Renia walczy z rakiem

Renia walczy z rakiem Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Renia walczy z rakiem, Przemysl.

Dyniowa vs fasolowaDzień rehabilitacji, jak co dzień – między kinezyterapią a powięziową. Ale przychodzi moment, kiedy n...
22/10/2025

Dyniowa vs fasolowa

Dzień rehabilitacji, jak co dzień – między kinezyterapią a powięziową. Ale przychodzi moment, kiedy na stołówce pojawia się przerwa na zupę. Zupa to w ogóle jest u nas temat na doktorat, każdy preferuje inną. Nie dogodzisz.

- Jest zupa. Ale dziś nie byle jaka, bo fasolowa i dyniowa! - zaznaczam entuzjastycznie, licząc, że obecność pani Ady wpłynie motywująco na przyjęcie informacji.

– Raczej odwrotnie! – mówi Truj z tą swoją filozoficzną pewnością. – Dyniowa wygrywa życie a potem fasolowa.

No pewnie. Jak tu polemizować, kiedy sama dynia ostatnio ma lepszy PR niż niejeden polityk.

– A wiesz, w tym tygodniu nie było żadnej obsuwy! Wszystko zapamiętałeś idealnie – chwali Renata, niespiesznie delektując się zupą. Aż miałem ochotę powiedzieć, że to efekt codziennej mantry, którą mnie raczy, ale się w ostatniej chwili powstrzymałem. Komplementy trzeba umieć przyjmować z godnością – zwłaszcza, gdy człowiek zaczyna się czuć jak jakiś neurodydaktyczny cud natury.

Wychodzimy z jadalni i bum! – oświecenie. Zaraz po Adzie przecież jest Pani Daria! Ta od zwierząt wszelakich i mam nadzieję, że od świętej cierpliwości. Pani Daria czekała.

– Ile mamy czasu? – pytam zadyszany.
– Wystarczająco. Tato biegnij po okulary! – dyryguje Renata.
I zanim zdążę zrobić krok, pies Pani Darii chwyta w zęby kartę-klucz, patrzy na dziewczyny wymownym wzrokiem i jakby mówi: „Ludzie… serio?”.
– Przynajmniej jeden jest odpowiedzialny! – parsknęła śmiechem Pani Daria.

Ot cała taka codzienna improwizacja, w której czasem rządzi fasolowa, a czasem dyniowa.

O tym jak się śmieje lasWchodzimy do lasu – scenariusz jak z filmu przyrodniczego sir Davida Attenborough, tylko budżet ...
21/10/2025

O tym jak się śmieje las

Wchodzimy do lasu – scenariusz jak z filmu przyrodniczego sir Davida Attenborough, tylko budżet mniejszy a narracja bardziej z własnego życia. Złote liście pod nogami, sosny wokół, słońce rozrzuca refleksy jak darmową fototerapię z bonusem w postaci witaminy D. Gdyby jeszcze ktoś zrobił nam kawę w termosie, byłaby to wersja premium.

– Trutka, kierunek północny! Idziemy na kompas! – ogłaszam tonem, jakbym prowadził ekspedycję naukową, a nie córkę na wtorkowy spacer po zajęciach rehabilitacyjnych.
– Tylko się nie wkręcaj, żebyś nas znowu nie zgubił – mruczy pod nosem, odpalając aplikację kompasu w telefonie.
– Gdybyś się jednak zgubiła, pamiętaj, że drzewa…
– …obrastają mchem od północy – przerywa z miną uczennicy - prymuski. – Za wyjątkiem tego, tego i tego – pokazuje trzy okazy, które wprowadzają dezinformację z gracją rzecznika MEN-u.
– Tata, a wiesz, jak się śmieje las?
– Mech, mech!

W tej chwili nawet sosny zachichotały.

Tolkien mawiał, że „nie każdy, kto błądzi, jest zagubiony” – i to pasuje nie tylko do wycieczek, ale i do życia w ogóle. Do leczenia, do neurochirurgii, do onkologii dziecięcej. Bo czasem trzeba się zgubić w drodze, żeby trafić dokładnie tam, gdzie trzeba. Proste, prawda?

A nauka przyznaje rację lasowi – spacer wśród drzew poprawia neuroplastyczność, reguluje układ nerwowy, dotlenia, leczy emocje. Ruch i kontakt z naturą wspierają uczenie się i regenerację mózgu. Słowem – terapia z mchu i paproci w wersji bez skutków ubocznych.

– Wiesz, co jest najlepsze w lesie? – filozofuje Truj. – Że on cię nie pyta, czemu jesteś smutna ani czy już masz plan na jutro. Po prostu jest.

No i ma rację. Czasem potrzeba tylko tego: być. Z drzewem, ze słońcem, z kimś obok.

Złota godzina, złota myśl.

Mech, mech.

