05/12/2025
O terapeutycznej miłości
Pisał o niej, a nawet oparł na niej cały nurt terapeutyczny Carl Rogers. Terapia oparta na analizie funkcjonalnej uważa ją za jedną ze swych podwalin. Można ją poczuć czytając chyba jakąkolwiek książkę Irvina Yaloma. Pięknie ją widać w filmie “Buntownik z wyboru”. Mówią o niej terapeuci humanistyczni i nie tylko oni. Miłość terapeutyczna.
Miałam, mam kłopot z tym określeniem. Słowo miłość wydaje mi się bardzo jednoznaczne. Racjonalnie wiem, że takie nie jest i istnieje wiele rodzajów kochania i noszenia w sercu. Miłość może być nie tylko romantyczna, matczyna, ojcowska, siostrzeńska, braterska, dziecięca, boska, do natury, życia itd. Może być ich pewnie jeszcze więcej. Po superwizjach w humanistycznym nurcie i licznych terapeutycznych spotkaniach, nie mam wątpliwości, że istnieje, choć dalej niezwykle trudno mi ją ubrać w słowa. Spróbuję jednak powiedzieć, kiedy ją odczuwam.
Gdy witam osobę, którą goszczę co tydzień, o tej samej porze, w tym samym gabinecie i fotelu, krześle, ekranie laptopa i gdy zamieniam się w słuch, żeby zobaczyć, co u niej nowego. Pełne zaciekawienie. To trochę tak jakbym witała powracającego z podróży, który ma wiele do opowiedzenia.
Gdy nie witam już od dawna osoby, która kiedyś siadała naprzeciw, o stałej godzinie, z określonym spojrzeniem. Gdy myślę, co u niej, jak sobie radzi i czy ją jeszcze kiedyś zobaczę.
Gdy przechodzę obok miejsca, w którym wiem, że ktoś pracuje i ciepło o nim myślę. Za każdym razem gdy tam jestem, od kilku lat.
Gdy jestem świadkiem odwagi, gdy ktoś zatrzymuje się przy swoich głęboko skrywanych uczuciach i pozwala się sobie rozlecieć. Przestać być silnym, kontrolującym, jakimś. Gdy zdejmuje maskę, którą nosi non stop, nawet w samotności. Gdy jest autentyczny, mimo że to cholernie trudne.
Gdy wypatruję w twarzach przechodniów, czy przypadkiem ktoś znajomy, z jakiś przeszłych, terapeutycznych spotkań nie idzie.
Gdy wspominam, tęskniąc, tych, których już na pewno nigdy nie spotkam, nie w tym świecie. Gdy dalej ich braki bolą i wiem, że boleć i smucić będą.
Gdy ktoś się odzywa chcąc wrócić. Gdy z różnych powodów nie mogę go zaprosić na spotkanie terapeutyczne. Lub gdy w końcu mogę, bo okoliczności się zmieniły.
Gdy ktoś jest autentycznym sobą, gdy wychodzi z kryjówki, w której był całymi latami, gdzie chował się sam przed sobą. Gdy zabiera mnie ze sobą pokazując te mroczne czeluści. Gdy możemy tam razem przez chwilę być. Gdy pozwala usiąść obok siebie w tym mroku.
Gdy po długim niewidzeniu wpadam na kogoś w centrum handlowym, odbiera mi mowę, a ludzki odruch przytulenia bierze górę nad terapeutycznym “powściągliwość, przemyśl to, przeciwprzeniesienie, mój schemat? z czego to wynika…”.
Gdy kończymy spotkania i trzeba się żegnać.
Właściwie chyba bym mogła jeszcze tak długo. Może jeszcze ich kilka spiszę. W każdym razie to bardzo złożone doświadczenie tym bardziej, że czasem spowite dużym zmęczeniem, niewidzeniem różnych rzeczy czy wypaleniem. Na tę jej trudniejszą odsłonę pomagają superwizje, własne terapie, szkolenia, książki (dzięki ci świecie za Yaloma) i koleżeńskie rozmowy z innymi terapeutami. Bywa trudno, ale ta jasna strona mocy jest trochę jak życiodajna gwiazda - a ta, jak wiadomo, w niezwykły sposób produkuje niezliczone ilości energii.