24/05/2024
Niby nic takiego się nie wydarzyło. Zwykła rodzinka lat 80/90 - czyli wiadomo - dużo dobrych intencji połączanych z raczej małym poziomem samoświadomości, bez narzędzi do budowania transparentnych relacji zarówno intra jak i interpersonalnych. I to nic wyjątkowego. Dziś wiem, że takich rodzin było bez liku. Na co dzień słyszę podobną historię do mojej. Historię która nie raz, nie dwa kończy się uzależnieniem, zaburzeniami odżywiania, nieumiejętnością w relacje, depresją itd...
No to jeszcze raz - normalna rodzina z dobrymi intencjami, a w środku tego małego bobasa (mnie) była k a t a s t r o f a. To chyba jedyne czym można określić mój stan wewnętrzny przez większość mojego świadomego życia, a na pewno do jakiś 25 lat.
Fakt faktem, że dziś potrafię przywołać do siebie też lekkość i radość z okresu dzieciństwa, ale przez wiele lat fikcją byłoby czuć cokolwiek innego niż cierpienie.
Powiedzieć, że myślałam o sobie jako o niewystarczającej to byłby gruby eufemizm. Ja w ogóle nie myślałam. Wszystko co we mnie było to nieustanna faza przetrwania. Nigdy nie miałam myślenia o przyszłości. Miałam fajntazjowanie, książki, później seriale w które wsiąkałam całkowicie i to było całe moje życie.
Miałam przyjaźnie, choć właściwie nie jest to właściwe słowo. Przyjaźnie z tamtych lat raczej były oparte na obgadywaniu innych, dokazywaniach sobie nawzajem, a w promilu tylko na ewentualnym wsparciu. Nie umiałam w relacje po prostu (bo niby skąd miałam umieć).
Nie pamiętam jednej dobrej myśli o sobie z okresu dzieciństwa i dorastania. Nie było pola do dyskusji, to że zupełnie do niczego się nie nadaję było żywym aksjomatem mojego życia. No i nie, nie było widać tego na zewnątrz. Moi rodzice zawsze wspominali, że ja byłam tak dobrze śpiącym dzieckiem, wcześnie chodziłam spać i długo spałam. Zabawne, ale ja w istocie nie sypialam przez większość nocy. Kładłam się do łóżka bo tam miałam spokój, mogłam czytać i marzyć, a przecież tylko to było w życiu sensowne.
I jeszcze raz - nic nietypowego w mojej rodzinie nie było. To znaczy - nie mówię, że nie było źle. Po prostu nie było gorzej niż dookoła. Wiadomo, że przemoc fizyczna i psychiczna były. Ale to nie to mnie zabijało od środka. Zabijał mnie całkowity (z mojego punktu widzenia) brak relacji, brak bliskości, brak kontaktu z drugim czlowiekiem.
I to jest to co do dziś słyszę w tysiącach historii - s a m o t n o ś ć. Samotność do potęgi 8.
Byłam całe życie sama. I jedynym sensownym wyjaśnieniem (dla mojego wew. dziecka) było to, że nie da się ze mną być, że nie ma po co.
Paradoks jest taki, że mojej mamy było bardzo dużo, były codzienne rozmowy... Tylko, że samotność w tłumie to coś bardzo prawdziwego. Można być bardzo dużo i można wciąż być bez relacji.
I tak moje życie trwało, oczywiście moimi wymarzonymi studiami była psychologia (tak, tak powielam tą plotkę, że każdy student tego kierunku studiuje żeby zrozumieć i pomóc sobie 😁).
No, ale czemu ja właściwie opowiadam tą historię?
Bo wiem, że zarezonuje ona z dużą obfitością osób. Bo wiem jaki jest koniec (na dzisiaj). A jest mega szczęśliwy. Dziś i w poprzednich latach też 😉😁 mogę powiedzieć, z mocą w głosie, że jest mi dobrze. Trudno - tak, nawet bardzo 🙈 Budowa domu, utrzymanie rodziny, maluchy 2 i 3 lata... itd., itd. Wymagająco. A jednak dobrze. Dobrze we mnie, szczęśliwie. Co roku coraz bardziej szczęśliwie.
Daję tu świadectwo, że można, można się wygrzebać z totalnego g**** w sobie.
Dziś jestem jak przeciwne odbicie siebie z kiedyś, większość moich myśli mnie wspiera. Zazwyczaj traktuje sobie dobrze, a relacje... no relacje teraz to poezja. Moim małżeństem chwalę się od lat (ale to chyba boska zasługa 😅 bo mój mąż Tomek jest aniołem i po 15 latach razem wciąż mnie to zaskakuje on plus), od jakiegoś czasu zawitały też do mojego życia piękne przyjaźnie - pełne wsparcia, wiary w zajemne możliwości i miłości. Przyjaźnie o których kiedyś nawet nie marzyłam bo nie miałam w głowie konceptu, że są w ogóle możliwe.
Opowiadam żeby zaznaczyć, że nie musi się dziać nie wiadomo co w naszym dzieciństwie, żeby tam było cierpienie.
Dziś jestem w sobie, pracuje w obszarze pomocowym, jestem psychologiem, terapeutą, a tak w istocie to nauczycielem duchowym ✨.
I choć sama pomagam innym (wierząc w sens tej pomocy 😁) to ja zaopiekowałam moje dzieciństwo, moje wew. dziecko właśnie dzięki relacji z Tomkiem (mężem 😉). Niestety nie każdy ma takiego Tomka więc i trzeba szukać innych sposobów 😁.
Na co dzień pracuję terapeutycznie, ale że gabinet pęka w szwach to dziś zapraszam na inną formę pracy - w mojej rodzinnej Kobyłce 8 czerwca prowadzę 6 godzinne warsztaty - żywego doświadczenia - odblokowania zablokowanego wewnętrznego malucha.
Napisz komentarz, wiadomość na priv a podeślę szczegóły ❣️
Zajmuję się podnoszeniem jakości życia. Szczęście, satysfakcja, spokój to umiejętności które można w sobie rozwinąć niezależnie od sytuacji.