Kociak- Patrz!- przez oparcie siedzenia Renata podaje mi telefon z włączoną mapą.- Ale na co? - pytam, bo na ekranie roi...
19/10/2025

Kociak

- Patrz!- przez oparcie siedzenia Renata podaje mi telefon z włączoną mapą.
- Ale na co? - pytam, bo na ekranie roi się od różnych obiektów.
- W Poznaniu jest Muzeum Rogala.
- Aha... I jeszcze Muzeum Pyry, Muzeum Iluzji i Muzeum Archeologiczne. Możemy gdzieś spróbować pójść.
- To do Muzeum Rogala - decyduje Truj cała dumna z siebie, że udało jej się znaleźć ciekawą propozycję.

Wysiadamy z auta, zimno i wiatr od razu zniechęca do włóczenia się po Rynku. Idziemy do Muzeum Rogala.
- Przykro nam, ale właśnie mamy grupę. Są miejsca o 17.
Osiem godzin czekania - na to trochę za zimno, idziemy więc dalej. Muzeum Iluzji to kolejna pozycja na liście.
- Przykro nam, ale właśnie mamy grupę. Są miejsca o 17.
Zmówili się, czy co? Kolejny przystanek - Muzeum Archeologiczne. Tym razem bez grup i czekania do 17. Wchodzimy, bo ręce już grabieją od zimna. Tu czekają wystawy stałe o początkach naszej państwowości, historii ludzkości, tatuażach oraz gra egipsko-halloweenowa. Mamy już sporą głupawkę, zapewne wywołaną temperaturą, i Renata co chwilę zwraca nam uwagę:
- Możecie się nie wygłupiać?
Lub:
- Przestań!
Albo:
- Nie ruszaj tego!

Wystawy są o tyle ciekawe, że wśród eksponatów znajdują się rekwizyty, które można dotknąć, ubrać i wczuć się w rolę, a tu Najlepsza z Córek zabrania. Skandal! Prawie dorosła nastolatka się znalazła!

Zwiedzanie Poznania kończymy wizytą w Kawiarnia Kociak - legenda Poznania. Nie jest to przypadkowe miejsce.
Kawiarnia słynie z rogali poznańskich, ponadto istnieje od 1962 roku a memu i sposób podania przypomina to z dzieciństwa, więc zalatuje nostalgią za minionym, smarkatym czasem. Jednak nasz wybór podyktowany jest innym powodem. Kociak bardzo mocno włącza się w działalność charytatywną. Jeśli wejdziecie na ich stronę, zobaczycie mnóstwo akcji oraz postów, dzięki którym potrzebujący otrzymują pomoc. Ponieważ sami wiemy, ile zależy od Dobrych Serc, idziemy do Kociaka. A tam zajadamy się przewspaniałymi rogalami i puszystym sernikiem. Ludzi w brud, co rusz ktoś zagląda za wolnym stolikiem. Ale warto. Jest pysznie.

Polecamy i Wam.

A w komentarzu jest link do niedzielnego wydarzenia, jakie zorganizowali uczniowie poznańskiej szkoły muzycznej żeby zebrać pieniądze na nierefundowane leczenie swojej koleżanki Łucji. Mają tylko 12 lat i wiedzą, że nie mają wielu narzędzi, aby zbierać pieniądze. Pomyśleli, że mogą wykorzystać swoje umiejętności, które doskonalą od lat i zagrać muzykę klasyczną w poznańskich kawiarniach/restauracjach za darmo. Postawią tylko puszkę z prośbą o wsparcie dla Łucji. W niedzielę (26.10) zamiast grać w komputer, zbiorą się z instrumentami i przyjdą do miejsc, które im pozwolą. Zagrają mini koncert ze skrzypcami, klarnetami, fletami i bębnami.

Rożnica- A u pani Asi odbywają się zajęcia z podduszania – rzuca Truj mimochodem i czeka na reakcję.Chwilę trwa nim komu...
17/10/2025

Rożnica

- A u pani Asi odbywają się zajęcia z podduszania – rzuca Truj mimochodem i czeka na reakcję.
Chwilę trwa nim komunikat do mnie dotrze i Renata, widząc moją minę, wybucha śmiechem.
- No co? Kładzie mi ręce pod szyją – tu Trutka demonstruje, rzucając mnie na łóżko i oplatając swoimi zimniuchowatymi palcami – i patrzy, czy oddycham.
- Chyba: „jak” oddychasz – prostuję.
- No to „jak”. Co za różnica, jeśli to podduszanie?
- Myślę, że jednak jest.

Właśnie upływa pierwszy tydzień turnusu rehabilitacyjnego. Renata już zdążyła zmienić postawę na bardziej prawidłową, ale czemu się dziwić, w końcu panie Ola i Ada codziennie „znęcają się” nad stawami, mięśniami, powięziami i kręgosłupem. Ważne, że efekty są. A że Renata dodatkowo ćwiczy poszerzanie zakresu słownictwa z języka polskiego o iście makabryczne terminy, to już inna para kaloszy.
Przed Trutką weekend odpoczynku i drugi tydzień pracy, tym razem w asyście Najlepszego z Ojców. Zobaczymy, jakie rewelacje przyniosą nadchodzące dni.

