02/01/2026
Często słyszę u pacjentów obawę przed „rozgrzebywaniem przeszłości”, a nawet wątpliwość, czy to w ogóle ma sens.
Ma, i to ogromny.
Osoba, która narzuca sobie tak sztywną dyscyplinę, że ponosi porażki mimo iż daje z siebie 120%. Ktoś, kto zmaga się z lękiem społecznym, czuje stale nieadekwatny, niewystarczający, nawet pomimo sukcesów. Ktoś, kto utkwił w ciągłym krzyku o opiekę i pomoc, nie ufając sobie i nawet nie próbując stanąć na nogi. Osoba, dla której świat jest groźny, która woli się wycofać z relacji, wyzwań zawodowych, niż spróbować i być może przekonać się, że nie daje rady…
Ile osób, tyle scenariuszy, ale łączy je jedno – jeśli nie zrozumieją, skąd im się wzięły schematy, w które wciąż od nowa wpadają, emocje i postrzeganie niedopasowane do sytuacji, nierealistyczne nadzieje i nadmierne, sztywne potrzeby – nie będą w stanie pójść dalej, bo nie będą rozumiały, dlaczego są, jakie są.
Jest jednak i drugi powód. W oczach dziecka role są rozpisane na silnego oprawcę i ono samo – słabe, bezradne, złe, winne. Takie dziecko dorastając staje się często okrutnym katem dla samego siebie, odmawiającym sobie spełniania potrzeb, krytycznym, nieczułym, a czasem niszczącym w sensie dosłownym.
Spojrzenie w przeszłość, zrozumienie, co spotkało dziecko, którym byliśmy, to nauka empatii, uważności, współczucia i wyrozumiałości – wobec siebie i innych.
Sensu nie ma tylko kurczowe trzymanie się przeszłości, takie, które staje się pretekstem, by nie spojrzeć w przyszłość. Nie ma też sensu rozgrzebywanie przeszłości "po prostu", w przekonaniu, że to terapeutyczne, i zostawianie pacjenta z tym rozgrzebaniem, bez wniosków odnośnie teraźniejszości.
Ale etap „spojrzenia w przeszłość”, żeby zrozumieć, jak kształtuje teraźniejszość, a czasem też opłakać nierealistyczne nadzieje, krzywdy i głód emocjonalny, zrozumieć, ze byliśmy dzielni, że nasze "wady" to adaptacja, bywa niestety konieczny.