐞𝐧𝐚𝐰𝐢𝐬́𝐜́ ❤️‍🩹, 𝐜𝐳𝐲𝐥𝐢 𝐡𝐢𝐬𝐭𝐨𝐫𝐢𝐚 𝐨 𝐭𝐲𝐦, 𝐣𝐚𝐤 𝐩𝐨𝐰𝐬𝐭𝐚𝐣𝐞 𝐁𝐨𝐫𝐝𝐞𝐥𝐢𝐧𝐞Organizacja borderline kształtuje się w rozw...
25/12/2025

𝐌𝐢𝐥𝐨𝐬́𝐜́ ❤️ 𝐢 𝐍𝐢𝐞𝐧𝐚𝐰𝐢𝐬́𝐜́ ❤️‍🩹,
𝐜𝐳𝐲𝐥𝐢 𝐡𝐢𝐬𝐭𝐨𝐫𝐢𝐚 𝐨 𝐭𝐲𝐦, 𝐣𝐚𝐤 𝐩𝐨𝐰𝐬𝐭𝐚𝐣𝐞 𝐁𝐨𝐫𝐝𝐞𝐥𝐢𝐧𝐞

Organizacja borderline kształtuje się w rozwoju psychicznym w warunkach, w których relacja z obiektem, czyli z najważniejszą osobą opiekuńczą, była niezbędna do utrzymania równowagi emocjonalnej, a jednocześnie zbyt niestabilna, by można było jej zaufać na stałe.

W praktyce klinicznej rzadko chodzi o jedno dramatyczne wydarzenie, częściej o długotrwałe doświadczenie emocjonalnej nieciągłości, czyli sytuację, w której opiekun bywał obecny i znaczący, ale jego reakcje były zmienne, nieprzewidywalne albo zależne od jego własnego stanu.
Dla dziecka oznaczało to, że nie wiedziało, czy w chwili napięcia ktoś je uspokoi, zignoruje czy dodatkowo obciąży własnymi emocjami.

W takich warunkach psychika dziecka uczy się, że relacja jest konieczna do regulacji afektu, czyli do uspokojenia, opanowania lęku, złości lub napięcia, ale jednocześnie nie daje się na niej stabilnie oprzeć. Regulacja afektu nie zachodzi wtedy wewnętrznie, lecz musi być uzyskiwana z zewnątrz, przez kontakt z drugą osobą. To napięcie pomiędzy potrzebą bliskości a brakiem poczucia bezpieczeństwa w relacji staje się osią organizującą dalszy rozwój.

Na etapie, na którym w rozwoju zdrowym dochodzi do integracji ambiwalencji, czyli zdolności do jednoczesnego przeżywania miłości i złości wobec tej samej osoby, proces ten pozostaje niepełny. Dziecko nie tyle nie chce, ile nie potrafi utrzymać w jednym obrazie doświadczenia, że ktoś może jednocześnie frustrować i być ważny. W konsekwencji rozwijają się reprezentacje rozszczepione, czyli oddzielne obrazy tej samej osoby przeżywane naprzemiennie jako całkowicie dobre albo całkowicie złe, bez stanów pośrednich. W tym miejscu pojawia się to, co Kernberg opisywał jako brak integracji miłości i agresji, czyli niemożność przeżywania bliskości bez jednoczesnego uruchamiania wrogości lub lęku.

Afekt, czyli intensywne emocjonalne pobudzenie, nie jest tu filtrowany ani stopniowany. Gdy bliskość wzrasta, rośnie nie tylko potrzeba więzi, ale również napięcie, które wcześniej nie mogło zostać bezpiecznie przetworzone. Psychika nie dysponuje wystarczającą przestrzenią, by te sprzeczne uczucia pomieścić jednocześnie, dlatego uruchamia mechanizmy obronne o charakterze prymitywnym, czyli takie, które działają szybko i radykalnie, ale kosztem złożoności obrazu rzeczywistości. Najczęściej jest to splitting, czyli dzielenie doświadczenia na skrajne kategorie, co chwilowo obniża napięcie, ale uniemożliwia stabilne postrzeganie relacji.

Tożsamość w tej organizacji rozwija się jako dyfuzyjna, co oznacza, że poczucie „kim jestem” nie ma stałych, wewnętrznych punktów odniesienia. Obraz siebie zmienia się zależnie od aktualnej relacji i dominującego afektu. W gabinecie widać to w sposobie, w jaki pacjent mówi o sobie inaczej, gdy czuje się widziany i akceptowany, rozumiany, a inaczej, gdy doświadcza choćby subtelnego oddalenia. Nie jest to brak refleksji ani brak inteligencji emocjonalnej, lecz brak struktury, która pozwalałaby utrzymać ciągłość obrazu siebie w sytuacji napięcia.