- Dziś popołudniu są sensoryczne zajęcia z dinozaurami u pani Darii. Jak to „sensoryczne”?
- To takie, że można dotknąć, usłyszeć, powąchać…
- Wiem co to znaczy. Ale skąd weźmie do tego dinozaury?
- Nie wiem. Na wszelki wypadek nie zejdę na dół.
- Oj, mamo!

Być sobą- Wiesz, wczoraj było fajnie - rzuca Truj po godzinie jazdy w milczeniu.- Dlaczego? - pytam zdziwiona, bo wczora...
13/10/2025

Być sobą

- Wiesz, wczoraj było fajnie - rzuca Truj po godzinie jazdy w milczeniu.
- Dlaczego? - pytam zdziwiona, bo wczoraj na zaczepki: "Czy ci się podobało?" usłyszałam jedynie: "Tak. Nie wiem."
- Bo tak. Nie wiem. - ,,Cóż za oryginalna odpowiedź", myślę, ale po chwili pada - Było lepsze niż film. Wolę teatr.
Moje zainteresowanie wzrasta proporcjonalnie do sumy opadów w trakcie drogi (zwykle, gdy jadę z Trujem w dłuższą trasę, towarzyszy nam deszcz. Jakby deszczowcy się zmówili, żeby działać wzdłuż naszych tras przejazdu). Pytam więc ponownie:
- Dlaczego?
- Bo teatr jest bardziej prawdziwy. Podobny do życia.

W sobotę, dzień po wizycie kontrolnej u okulisty Dr Magdalena Korwin w ramach świętowania dobrych wieści, poszliśmy na "Grease" - widowisko wystawiane przez Teatr Muzyczny Proscenium na deskach SCENA RELAX I rzeczywiście, spektakl był prawdziwy jak życie. Bo cóż zobaczyła Renata? Próbę dopasowania się do grupy, aby nie zostać odrzuconym, łzy tych, którzy na co dzień przybierają maski twardzieli, by nikt nie zobaczył ich smutku, łkanie, że po wielokrotnych, nieudanych próbach znalezienia swojego miejsca w nastoletnim świecie, już nie ma gdzie się schować. Dlaczego tak jest? Bo czasem jesteśmy inni, różnimy się strojem, wychowaniem, wyglądem, charakterem.

Zwykle przecież chcemy być sobą. Wtedy jesteśmy szczęśliwi. Ale co zrobić, kiedy nasz świat nie chce nas zaakceptować? Nie zostaje nic, jak przybrać maskę i udawać. Czasem to ryzykowne. Można skończyć jak bohaterka innego spektaklu opartego na prawdziwych wydarzeniach: "My, dzieci z dworca Zoo". Czasem można nie wytrzymać ze swoim alter ego i poważnie się rozchorować (jeśli, rzecz jasna, traktujemy depresję jako poważną chorobę), czasem, gdy jednak ktoś postanawia iść pod prąd, wbrew powszechnie uznawanym trendom i lokalnym modom, zdarza się, że przestaje planować przyszłość na rzecz planowania własnego pogrzebu.

Świat młodych jest światem na krawędzi. Jeśli zaś młody wyróżnia się jakimś "brakiem", "dziwactwem", "zniekształceniem", tłum tym bardziej zrobi wszystko, aby go odrzucić. Albo na siłę zmienić. Jeden pies. Ważne, aby się nie wyróżniał, był taki, jak my, bo jeszcze nam tą swoją innością zagrozi.

Myślę, że każdy z nas miał w swoim życiu taką chwilę, gdy przywdziewał maskę - jak w czasie karnawału - by tylko nie być sobą. Więcej: myślę, że każdy z nas choć raz w życiu wymuszał na kimś innym, by założył maskę. Nawet dla jego dobra - "...bo nie ma co się ośmieszać z takimi pomysłami", "...bo możesz realizować swoje pasje, ale, na litość, znajdź sobie jakieś normalne zajęcie", "...bo co ludzie powiedzą", "..., bo wszyscy na ciebie patrzą", "..., bo inaczej nie będę z tobą gadać", "..., bo..."

Karnawał to świetna zabawa w udawanie kogoś, kim się nie jest.

Podczas karnawału zdarza się, że ktoś ginie, gdyż gra była zbyt ryzykowna.

Dziękujemy Teatrowi Muzycznemu Proscenium oraz Scenie Relax za wspaniałe widowisko. Skłania do przemyśleń. A skąd w tym wszystkim maski? Z wizyty w Muzeum Narodowe w Warszawie na wystawie "Czarny karnawał". I z miłości do "Marii" Antoniego Malczewskiego (pisarza, nie malarza). Maria nie przeżyła karnawału. Nie pasowała do towarzystwa.

