05/01/2026
Zaczęłam pracować z osobami uzależnionymi, współzależnionymi i DDA stosunkowo niedawno, ale bardzo szybko poczułam, że dzieje się we mnie coś, co trudno nazwać jednym zdaniem. To nie było olśnienie ani gotowa myśl. Raczej coś, co zaczęło się zbierać powoli, z kolejnych spotkań, z kolejnych historii, z ciszy pomiędzy słowami. Z tego momentu, kiedy siedzisz naprzeciwko drugiego człowieka i masz wrażenie, że formalnie wszystko się zgadza on mówi, odpowiada, jest obecny a jednak coś nie do końca się spotyka.
Na początku myślałam, że to kwestia konkretnego problemu: alkoholu, narkotyków, relacji z osobą uzależnioną, trudnego dzieciństwa. Ale im dłużej w tym byłam, tym bardziej widziałam, że to, co mnie zatrzymuje, nie dotyczy samego obiektu uzależnienia. Dotyczy sposobu bycia. Jakby pod spodem tych różnych historii działał bardzo podobny mechanizm, tylko raz przyklejony do substancji, raz do drugiego człowieka, a czasem do całego świata.
Osoba uzależniona często opowiada o tym, jak wszystko w jej życiu zaczęło kręcić się wokół alkoholu czy innego środka. Osoba współzależniona mówi o tym, jak całe jej życie zaczęło krążyć wokół kogoś innego. A osoba DDA… ona bardzo często nie potrafi wskazać jednego „czegoś”. Raczej mówi o ciągłym napięciu, o czujności, o trudnym do opisania zmęczeniu. Jakby dorastała w przestrzeni, w której zawsze coś wisiało w powietrzu, ale nigdy nie było nazwane. I kiedy słucham tych historii, coraz częściej mam poczucie, że różnice są powierzchowne, a pod spodem chodzi o to samo doświadczenie: brak miejsca, w którym można było spokojnie być sobą przy drugim człowieku.
Z czasem zaczęłam zauważać coś jeszcze. Coś, co powtarza się z taką regularnością, że trudno to zignorować. To stan, który roboczo nazywam „odklejeniem”. Nie w sensie obraźliwym. Bardziej w sensie bardzo dosłownym. Jakby ktoś był odklejony od siebie, od chwili, od kontaktu. Człowiek siedzi w gabinecie, patrzy, mówi, a jednocześnie ma się wrażenie, że jest gdzieś obok. Jakby był obecny tylko częściowo.
To odklejenie widać w drobiazgach. W tym, że na pytanie „co teraz czujesz?” zapada długa cisza. W tym, że odpowiedzią bardzo często jest „nie wiem”. W tym, że emocje są opisywane ogólnikami albo wcale. W spojrzeniu, które jakby przechodzi przez drugą osobę, zamiast się na niej zatrzymać. W narracji, która bywa bardzo długa, pełna słów, historii, wątków, ale kiedy próbujesz zapytać: „a Ty w tym wszystkim gdzie jesteś?”, nagle okazuje się, że trudno na to odpowiedzieć.
I wtedy zaczęłam się zastanawiać, co właściwie się wydarza z człowiekiem, który przez wiele lat nie miał możliwości spokojnie być w relacji. Bo bardzo często słyszę od osób uzależnionych i nie tylko od nich, że bycie przy drugim człowieku było dla nich zbyt intensywne. Zbyt zalewające. Za dużo emocji, za dużo napięcia, za dużo bodźców. Jakby kontakt sam w sobie był czymś, co trzeba było jakoś przetrwać. I jeśli tak jest, to bardzo łatwo zrozumieć, dlaczego ktoś sięga po coś, co pozwala się znieczulić, oddalić, odsunąć od tego doświadczenia.
W tym sensie coraz częściej widzę uzależnienie jako próbę poradzenia sobie z byciem w relacji. Z byciem sobą przy kimś. Alkohol, narkotyki, nadmiar pracy, ciągłe myślenie, gadanie, analizowanie to wszystko może pełnić podobną funkcję. Daje dystans. Daje ulgę. Pozwala nie być tak bardzo „tu”.
Kiedy ktoś przestaje pić albo kiedy ten dotychczasowy sposób regulacji przestaje działać, bardzo często pojawia się ogromna pustka. I wtedy zaczyna się szukanie. Sensu. Obecności. Czegoś, co da poczucie, że życie jednak coś znaczy. W gabinecie widzę, jak wiele osób w tym momencie skręca w różne formy duchowości, rozwoju, religii. I znowu to nie jest coś złego samo w sobie. Ale coraz częściej mam wrażenie, że bywa to kolejna próba poradzenia sobie z tym samym problemem. Kolejny sposób, żeby być „gdzieś indziej”, tylko w bardziej akceptowalnej, czasem nawet podziwianej formie.
Bo jeśli ktoś przez lata nie miał kontaktu ze swoim ciałem, emocjami, relacjami, to bardzo trudno jest nagle „odnaleźć siebie” w abstrakcyjnych pojęciach. Często widzę wtedy dużo słów, dużo idei, dużo opowieści o sensie, energii, świadomości ale mało osadzenia w codziennym doświadczeniu. Mało zdolności do bycia z kimś naprawdę. Do zauważenia, że ktoś siedzi naprzeciwko. Do poczucia, co się dzieje tu i teraz.
Szczególnie wyraźne jest to u osób, które mają za sobą długą historię używania substancji psychoaktywnych. Tam czasem wszystko wydaje się naraz: emocje, wątki, przeżycia, diagnozy. Jakby było „za dużo” i jednocześnie „bez środka”. Jakby brakowało punktu, wokół którego to wszystko mogłoby się poukładać.
I to nie jest dla mnie gotowa teoria ani coś, co chcę nazywać diagnozą. To raczej zapis tego, co zaczęłam widzieć i czuć w gabinecie. Hipoteza, która się we mnie tworzy. Coś, co wymaga dalszego sprawdzania, słuchania, uważności. Ale też coś, co bardzo zmienia sposób, w jaki patrzę na te osoby. Bo zamiast pytać tylko „od czego jesteś uzależniony?”, coraz częściej pytam w myślach: „gdzie Ciebie w tym wszystkim nie było?” i „co sprawiło, że bycie w relacji stało się czymś, od czego trzeba było uciekać?”.
I być może właśnie tam zaczyna się prawdziwa praca. Nie w kolejnym odklejeniu. Tylko w bardzo powolnym, często trudnym wracaniu do siebie. Do ciała. Do kontaktu. Do bycia przy drugim człowieku bez potrzeby znieczulenia.