W relacjach dorosłych organizacja borderline ujawnia się przede wszystkim w tym, że relacja pełni funkcję regulatora wewnętrznego stanu. Drugi człowiek staje się kimś, kto nie tylko daje bliskość, ale także podtrzymuje poczucie istnienia i spójności. Bliskość przynosi ulgę, ponieważ obniża napięcie i daje chwilowe poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie aktywizuje lęk przed zależnością i utratą autonomii, czyli obawę, że bez drugiej osoby nie da się funkcjonować samodzielnie. Ten konflikt sprawia, że im relacja jest ważniejsza, tym bardziej niestabilna może się stawać.

Przejścia od idealizacji, czyli widzenia drugiej osoby jako wyjątkowo dobrej i ratującej, do dewaluacji, czyli przeżywania jej jako zawodzącej lub zagrażającej, nie są świadomą strategią ani manipulacją. Są próbą odzyskania psychicznej równowagi w sytuacji, gdy napięcie staje się nie do zniesienia. Gdy ambiwalencja przestaje być możliwa, psychika reorganizuje relację w sposób skrajny, aby choć na chwilę poczuć kontrolę. Wraz z tym zmienia się także obraz siebie, ponieważ poczucie własnej wartości i tożsamości jest ściśle związane z aktualnym obrazem obiektu.

Agresja, rozumiana jako wrogość, złość lub impulsy destrukcyjne, nie jest tu dodatkiem ani reakcją wtórną. Jest strukturalnie związana z bliskością, ponieważ w doświadczeniu rozwojowym miłość i frustracja nie zostały zintegrowane. W relacji terapeutycznej widać to szczególnie wyraźnie w momentach zbliżenia, kiedy pojawia się jednocześnie ulga i nagłe napięcie skierowane przeciwko terapeucie. Dla pacjenta nie jest to sprzeczność, lecz konsekwencja przeżywania więzi jako czegoś jednocześnie koniecznego i zagrażającego.

Z perspektywy pracy klinicznej kluczowe jest rozumienie, że organizacja borderline nie oznacza trwałego deficytu ani niezdolności do relacji. Jej istotą jest podatność na dezintegrację, czyli chwilowy rozpad spójności myślenia, odczuwania i obrazu siebie w warunkach silnego afektu. Terapia polega więc nie na eliminowaniu emocji ani korygowaniu zachowań, lecz na stopniowym budowaniu zdolności do utrzymania relacji i obrazu siebie mimo napięcia.

W praktyce oznacza to pracę w relacji terapeutycznej, która jest wystarczająco stabilna, by wytrzymać zmienność afektu, i wystarczająco jasna, by nie wzmacniać rozszczepień. Terapeuta staje się miejscem, w którym możliwe jest jednoczesne doświadczanie sprzecznych uczuć bez konieczności natychmiastowej ucieczki w skrajności. Z czasem pacjent zaczyna internalizować, czyli przyswajać do własnego świata wewnętrznego, zdolność do regulacji, która wcześniej była dostępna wyłącznie w relacji z drugim człowiekiem.

To jest moment, w którym pojawia się ulga. Nie dlatego, że emocje znikają, ale dlatego, że przestają być natychmiastowym zagrożeniem dla relacji i poczucia istnienia. Organizacja borderline przestaje wtedy dominować całe funkcjonowanie, a staje się jednym z możliwych sposobów reagowania, który można rozpoznać, nazwać i stopniowo modyfikować.

Dbaj o siebie 🫂Kiedy jesteś zaopiekowana/ny, możesz znacznie więcej dać z siebie innym.Do zobaczenia wkrótce ❤️
24/12/2025

Dbaj o siebie 🫂

Kiedy jesteś zaopiekowana/ny, możesz znacznie więcej dać z siebie innym.

Do zobaczenia wkrótce ❤️

𝐓𝐞̨𝐬𝐤𝐧𝐨𝐭𝐚Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego z niektórymi ludźmi rozmowa płynie sama, nawet jeśli znacie się krótko, ...
21/12/2025

𝐓𝐞̨𝐬𝐤𝐧𝐨𝐭𝐚

Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego z niektórymi ludźmi rozmowa płynie sama, nawet jeśli znacie się krótko, a z innymi – choć są mili, poprawni i niczym Ci nie zawinili – każde spotkanie jest jakieś ciężkie, wymuszone albo po prostu męczące?
Możecie siedzieć przy jednym stole, pić tę samą kawę, rozmawiać o podobnych sprawach, a jednak po chwili masz w sobie poczucie, że coś tu nie gra, że rozmowa się nie klei, że musisz się wysilać, żeby ją ciągnąć dalej.

Zdarza się też dokładnie odwrotna sytuacja. Spotykasz kogoś i po kilku minutach masz wrażenie, że rozumie Cię bez tłumaczenia, że wystarczy pół zdania, gest albo spojrzenie, żeby wiedział, o co Ci chodzi. Mówisz niewiele, ale druga osoba „łapie”, dokańcza Twoje myśli albo reaguje dokładnie tam, gdzie Ty jeszcze nawet nie zdążyłeś tego nazwać. Po takim spotkaniu czujesz się ożywiony, a nie zmęczony.