Kiedy starzy się sypią…- Może wreszcie byś poszła do lekarza! – wykrzykuje Najstarszy z Synów, machając przy tym rękami....
08/10/2025

Kiedy starzy się sypią…

- Może wreszcie byś poszła do lekarza! – wykrzykuje Najstarszy z Synów, machając przy tym rękami.
- Może bym poszła, a może nie. Nie mam kiedy rzucam, z nadzieją, że temat się skończy. Naiwna ja. Młody tylko się rozkręca, taki wygadany.
- Jak to nie masz kiedy?! Całe 24 godziny na dobę do dyspozycji!
- No tak, jeśli odejmę czas na sen, którego potrzebuję jak niedźwiedź zimą, na pracę, przygotowanie do pracy i sprawdzenie po pracy efektów pracy, lekcje z Trutką, sprzątanie, wyjazd na rehabilitację, oczywiście też obiadek – choć może nie, z gotowania obiadku mogę zrezygnować podobnie jak ze spaceru, ćwiczeń, czytania książki do późna, wyjścia do kina i znajomych… - wyliczam, choć z tych drobnych przyjemności już w większości przecież zrezygnowałam – to może znajdę czas na lekarza.

I tu wredna, złośliwa, podstępna Mała Dorastająca Żmija zabiera głos:
- Ja nie muszę ani chodzić do szkoły. Odpadną wtedy zadania. Na rehabilitację też nie muszę. Ani obiadku.

Normalnie zero wsparcia, ale czego się spodziewać, kiedy ktoś mieszka w żmijowisku. Sięgam po telefon, wykręcam numer do odpowiedniej poradni i po przedstawieniu problemu przełączam na tryb głośnomówiący:
- Najbliższy możliwy termin zabiegu to 2 września… – odpowiada słodki głos (trochę niefart tak pierwszego dnia pracy zgłaszać nieobecność – myślę - ale cóż… Dwa tygodnie do badania jakoś przeżyję) – …2025 roku – dokańcza pani (ktoś pomyśli, że się czepiam, bo przecież to szalenie krótki termin, tyle że był akurat sierpień 2024).

Obdarzam rodzinę kpiącym, acz zwycięskim spojrzeniem i udaję się cierpieć w samotności. Wiedziałam, że na terminy zabiegów specjalistycznych w NFZ zawsze można liczyć.

***
Śmiech śmiechem, przeżyć przeżyłam, nawet zdążyłam wyzdrowieć i po badaniu otrzymać informację: „Brak odchylenia od normy, blebleble”, tylko kiedy dobrze się przyjrzeć sytuacji, to ów śmiech przebija trochę przez łzy. Bo jak wygląda sytuacja rodziców, których dzieci (albo najbliżsi członkowie rodziny) chorują?

Szpital, oddział onkologiczny: nie możesz zachorować, bo wtedy nie ma cię na oddziale. Jesteś zagrożeniem. Po leczeniu poradnie: w ciągu roku kilka do kilkunastu. Terminy ustalane z wyprzedzeniem. Jeśli się rozchorujesz, następny termin będzie „bógjedenwiekiedy”.

Rehabilitacja: ta codzienna to luzik – zawsze ktoś pojedzie jako kierowca, gdy ty będziesz dogorywać pod kocem z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach, ta wyjazdowa to już grubsza sprawa. Jedziesz na tydzień lub dwa i nie ma miejsca na chorowanie. Terminy rzecz jasna zaplanowane z wyprzedzeniem, ułożone tak, żeby jak najmniej kolidowały z pracą i żeby nie zazębiały się z żadną poradnią.

Próbujesz więc się umówić na termin wizyty ze swoją zdrowotną biedą i słyszysz w słuchawce taką niezręczną ciszę, kiedy rejestratorka właśnie dowiaduje się od ciebie, że potrzebujesz terminu na „już, natychmiast”, jako że musisz funkcjonować, bo za miesiąc wyjazd na rehabilitację i nie dasz rady prowadzić auta 700 km, zwijając się z bólu, ale też nie w tym tygodniu, bo macie z córką wizytę w poradni w Krakowie i u profesora w Lublinie, za dwa tygodnie względnie może być, jednak nie w czwartek, bo wtedy musisz być cały dzień w pracy, też nie w poniedziałek i środę, bo rehabilitacja dziecka i – jak już – to raczej do południa (gdyby się dało), bo przecież musisz odebrać gadzinę ze szkoły (tłumaczysz, że z niesprawnością sama nie wróci). A potem zdumiony głos oświadcza:
- Termin to w następnym roku. Wpisze sobie pani do kalendarza?
Co było niejasnego w twoim przekazie? Starasz się zarządzać planem dnia rozciągniętym na najbliższy rok jak spedytor w międzynarodowej firmie i przez myśl ci nie przechodzi, że czegoś nie da się poprzesuwać.
Robisz drugie podejście:
- Naprawdę się nie da wcześniej? Niech pani spojrzy w kalendarz, może jakieś miejsce właśnie się zwolniło… Tak się składa, że dolega mi coś TERAZ i muszę jakoś funkcjonować, żeby ten cały świat spinany różnymi mentalnymi zszywkami, nitkami, taśmami i trytytkami nie runął.

