04/01/2026
Czy pokój też choruje?
- Tato, a czy można pokój zaprowadzić wojną? – usłyszałem dziś zza pleców, gdy na ekranie telewizora przelatywały zdjęcia z Wenezueli.
Trutka stała z poważną miną, taką, jaką ma tylko dziecko przed zadaniem trudnego pytania. Ze swoją młodzieńczą naiwnością pyta o rzeczy, których nie rozumie. W zasadzie, po głębszym zastanowieniu, ja też nie.
- Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą Najlepszej z Córek.
- A wiesz, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? – dodaje po chwili.
- … że normalność też potrafi się rozchorować – odpowiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do niej.
🕊️
Na historii uczymy się w zasadzie o konfliktach między narodami, o krwawych podbojach, o budowaniu potęgi przez miecz lub bohaterskim wyzwalaniu się z okowów zaborców. Nawet na lekcjach polskiego literatura zwykle sięga do utworów tyrtejskich lub traktujących o bólu i stracie oraz o lęku wywołanym wojną. Jakby była ona praprzyczyną naszego istnienia. To że my dziś możemy na spacerze słuchać śmiechu dzieci zamiast ryczenia syren, to luksus, którego nadal nie potrafimy docenić.
Iwona przeczytała mi kilka zdań z rozmowy wydrukowanej w „Tygodniku Powszechnym” pomiędzy Stawiszyńskim i Napiórkowskim: „Wojna jest normalnym stanem rzeczy. To, że od kilkudziesięciu lat traktujemy ją jako wyjątek, jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie udało nam się osiągnąć. Ale to krucha równowaga.”
Zdania wypowiedziane w chwili, gdy dookoła toczy się tyle konfliktów, są poniekąd zaskakujące. My i docenianie pokoju… Przecież potrafimy toczyć swoje maleńkie wojny o byle pierdoły, choćby zrobić aferę, gdy ktoś nas ubiegnie w kolejce i zabraknie świeżych bułek w sklepie. No bo jak to – dzień bez chrupiącej skórki?! Katastrofa! Z drugiej strony „afera o bułki” to dowód, że żyjemy w czasach, gdy można złościć się o drobiazgi. Gdy wojna jeszcze nie stoi za oknem.
Patrzę wstecz i myślę, że pokój jest trochę jak zdrowie. Nie czujesz go, dopóki nie zacznie go brakować. Dopóki wszystko działa, dopóty wydaje ci się, że tak już zawsze będzie. A potem… jedno badanie. Jeden wynik. Jedna iskra. I wszystko się zmienia.
Nowotwór, ten cichy sabotażysta, zaczyna się niewinnie – od komórki, która zapomina, że jest częścią większej całości i że współistnienie ma większą moc niż bunt. A potem następuje - no właśnie – wojna, by pokonać buntowników, o odzyskanie kolejnego skrawka organizmu, o ochronę przed aneksją tego, co nam zostało. Budujemy armię złożoną z ludzi i narzędzi, z lekarzy, rehabilitantów, terapeutów, przyjaciół, medycznych skryptów, cytostatyków, wiązki fotonów lub protonów, skalpeli, leków… Czerpiemy z kont środki finansowe do poziomu długu publicznego i żebrzemy o czas oraz wsparcie. To wojna totalna. Wszystko, aby zniszczyć zbuntowaną komórkę i jej naśladowczą, zmultiplikowaną armię. W tym przypadku pokój osiągnąć można tylko przez walkę.
A w świecie? W świecie jest różnie. Bywa, że wojna zaczyna się od słowa wypowiedzianego za głośno, z gniewem, od drobnego „nie chcę cię już słuchać”, od braku dialogu i doceniania pokoju. Bo największe katastrofy zaczynają się wtedy, gdy przestajemy rozmawiać i spoglądać na siebie z życzliwością.
Z perspektywy rodzica, który przeszedł leczenie onkologiczne dziecka, wiem, że nowotwór rośnie w ciszy, w miejscach, których nie obserwujemy. Tam, gdzie nasza czujność jest obniżona.
Pokój – tak jak zdrowie – trzeba pielęgnować. Nie od święta, nie dopiero po diagnozie, tylko codziennie.
🕊️
Szanowni Państwo, nasi stali i przygodni Czytelnicy, „Przyjaciele i Krewni już Nastoletniego Zająca” , jeżeli nie posiadacie wśród swoich bliskich osoby, której przekazujecie swoje 1,5% podatku, to prosimy o taką formę wsparcia, to nieoceniona pomoc, która daje Renacie szansę na lepsze jutro. Dziękujemy, że jesteście z nami – bez Was to wszystko byłoby niemożliwe!
Fundacja Dzieciom "Zdążyć z pomocą"
KRS 0000037904
cel szczegółowy 33202 Zając Renata