Bardzo często myślimy wtedy: to chyba bratnia dusza, nadajemy na tych samych falach, mamy podobne charaktery. A kiedy z kimś innym nie ma tej chemii, mówimy sobie: jakoś się nie dogadujemy, nie mamy wspólnego języka albo to nie moja bajka.

Tymczasem bardzo często nie chodzi ani o sympatię, ani o różnice charakterów, ani nawet o inteligencję w klasycznym sensie. Chodzi o coś znacznie prostszego, choć trudniejszego do uchwycenia – o to, jak ludzie myślą i łączą rzeczy w głowie, a nie co dokładnie myślą.

Są osoby, które mówią konkretnie, krok po kroku, opisując wydarzenia po kolei: co się stało, kto co powiedział, gdzie byli, co zrobili. I to jest w porządku. Ale są też osoby, które myślą bardziej skrótowo – przeskakują od razu do sensu, do wniosków, do tego, co z czego wynika. Nie potrzebują długiego wstępu ani wielu szczegółów, bo dla nich liczy się relacja między rzeczami: dlaczego to było ważne, co to zmienia, dokąd to prowadzi.

Kiedy spotykają się dwie osoby, które myślą w podobny sposób, rozmowa robi się lekka. Jedna mówi: „Było jakoś dziwnie” – a druga już wie, czy chodzi o napięcie, rozczarowanie, wstyd czy zmęczenie. Jedna rzuca zdanie w połowie, a druga naturalnie je podchwytuje. Nikt nikogo nie ciągnie, nikt nikogo nie poprawia, nie trzeba się co chwilę upewniać: „czy mnie rozumiesz?”. Po prostu jest flow.

Problem pojawia się wtedy, gdy te sposoby myślenia bardzo się od siebie różnią. Kiedy jedna osoba mówi skrótami i przeskakuje między wątkami, a druga potrzebuje konkretów, przykładów i porządku. Albo gdy jedna osoba opowiada bardzo długo, ale bez jasnego sensu, a druga próbuje ten sens znaleźć i w pewnym momencie po prostu się męczy.

W takich sytuacjach często jedna strona zaczyna robić całą robotę za dwie osoby. Dopytuje, porządkuje, streszcza, próbuje „złapać”, o co chodzi. Na początku to jest jeszcze do zniesienia, ale po chwili pojawia się znużenie, irytacja, a czasem nawet złość czy pogarda – nie dlatego, że druga osoba jest zła lub głupia, ale dlatego, że rozmowa przestaje być wymianą, a staje się ciężarem.

To właśnie wtedy pojawia się myśl: Boże, jaka nuda albo dlaczego ja znowu muszę ciągnąć tę rozmowę. I to jest bardzo ważny moment, bo ta reakcja nie mówi: „ta osoba jest bezwartościowa”. Ona mówi raczej: „ta relacja jest dla mnie kosztowna”.

Teoria ram relacyjnych pomaga zrozumieć, że to, co nazywamy „kliknięciem” między ludźmi, bardzo często wynika z podobnego sposobu łączenia znaczeń, podobnego tempa myślenia i podobnej wrażliwości na to, co jest między słowami, a nie tylko w samych słowach. A brak tego kliknięcia nie musi oznaczać porażki ani winy którejkolwiek ze stron – czasem po prostu poruszamy się w innym rytmie.

Może więc warto spojrzeć na swoje relacje nie przez pryzmat tego, czy ktoś jest fajny, czy wystarczająco się stara albo czy powinien mnie rozumieć, ale raczej zapytać: czy przy tej osobie rozmowa mnie zasila, czy wyczerpuje. Czy mogę mówić naturalnie, czy muszę się ciągle dostosowywać, tłumaczyć albo upraszczać siebie.

Bo flow między ludźmi nie jest luksusem ani magią. Jest momentem, w którym nie musisz nieść sensu sam. A jego brak nie zawsze mówi coś złego o drugiej osobie – czasem mówi po prostu, że w tej relacji każdy mówi innym językiem, nawet jeśli używa tych samych słów.

Adres

Poznan

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy La Justesse - gabinet terapeutyczny umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Pozwól, że opowiem Ci moją historię...

Witaj!

Nazywam się Justyna Neyder i tworzę przestrzeń - Psycho_Fizjo_Terapii.

Założyłam swoją autorską stronę poświęconą integracji Ciała, Umysłu i Duszy.

Odkąd pamiętam miałam ogromną potrzebę, by spotkać na swojej drodze osobę, która będzie posiadała wiedzę z zakresu medycyny, psychologii i duchowości. Uznałam, że dzięki takiemu połączeniu możliwe będzie znalezienie przyczyny mojego problemu tak fizycznego, jak i psychicznego. Chciałam poczuć, że jestem rozumiana zarówno wtedy, gdy zgłaszam dolegliwości ciała, jak i te związane z potrzebami duszy. Niestety pojawiały się osoby, będące specjalistami tylko z jednej dziedziny. Mimo, że na jakiś czas odczuwałam ulgę, to jednak wciąż czegoś mi brakowało. Dlatego pewnego dnia postanowiłam, że sama będę taką osobą, której szukam.