- No tak się, proszę pani, nie da. Jak ktoś jest chory, to choruje i czeka na swoją kolej do przyjęcia.
O zapadaniu na zdrowiu przy dziecku z niesprawnościami i chorobami przewlekłymi nie ma więc mowy. A jeśli dopada cię choroba, to udajesz, że wcale nie. Katar, zapalenie gardła, glut w zatokach – to mały pikuś, z którym wygrasz przy wsparciu medykamentów i życzliwej lekarz POZ-u, która zna twoją sytuację. Specjaliści to wyższy level. Czasem, zanim do nich trafisz, twój organizm stwierdzi, że nie potrafisz się bawić i da sobie z chorowaniem spokój. A czasem nie.

To, co odkładane na później, w końcu się odzywa wraz z naliczonymi odsetkami. Spuszczasz z tonu, pokorniejesz, udajesz się na badania (zapewne cię wiozą) i słyszysz:
- Musi pani trochę zwolnić tempo. Mniej stresu na pewno pomoże. Gdyby coś się działo w przyszłości, proszę się umówić do poradni. Zdrowie ma się jedno i trzeba o nie dbać.
Twoje ciśnienie w tej chwili okazuje się istnieć pod postacią małych złośliwych gremlinów, z których każdy ma ADHD i właśnie postanawia wyrzucić z siebie energię, wykonując serię podskoków. „Zwolnić tempo”, „mniej stresu”, „dbać o zdrowie” – na pewno się uda. Wracasz do domu, myślisz: „Jakoś wytrzymam” i realizujesz kolejne punkty planu dnia. A potem się zwijasz. Z różnego powodu. I słyszysz, że możesz iść do lekarza. I bierze cię cholera na bezradność, rzucasz obiadem w ścianę (właśnie dodajesz sobie pracy, bo ktoś to musi posprzątać), a potem najwyżej wywiozą cię na SOR. Tak to już jest: starzy (i nie chodzi o wiek) czasem się sypią.

***

„Sypanie się” to nie słabość, tylko znak, że za długo byliśmy silni, że ciało właśnie przyznało sobie prawo głosu, którego mu od miesięcy odmawialiśmy. I choć chciałoby się naprawić wszystko samemu – może czas przyznać, że nie wszystko da się przykleić trytytką i wolą przetrwania. Krótko mówiąc, kiedy system jest przeciążony, ciało zaczyna krzyczeć: „Stop”. Tyle że my, rodzice i opiekunowie, nie mamy przycisku „pausa”. Choroba nie mieści się w naszym planie, wyłazi z niego niczym kipiąca kasza z gara, w którym już tyle się waży. Wykipiało? Pościeramy i nikt nie zauważy. Gotujemy dalej, bo kto nas zmieni?

Drogi Czytelniku dziękujemy, że jesteś tutaj z nami! Jeśli post Ci się spodobał, zostaw po sobie emotkę i podziel się swoimi przemyśleniami w komentarzu.

Pilot, mężczyzna i święty porządek rzeczyŁup... i coś spadło z półki. Pilot. Jak zwykle nie sam. Za każdym upadkiem stoi...
05/10/2025

Pilot, mężczyzna i święty porządek rzeczy

Łup... i coś spadło z półki. Pilot. Jak zwykle nie sam. Za każdym upadkiem stoi ten ktoś, kto miał przecież położyć coś „tylko na chwilę”.

- Tu się nie odkłada! - strofujacy i nafuczany głos Trutki przywołuje do porządku Najlepszego z Ojców, tonem znanym wszystkim, którzy choć raz próbowali wytłumaczyć swoje „to tylko na chwilę”. (Źle, że próbuje się usprawiedliwiać. Ilekroć facet podejmuje taką próbę, tylekroć wkopuje się bardziej):

- Ale położyłem tam.
- Do tego jest stół.
- Wiem, ale mi się nie chciało. - A po chwili dodaje - Ze mną jest trudno.
- No widzę właśnie - podsumowuje Renata i zamyka dyskusję.

I to by było na tyle z negocjacji w sprawie ładu domowego. Bo jak wiadomo, porządek to nie stan rzeczy, tylko stan umysłu albo jak kto woli stan mózgu. Porządek w przestrzeni wokół nas wspiera porządek w myśleniu, a chaos... cóż, bywa twórczy, ale też potrafi człowieka zaprowadzić w rejony, w których nie planował być – na przykład pod półkę.

Wszystko ma swoje miejsce i swój porządek… choć czasem to miejsce jest dokładnie tam, gdzie akurat upadło.

Drogi Czytelniku dziękujemy, że jesteś tutaj z nami! Jeśli post Ci się spodobał, zostaw polubienie i zaobserwuj stronę. Dobrej niedzieli!

Kuchnia z mozaiką i odrobiną nieśmiertelnościTo co robimy? – pytanie Trutki zawisło w powietrzu jak topór nad karkiem sk...
03/10/2025

Kuchnia z mozaiką i odrobiną nieśmiertelności

To co robimy? – pytanie Trutki zawisło w powietrzu jak topór nad karkiem skazańca. I nie, nie chodziło o plan lekcji czy wybór pizzy na kolację, tylko… o starożytny mur w Rzymie. Na drodze z lotniska zawsze mijamy olbrzymią bramę w murach rzymskich, która aż się prosi o wycieczkę. I taką właśnie zrobiliśmy.

Podczas ostatniego pobytu, po wizycie kontrolnej, pojechaliśmy do Museo delle Mura przy Via Appia (gdzie autobus niby jeździ, ale w realu czekasz jak na cuda w NFZ-ie). Atmosfera jak z „Gladiatora”, tyle że zamiast Russella Crowena my z mapą w ręku i pomysłami rodem z „Najbardziej Niezwykłych Domów Świata”. Już po pięciu minutach w wyobraźni mieliśmy umeblowane kuchnię, sypialnię, salon i łazienkę z freskiem na suficie. A Trutka? Trutka oczywiście zadbała o psa i koty. Bo co to za rzymska rezydencja bez ogrodu dla zwierzyńca?

I pewnie tak dalej byśmy się urządzali, gdyby nagle… nie pojawił się profesor z Japonii. Stał w niszy muru tak wtopiony w cegły, że przez chwilę myślałam, że to jakiś zjawa. Ale nie. Przyznał, że czeka, aż jego studenci zmierzą laserem mury. Z uśmiechem pochwalił się też, że pół życia spędził w katakumbach, restaurując freski (u Japończyków twarz słabo pokazuje lata, więc nie przejęliśmy się jakoś nadzwyczajnie słowami „pół życia”, każdy ma jakieś „pół życia”), i dodał:
- U mnie w kraju mówią, że jak już umrę, to będę żył w katakumbach.

No i jak tu nie zgłupieć w obecności człowieka, który mówi o swojej pracy z taką lekkością, jakby mieszał składniki do zupy, a jednak jego „zupa” zostaje na dziesiątki lat, stulecia, na zawsze?

Wieczorem Trutka mnie zagięła:
– Co on miał na myśli, że zostanie w tych freskach na zawsze?
– Wiesz, tak właśnie zostaje się w wieczności. Nie przez TikTok czy Instagram, tylko pasją, która buduje coś większego, niż my sami.

I wtedy, szukając w komórce zdjęcia do tego postu, natrafiłem na fotkę kamiennego bloku z inskrypcją: „VLPIAFEL LIBERTIS POSTE…”. „Ulpia Felina dla wyzwolonych i potomnych”. Ot, kawałek grobowej płyty wmurowany w stopień schodów, który nadal przemawia. Profesor zostawił siebie w mozaikach. Starożytni – w kamieniach. My zostawiamy siebie w dzieciach, uczniach, przyjaciołach. Zapisujemy swój obraz w pamięci drugiego człowieka przez emocje, naukę i wspólne doświadczenia. Zostawiamy siebie w sztuce i architekturze. To jest taka nasza prywatna, codzienna mozaika. Jan Twardowski pisał: „Nie umiera ten, kto trwa w pamięci żywych”. Prawdziwe życie to również to, co zostawimy za sobą.

Może więc warto codziennie pytać siebie: jaki kawałek mojej mozaiki ktoś znajdzie za sto, dwieście lat? Ślad dłoni na ścianie, cyfrowe wspomnienie uśmiechu, zapisane słowo, kipiący zielonością ogród, książka, obraz…

Jak milion złotych minus pięć- Tata, tata, patrz! – pędzi na złamanie karku Trutka, machając telefonem jak reporter na g...
30/09/2025

Jak milion złotych minus pięć

- Tata, tata, patrz! – pędzi na złamanie karku Trutka, machając telefonem jak reporter na gorącej linii. – To ja! Dziewięć lat temu! Wspinam się po drzewie! A tutaj biegnę po piasku! W zielonej sukience! Z długimi włosami!

- No, a tutaj? – pytam, mrużąc oczy do ekranu.

- Tutaj brakuje mi dwóch zębów… jak milion złotych minus pięć – przewraca oczami.

Kilka dni później przy okazji rodzinnych wykopalisk w archiwum zdjęć trafiamy na filmik, na którym Renata wjeżdża na Radarowych plecach wprost do szafy - jak do Narnii, tylko bardziej swojsko i z hukiem.

Siedzisz w fotelu, z książką pod pachą, kiedy telefon wypluwa kolejne powiadomienie: „Twoje wspomnienie sprzed lat”. I nagle jesteś tam, gdzie było mniej problemów, papierologii, deficytów… - po prostu mniej... Za to więcej piachu w butach, więcej śmiechu i wrzawy. Telefon jest jak znajomy, który wpada bez zapowiedzi, choć zamiast wina przynosi wspomnienia sprzed lat i jeszcze pyta, czemu nie jesteś zachwycony.

Wspomnienia mogą być jak balon – piękne, kolorowe, ale jeśli trzyma cię za nogę, nie polecisz dalej. To, co miało dawać otuchę, czasami zamienia się w zakładnika przeszłości. To trochę jak związek z emocjonalnym zombie – kochasz dziecko „sprzed choroby”, a tu obok czeka żywe, prawdziwe dziecko „teraz”. Ono nie potrzebuje idealnej, beztroskiej wersji rodzica, tylko takiego, który umie oddychać razem z nim w teraźniejszości. Mózg, nie pytając, czy to aktualne, rzuca emocjonalny sygnał, wywołują falę tęsknoty, często bolesną, bo konfrontującą ze światem tu i teraz, pełnym wyzwań i niepewności.

To normalne mechanizmy, które pokazują, że rodzice i rodzeństwo często zanurzają się we wspomnieniach, by znaleźć wsparcie w trudnych momentach. Jednak te wspomnienia mogą stać się jednocześnie pułapką, jeśli zatrzymują nas w przeszłości, nie pozwalając budować nowej rzeczywistości z dzieckiem, którego życie odwróciło się do góry nogami. To jak w opowieści o "związku w cieniu emocjonalnego zombie" – miłość do zdrowego dziecka staje się cieniem, który utrudnia obecność i pełne zaangażowanie w relację z dzieckiem po chorobie.

Pamiętam jedną sytuację z oddziału, mamę, która opowiadała, że kiedy córka straciła włosy, poczuła, jakby straciła wszystkie dobre wspomnienia. Ale jej dziecko zaciągnęło ją do pokoju zabaw, mówiąc: „Przynajmniej nie tracimy czasu na rozczesywanie, możemy się szybciej zacząć bawić”. Córka nauczyła ją jednej ważnej rzeczy: „Nie tęsknij tak mocno za tym, co było, bo umknie ci to, co jest”.

Rodzice dzieci w trakcie i po leczeniu przeciwnowotworowym doświadczają mnóstwa emocji: lęku, stresu, poczucia bezsilności, ale też nadziei i miłości. Po latach walki często pojawia się potrzeba przepracowania wspomnień bólu i utraconej normalności, by nie żyć wyłącznie przeszłością. Terapie psychologiczne i wsparcie społeczności pomagają rozpoznać emocje „tu i teraz”, budować nową, pełną relację z dzieckiem, które - choć zmienione przez chorobę – jak każde inne dziecko - potrzebuje obecności i akceptacji.

Wspomnienia są częścią naszej historii, ale ważne, byśmy nie pozwolili im zawładnąć naszą teraźniejszością. Życie z dzieckiem po ciężkiej chorobie nowotworowej to wyjątkowa podróż, pełna wzlotów i upadków, w której prawdziwym ratunkiem jest pełna, świadoma obecność – zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica. Emocjonalne wsparcie, terapeutyczne pomoce i otwarte rozmowy pozwalają przejść od życia w cieniu przeszłości do tworzenia nowych, pięknych chwil, które budują spójną i silną rodzinę.

Piękne jest to, co minęło, ale teraz też mamy siebie. Pójdziemy dalej razem?

Drogi Czytelniku dziękujemy, że jesteś tutaj z nami! Jeśli post Ci się spodobał, zostaw polubienie i podziel się swoimi przemyśleniami w komentarzu.

Jesteśmy życzliwi?- Mamo, ale my tego nie zamawialiśmy — skonsternowana Trutka patrzy na talerz antipasti i zastanawia s...
27/09/2025

Jesteśmy życzliwi?

- Mamo, ale my tego nie zamawialiśmy — skonsternowana Trutka patrzy na talerz antipasti i zastanawia się czy sięgnąć, czy zgłosić pomyłkę. Wcześniej wylądowała już foccacia z rozmarynem, a do zamówionych potraw dołączyło jeszcze tyle, że ho, ho!
- Dostaliśmy. Możesz się częstować — przekonuję Trutkę sama onieśmielona mnogością przystawek, ale że były pyszne, żal było nie zjeść. Potem to jakoś rozejdziemy, w końcu tym razem Rzym „z buta”.

***

W tę podróż nie zabraliśmy wózka, bo Renata stanowczo oznajmiła, że nie będzie z niego korzystać. Chodzimy więc ramię w ramię, równym krokiem pokonując rzymski bruk, który - jak każda dłuższa historia - nie należy do najłatwiejszych. Nie każdy ma szansę zauważyć gorset, perukę spiętą opaską, nierówny chód. Pod tym względem, w zatłoczonych uliczkach wózkiem było łatwiej, ale nie dziwię się Renacie, że woli na własnych nogach, bez wyróżniania się w tłumie. Bo któż z nas chce publicznie pokazywać swoje niedomagania?

Mijamy różnych ludzi. Są tacy, co przejdą jak taran, zajęci swoimi sprawami, nie zwracający uwagi. Są też obserwatorzy. A zdarzają się i ci, których oczy mówią: „Widzę cię, jestem zatroskany, delikatny, wyrozumiały”. Zwykle wtedy zastanawiam się, jak bardzo oberwali w swoim życiu.

Jesteśmy życzliwi? Tak na co dzień, na chodniku, gdy trzeba przesunąć się pół metra, by idący z przeciwnej strony mógł się zmieścić; rezygnując z pierwszeństwa w kolejce do lekarza czy laboratorium, bo ktoś ledwo łapie oddech; wstając z siedzenia w tramwaju lub autobusie, żeby ta druga osoba mogła choć na pięć minut rozprostować nogi; rezygnując z zabawy w łapanego na korytarzu, aby nie stwarzać zagrożenia dla tych, którzy wyjdą zza rogu... Mijamy różne osoby. W ciągu tego pobytu w Rzymie doświadczamy ludzkiej życzliwości.

W Tawernie le Coppelle Veronica podaje nam talerz szynki i foccacię z rozmarynem zanim zdążymy zamówić; kucharz Aldo pozostawia na talerzu przyprawy ułożone w kształt swojego imienia i dziękuje za słowa uznania; pracownik z ogrodu botanicznego wręcza nam bilety wstępu, mówiąc, że to prezent; Roberto - właściciel hotelu, w którym przyszło nam się zatrzymać teraz oraz pięć lat temu - zbiera pracowników na odprawę i prosi o ten sam pokój dla Trutki, co za pierwszym razem, zaznacza przy tym, że to jego młoda przyjaciółka; pan kontrolujący wejścia zwiedzających do katedry w Orvieto mówi: " Wchodźcie" i zamiast żądać biletów wstępu, nakłada mi na ramiona granatową chustę, bo akurat zapomniałam wziąć ze sobą nakrycie; w publicznych szaletach pan dbający o obsługę nie pobiera opłaty, ale oferuje papierowy ręcznik, gdyż suszarka pracuje leniwie - zgodnie z temperaturą panującą na zewnątrz; starsze małżeństwo zwalnia ławkę, kiedy zatrzymujemy się w jednej z zatybrzańskich uliczek, aby wytrzeć spocone czoło; lokalny poeta pisze w swoim tomiku dedykację dla Renaty i wręcza jej cienką książeczkę ze swoimi wierszami; ktoś przytrzymuje drzwi i puszcza nas przodem, chociaż jako osoba wychodząca zwyczajowo ma pierwszeństwo; Marta specjalnie rano wstała, aby zajść do piekarni a w czasie wycieczki częstuje na pizzerinką kupioną na wspólny wyjazd. To tylko dwa dni i tyle życzliwości. Oczywiście, można wyliczać wszystkie momenty, gdy ktoś wymuszał pierwszeństwo, potrącił, nie zauważył zaślepiony niebieskim blaskiem ekranu, tylko po co?

Pytania, które dziś sobie stawiam, brzmią: Na ile potrafimy być bezinteresownie życzliwi? Co daje nam życzliwość?
Z biologicznego punktu widzenia neurony lustrzane odgrywają kluczową rolę w empatii – pozwalają wyobrazić sobie, co bym czuła na miejscu tej osoby i jakiej pomocy bym oczekiwała. To skłania do działania. Dlaczego jednak nie zawsze tak jest? Czy odczuwamy wyrzuty sumienia, gdy odmówimy pomocy? Być może zbyt mało patrzymy na świat obok nas.

Czasem tak niewiele potrzeba: jeden gest, jeden uśmiech, jedno spojrzenie, aby ta druga osoba poczuła się zauważona, doceniona, dźwignięta na nowo do rangi człowieka. Jednak gesty życzliwości wymagają wzajemności oraz umiarkowania ze strony biorcy. Umiarkowania, bo nie wolno nam stawać na stanowisku: "Jestem pokrzywdzony przez Boga, los, Mojry, ludzi, więc mi się należy". To prowadzi do despotyzmu i niesprawiedliwości względem osób, które naprawdę starają się nas zauważyć, mając niejednokrotnie swoje problemy. A wzajemność? Cóż... Chyba każdego stać na podziękowanie. Wdzięczność jest także oznaką tego, że zauważamy starania innych i poczuwamy się, by być równie empatyczni względem spotkanych przez nas ludzi.

***
- Dlaczego tu przychodźcie? - pyta jeden z gości tawerny, na oko Irlandczyk lub Szkot, choć nosi na sobie słowacką koszulkę.
- Tu czujemy się jak w domu, zaopiekowani.
- Właśnie widzę, że traktują was jak dobrych znajomych.
- Bywamy tu od kilku lat i zawsze jest życzliwie. Poza tym wszystko jest smaczne.
- Ja też chętnie tu wrócę. Do takich miejsc, gdzie czujesz się jak w domu warto wracać.

***

Myślę, że życzliwość nie jest ani włoska, ani polska. Jest po prostu ludzka. Tyle że – jak mówił Seneka – „Nie dlatego, że rzeczy są trudne, nie mamy odwagi. To brak odwagi sprawia, że wydają się trudne”.

Życzliwość wymaga odwagi. Odwagi, żebym dostrzegła Ciebie.

Drogi Czytelniku dziękujemy, że jesteś tutaj z nami! Jeśli post Ci się spodobał, zostaw polubienie i podziel się swoimi przemyśleniami w komentarzu.

Adres

Przemysl
37-700

Telefon

+48668291578

Strona Internetowa

http://dzieciom.pl/podopieczni/33202, https://www.siepomaga.pl/renia

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Renia walczy z rakiem umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Renia walczy z rakiem:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram