Psychoterapia Sosnowiec Joanna Spieczyńska

Psychoterapia Sosnowiec Joanna Spieczyńska 1. Diagnoza psychologiczna
2. Psychoterapia dzieci, dorosłych i młodzieży
3. Porady psychologicz Nazywam się Joanna Spieczyńska. W 2009r.

Jestem psychologiem i psychoterapeutką. Tytuł magistra psychologii (specjalność psychologia kliniczna człowieka dorosłego) zdobyłam na Wydziale Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego w 2006 r. Wiedzę dotyczącą psychoterapii zdobywałam w trakcie wielu dodatkowych szkoleń oraz praktyk i stażów w różnych ośrodkach terapeutycznych, m.in. na Dziennym Oddziale Psychiatrycznym „Feniks” w Sosnowcu, gdzie pracuję od 2006 r., prowadząc psychoterapię osób z zaburzeniami osobowości oraz zaburzeniami lękowymi i depresyjnymi. rozpoczęłam współpracę z Ośrodkiem Psychoedukacji i Psychoterapii „Kompas” w Będzinie, gdzie zdobywałam doświadczenia w zakresie diagnozy i psychoterapii dzieci i młodzieży. Sztuki prowadzenia terapii uczyłam się przede wszystkim w Krakowskim Centrum Psychodynamicznym, gdzie ukończyłam czteroletnią Szkołę Psychoterapii Psychodynamicznej (kurs rekomendowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne oraz Polskie Towarzystwo Psychodynamiczne). Cały czas doskonalę się w swoim zawodzie regularnie uczestnicząc w superwizjach prowadzonych przez Janusza Kitrasiewicza, Magdalenę Nałęcz-Nieniewską i Krzysztofa Golonkę.

26/05/2025

Ewa Kaleta: „Pokoleniowy transfer matki" tropi teraz ponad połowa mojego pokolenia. Próbując zrozumieć, co jest nie tak. Czy to kwestia PRL-u i ówczesnego sposobu wychowywania dzieci, kobiety do fabryk, dzieci do żłobków, a w związku z tym szybkiego kończenia karmienia piersią i głoszenia, że mleko sztuczne jest lepsze od kobiecego. Ponoć można właśnie tym wytłumaczyć różne braki, tęsknoty, które moje pokolenie próbuje sobie jakoś opowiedzieć. Mówi się też o matkach przywiązanych do kuchni, które czuły, że muszą tam być, a przekazały to im ich matki. Zimny chów, nadmiar troski połączony z nieobecnością emocjonalną.
Ewa Kobylińska-Dehe: A jak na to odpowiadają matki z pani pokolenia?

EK: Nie chcemy tego powtarzać. Dużo mówimy o bliskości, rozumianej na wszelkie możliwe sposoby. I dużo wątpimy, ciągle same siebie o coś pytamy. Matka małego dziecka zastanawia się, czy podoła, nosi w sobie jakiś brak, głód, wyczuwa go i nie chce tego przekazać dziecku. Pojawia się pytanie: jak dać, skoro ja nie dostałam? Jak nie być tą matką w grotesce nadopiekuńczości, a w środku martwą.
EKD: Już samo pojawienie się takiej refleksji jest dobrym początkiem do tego, żeby coś zmienić i nie przekazywać wczesnych urazów dzieciom. Chociaż siła takich przekazów jest silniejsza niż nasze intencje i dobre chęci, najważniejsze to uznać, że mam pewien brak - i zacząć się jakoś z nim obchodzić.

EK: To bardzo trudne.
EKD: Stąd próby zasypania owych braków, dziur, niepowodzeń, nieobecności nadmiarem - najlepszego możliwego pożywienia, rozwojowych zabawek, kreatywnego rozwoju zadań, pielęgnacji…
Kojarzy pani pojęcie „reverie" opisane przez Wilfreda Briona? To stan zamyślenia, zadumy, ale rozumiany jako zdolność matki – podstawowa jego zdaniem – do przyjęcia różnych stanów dziecka. Dzięki reverie te bardzo pokawałkowane, chaotyczne, prześladujące dziecko stany, wracając doń, integrują się.
Kiedy dziecko jest malutkie, obecność matki, jej dostępność i jej receptywność jest kluczowa. Matki, przewijając dziecko, karmiąc, dotykają je i głaszczą, a jak głaszczą, to coś nucą i rozmawiają z dzieckiem, ale to nie słowa są ważne, lecz ich melodia. Można taką matkę nazwać poetką codzienności. (...) Dziecko, jak to opisał Didier Anzieu, jest otulone matczynym głosem, w ten sposób nabiera zaufania do własnego istnienia i rozpoczyna drogę do samodzielnego życia.
Matczyne zamyślenie jest zawsze związane z głosem i z komunikacją. To elementarne doświadczenie, które nazwałam śnieniomówieniem, naznacza nas na całe życie, kształtuje styl naszego ciała – to, jak się poruszamy, jak mówimy, a nawet nasz styl seksualny. W ten sposób powstaje baza dla przyszłego rozwoju pary matka - dziecko. Wtedy matka może zacząć na jakiś czas znikać.

fragment rozmowy dla Gazety Wyborczej
fot Raul Angel

16/12/2024

„Nigdy wcześniej w historii nasze oczekiwania wobec małżeństwa nie były aż tak wyolbrzymione. Nadal pragniemy wszystkiego, co zapewniała tradycyjna rodzina – bezpieczeństwa, dzieci, majątku, szacunku - lecz obecnie chcemy także, by nasz partner nas kochał, pożądał, interesował się nami. Powinniśmy być dla siebie najlepszymi przyjaciółmi, zaufanymi powiernikami i na dodatek namiętnymi kochankami. Ludzka wyobraźnia stworzyła nowy Olimp: miłość ma być bezwarunkowa, intymność fascynująca a seks podniecający, na długo z jedną osobą. Tylko, że to długo robi się coraz dłuższe.
Małżeńską wstęgą opasane są głęboko sprzeczne ideały. Chcemy, by nasz wybranek oferował nam stabilność, bezpieczeństwo, przewidywalność, niezawodność, czyli dawał oparcie. Jednocześnie chcemy, by ta sama osoba budziła w nas podziw, kusiła tajemnicą, przygodą i ryzykiem. Daj mi komfort i daj mi życie na krawędzi. Daj swojskość i daj nowość. Daj ciągłość i niespodziankę. Dzisiejsi kochankowie zamierzają zmieścić pod jednym dachem pragnienia, które od zawsze były osobne. W naszym zsekularyzowanym społeczeństwie miłość romantyczna stała się, jak pisze psychoanalityk jungowski Robert Johnson, „ największym generatorem energetycznym dla psychiki Zachodu. Zastąpiła ona w naszej kulturze religię jako arenę, na której mężczyźni i kobiety poszukują znaczenia, transcendencji, dopełnienia i ekstazy”. Szukając „bratniej duszy”, połączyliśmy duchowe z relacyjnym - jakby to było jedno i to samo. Doskonałość, jakiej pragniemy od ziemskiej miłości, dawniej osiągana była jedynie w kontakcie z bóstwem. Kiedy więc przypisujemy partnerowi boskie atrybuty i oczekujemy, że podniesie nas z powszedniości do wzniosłości, tworzymy, jak nazywa to Johnson, „bezbożną miksturę dwóch świętych miłości”, która może jedynie rozczarować.
Mamy nie tylko niekończącą się listę wymagań, ale w dodatku chcemy być szczęśliwi. Kiedyś było to zarezerwowane dla życia wiecznego. Ściągnęliśmy niebo na ziemię, jest teraz w zasięgu ręki, więc do szczęścia się już nie dąży, jego osiągnięcie stało się obowiązkiem. Oczekujemy od jednej osoby tego, co dawniej dostawaliśmy od całej wioski, a żyjemy dwukrotnie dłużej. To naprawdę wygórowane żądanie dla pary.”

Esther Perel „Kocha, lubi, zdradza” ( str. 72)
fot za Wikipedia

18/03/2020

PSYCHOANALIZA A KORONAWIRUS

‼️ http://ptpp.pl/czytelnia/

Udostępniamy tłumaczenia artykułów zamieszczonych na stronach International Psychoanalytical Assotiation dotyczących psychoanalitycznego rozumienia sytuacji związanej z epidemią koronawirusa. Przekłady są wynikiem oddolnej inicjatywy terapeutów psychoanalitycznych i analityków. Szczególne podziękowania dla: Melisy Maras, Danuty Golec, Justyny Pawłowskiej, Karoliny Pniewskiej, Beaty Krantz, Jacka Mądrego i Rafała Pniewskiego.

24/10/2019

Kiedy byłam dzieckiem, a mój ojciec wracał do domu pijany, alkoholizm zdawał się dość powszechnym zjawiskiem. Wśród moich rówieśników, w klasie i na podwórku, słowa „pijany” i „ojciec” były niemalże synonimem. Moje pokolenie to pokolenie DDA- Dorosłych Dzieci Alkoholików. Jakie czasy taka patologia…
Dla mnie alkoholizm ojca wiązał się z rozdzierającą samotnością na skutek nieobecności obojga rodziców- nieprzytomnego ojca i współuzależnionej matki. Alkohol był przy mnie od dziecka- sprawiał, że bliskie mi osoby traciły kontakt ze światem.
Mam 34 lata i teraz rzadko widuję pijanych ludzi. A o dziwo- wciąż spotykam te same, szukające oczy. Oczy dzieci, których rodzice są pod wpływem… telefonu.
Przełamane, smutne oczy dziecka, które widzi obok swojego rodzica i musi godzić się z jego nieobecnością. Oczy wpatrzone w nicość, kiedy matka jedną ręką popycha huśtawkę, a drugą skroluje ekran telefonu. 5-10-15 minut… I nie odpowiada albo tylko „y-hyy”. Nie patrzy, nie widzi, jest nieobecna, wycofana, a dziecko przy niej samotne.
Od kilku miesięcy bardzo dużo czasu spędzam na placach zabaw. Uważam, że oprócz znaku o zakazie palenia i wyprowadzenia psów powinien znaleźć się tam jeszcze jeden- zakaz używania telefonów.
Jestem zdruzgotana patologią naszych czasów. Boję się, że pokolenie mojego syna będzie leczyć się w przyszłości z syndromu DDS- Dorosłych Dzieci Smartfonomaniaków.
Tylko to sobie przełóż na swoje życie, wyobraź sobie, że inny dorosły rozmawia z Tobą nie wypuszczając telefonu z ręki. Albo umawiasz się z przyjacielem na spacer i wspólny czas, a on jednocześnie przegląda artykuły w sieci. Absurd, prawda? Nie chcesz takich spotkań.
Kochani, nasze dzieci urodziły się otoczone telefonami. Internet jest już prawie wszędzie, a wraz z nim możliwość „wylogowania” się z życia i z relacji jednym sięgnięciem do torebki czy kieszeni. W sieci czas płynie inaczej. 20 minut w mediach społecznościowych to mgnienie oka dla nas- dorosłych i cała wieczność samotności dla naszych dzieci. Dzieci potrzebują naszej obecności, zaangażowania i KONTAKTU WZROKOWEGO. Potrzebują więzi. Jak jesteś i on-line i z dzieckiem, to znaczy, że Cię z dzieckiem nie ma.
Używajmy telefonów świadomie.
Bądźmy przy dzieciach bez telefonu.

15/10/2019

"Stopniowo analitycy zaczęli się zastanawiać, czy w wielu przypadkach problem polega nie na tym, by przywrócić wyparte wspomnienia, tylko na tym, jak można nadać status pamięci zdarzeniom, które nie zostały zarejestrowane jako psychiczne wspomnienia, ale istnieją i odgrywają aktywną rolę w życiu danej osoby i wpływają na jej los. Czy mieszczą się one poza topografią umysłu, czy powinniśmy raczej rozszerzyć naszą koncepcję topografii tak, aby dać im jakieś miejsce, nawet jeśli ma to być miejsce eksterytorialne? [...] Kiedy analiza wyczerpuje wszystkie możliwe interpretacje oparte na zwykłych psychicznych związkach przyczynowych, musimy przyznać, że 'czegoś brakuje' w naszym rozumieniu.[...] Jacques Lacan (...) powiedział: "Trauma to coś, co robi dziurę; to nie tyle 'uraz', co raczej 'dziuraz'". Ta gra słów podkreśla myśl, że działające tu mechanizmy nie mają nic wspólnego z wyparciem. Tam, gdzie było coś, teraz jest dziura. Nastąpiło stłumienie i paradoksalnie ten brak, ta dziura, JEST pamięcią. [...] Brak, o który tu chodzi (...) dotyczy (...) amputacji procesu psychicznego, który normalnie pomaga w metabolizacji życia psychicznego. Celem tej amputacji w myśleniu jest uniknięcie konfrontacji z bólem psychicznym, który jest nie do pomyślenia. Mówiąc obrazowo: w tkaninie procesów myślowych są mikro-dziury. Te dziury to jedyny negatywny ślad pamięci tego, co nie powinno się było zdarzyć. Jak widać, to jest coś zbliżonego do zaprzeczenia, ale jest jeszcze bardziej radykalne niż zaprzeczenie. Te braki w tkaninie umysłu są niewykrywalne, ale są z wielką mocą przekazywane dzieciom ocalałych. [...] Z ziemi niczyjej stłumionej pamięci jest długa droga do zwykłego wiązania i rozwiązywania afektów i reprezentacji, cielesnych emocji i aktywności psychicznej. Gdy doświadczenie bólu było przetrzymywane poza topografią umysłu, trzeba długiego czasu i wielu pośrednich kroków, zanim ból stanie się możliwy do psychicznego reprezentowania w inny sposób niż przez odegrania i somatyzacje. Wśród tych pośrednich kroków umieszczam, w czasie analizy, zdolność analityka do przyjęcia niereprezentowanego bólu i zapewnienia mu psychicznej przestrzeni w jego własnej topografii, zanim jakakolwiek interpretacja będzie mogła stać się znacząca - aby się upewnić, że zaszło jakieś libidinalne wiązanie przed uruchomieniem rozwiązującego procesu interpretacji."
Patrick Miller "Pamięć bez pamięci: trauma, zaprzeczenie i żałoba" Konferencja PTPP Kraków 2019

02/10/2019

Zachęcam do obejrzenia do końca. Tam piosenka, która jest świetnym podsumowaniem tego filmu.

16/06/2019
Lektura w sam raz na Dzień Dziecka
01/06/2019

Lektura w sam raz na Dzień Dziecka

"Dziecko jakie jest, każdy widzi. Ale czy wszyscy widzą to samo?" - fragment rozmowy z dr Ewą Maciejewską-Mroczek

KVL: Zacznijmy zatem od początku. Co to jest to dzieciństwo?
EMM: Najbardziej lubię porównanie dzieciństwa do znaczenia płci. Płeć jest cechą wydawałoby się obiektywną. Wiemy jednak na przykład dzięki współczesnym badaniom nad płcią, że jest wiele nieoczywistych kwestii związanych z płciowością: płeć biologiczna, psychologiczna, role społeczne.To wszystko jest w gruncie rzeczy umowne i wiele zależy od kontekstu kulturowego. Mimo że możemy odwołać się do biologicznej podstawy rozróżnień, to kultura i tak tworzy swoje znaczenia z tym związane. Podobnie jest z dzieckiem. Dzieciństwo wyznaczają nie tylko takie cechy jak niedojrzałość, określone możliwości rozwojowe, wiek. To jakie temu nadamy znaczenie może być zróżnicowane i kontekstowe. Święty Augustyn na przykład wiele razy wspominał o dzieciństwie jako najbardziej godnym pożałowania czy potępienia okresie w życiu człowieka. Jest to bowiem czas kiedy człowiek jeszcze nie zna Boga i nie realizuje jego przykazań. Co gorsze, poddaje się niskim instynktom. A kiedy z kolei spojrzymy na to, co działo się wiele wieków później, spotkamy coś zupełnie przeciwnego. Rousseau widział w dziecku dobrego dzikusa, którego naturalną dobroć zaburza cywilizacja. Dziecko jest bowiem kimś dobrym z natury, a wszelkie zło pochodzi z zewnątrz. To są dwa bieguny. O dzieciństwie zatem nie można mówić poza kontekstem kultury.
(...)
KVL: Kiedy pani mówi o dobru dziecka, przychodzą mi do głowy różne sytuacje, których byłam świadkiem podczas pracy w szkole czy w przedszkolu. Wprowadza się rozwiązania pod szyldem "dla dobra dziecka", a tak naprawdę okazuje się, że chronią one interesy dorosłych.
EMM: Dobro dziecka to jest chyba świetne słowo wytrych, żeby różne rzeczy ułożyć tak, jak się dorosłym podoba. Pytanie o czyim dobru mówimy? (...) Wiele osób może kontrargumentować, że to jest dosyć nierealistyczne, czy utopijna propozycja - pytać dziecko, co jest dla niego dobre. W jednym z artykułów Marc Jans pisze, że nie można oczywiście lekceważyć tego, że dzieci wymagają opieki. W sposób naturalny wymagają bowiem od nas określenia tego, co się będzie z nimi działo, ale ważne jest, aby próbować uwzględniać je w tym wszystkim. Jans mówi o children-sized citizenship, czyli o obywatelstwie dziecięcych rozmiarów. (...) Tym, co wydaje się cenne, jest fakt, że badacz zwrócił uwagę na potrzebę poszukiwania równowagi pomiędzy tym, co uważa się za dobrą i odpowiedzialna opiekę dorosłego, a tym, czego chce czy potrzebuje dziecko.

KVL: Coś podobnego próbujemy tworzyć w terapii psychoanalitycznej. Terapeuta zakreśla ramy przestrzeni gabinetu, ale jednocześnie zachęca dziecko, aby wypełniało ją w dowolny dla siebie sposób. Pomaga jednocześnie dziecku zrozumieć to, co się z nim dzieje.
EMM: Myślę, że tak na co dzień to jest bardzo trudne dla dorosłego - znajdowanie balansu pomiędzy dawaniem opieki, tych ram, o których pani mówi, a pozostawianiem swobody, możliwości wyboru. Ważna na pewno jest przy tym kwestia wieku. Zupełnie inaczej przecież swoja podmiotowość wyraża trzylatek, a inaczej nastolatek. (...)

KVL: To, o czym pani mówi, wiąże się z dylematem, czy dziecko to ja czy nie-ja. Fizycznie wychodziłoby, że nie-ja (jakby nie patrzeć jest w końcu osobną osobą), ale z wewnętrznego punktu widzenia, to już nie jest takie oczywiste. Do którego momentu wobec tego może sięgać władza rodzicielska? - rodzą mi się podobne pytania.
EMM: W relacjach dorosłych z dziećmi dostrzegalne są mechanizmy charakterystyczne dla stosunków między grupami dominującymi a mniejszościami i grupami słabszymi. Grupy dominujące są w stanie narzucić różne rozwiązania. Dzieci jako grupa często mogą czuć się bezsilne czy bezradne. Z tego też powodu odtwarzają między sobą hierarchie, sankcjonujące agresję starszych i silniejszych wobec słabszych i młodszych. (...) Te nierówności przejawiają się również na inne sposoby. Np. wybory konsumpcyjne grup marginalizowanych są uważane za mniej wartościowe. (...) Kupowanie płyt czy książek w odbiorze społecznym jest wartościowym wyborem, przy czym wizyta w Mc Donald's, która dla dziecka może być ważna, nie jest rozważana jako wartościowy wybór.

KVL: To jest w sumie paradoksalne: z jednej strony dziecko zajmuje centralną pozycje w naszym życiu, a jednocześnie pozostaje satelitą, który musi się wpisać w pewną zastaną już rzeczywistość.
EMM: Obecnie bardzo chce się dostrzegać indywidualność dziecka i to jest dobre. W artykule Sylwii Urbańskiej porównywano treść artykułów pojawiających się w czasopismach dla rodziców z lat współczesnych i z lat 70. Okazało się, że w ciągu kilkudziesięciu lat zmienił się ideał dziecka i model wychowania. Dzisiaj postuluje się wychowanie i kształcenie neoliberalnej jednostki - samosterowanego indywidualisty, który wie czego chce, realizuje swoje pasje, zdobywa świat. Podczas gdy w latach 70. szczególną wagę przykładano do wartości kolektywnych. Dziecko miało odnajdować się w grupie, dzielić się i być pożytecznym dla innych ludzi. Obecnie ideał bycia pożytecznym dla innych ludzi stracił na znaczeniu.

KVL: Czyli wychowujemy dzieci zgodnie z ideałami, które z jakichś powodów są rozpowszechnione czy uznane za słuszne.
EMM: Właśnie. Teraz szczególnie ceniony jest ideał indywidualistyczny. To widać. My, dorośli, musimy przypatrzeć się dziecku, zobaczyć, jakie ono ma indywidualne skłonności, zdolności i żeby broń boże tego nie zaprzepaścić! To jest w ogóle największy grzech jaki rodzic może popełnić - zaprzepaścić zdolności dziecka. Naszym zadaniem jest uczynienie bowiem dziecka szczęśliwym na całe życie. Jeżeli to się zaniedba, to znaczy, że nie spełniliśmy swojego zadania.Myślę, że to jest wątek, który przewija się w wielu poradnikach. Kolejne teorie znajdują też podparcie w badaniach naukowych: udowodniono, że w ciągu pierwszych trzech lat życia dziecka wykształcają się połączenia międzyneuronalne. Jest to zatem okres kluczowy dla rozwoju mózgu. To też może rodzić bardzo wiele niepokojów, czy poczuć winy związanych z wizją niedostatecznie dobrego zadbania o dziecko. Czy to znaczy, trochę to przerysowując, że jeżeli w odpowiednim czasie dziecko nie słuchało Mozarta, to coś ważnego zaprzepaściliśmy? Pozamiatane? Rozwój nie będzie postępował tak jak powinien?Zmarnowaliśmy szanse? Podobne obawy oddają charakterystyczny rys społeczeństwa ryzyka, w jakim obecnie żyjemy.

KVL: Społeczeństwa ryzyka? Chyba czegoś nie rozumiem.
EMM: Zgodnie z tezami Ulricha Becka współcześnie rozwinięte społeczeństwa oparte są na lęku, na strachu. Np. przed katastrofą ekologiczną albo przed bliżej nierozpoznanym czy nieusytuowanym źródłem niebezpieczeństwa.

KVL: Czyli w związku z tym, że nie wiemy, co się wydarzy, chcemy maksymalnie dobrze wyposażyć dziecko w różne możliwości i umiejętności, aby mogło sobie poradzić z czyhającymi niebezpieczeństwami i zagrożeniami? Takie Superdziecko.
EMM: Tak. Dziecko ma znać języki, wierzyć w siebie i posiadać wiele różnorodnych kompetencji. Trzeba jednak pamiętać o kontekstowości tego zjawiska, które wpisuje się w indywidualistyczny nurt, o którym mówiłyśmy wcześniej. Cały czas myślimy o dziecku w kontekście przyszłości: chcemy, żeby było zadbane emocjonalnie, bo dzięki temu w przyszłości będzie mogło być lepszym ojcem czy matką i będzie umiało nawiązywać dobre relacje. Zdarza się, że tracimy perspektywę "tu i teraz", tracąc z oczu to, że dziecko po prostu lubi być przytulane i że teraz to jest dla niego ważne. Nieważne, co się stanie z tym potem. My tego przecież nie wiemy. Nie mamy w gruncie rzeczy wpływu na to, co dziecko z tym zrobi.

KVL: To jest w sumie ciekawe, bo okazuje się, że inwestując w dzieci, cały czas mamy w perspektywie przyszłych dorosłych. Mamy nadzieję, że to, co robimy, zaprocentuje w przyszłości. To taka lokata zorientowana na przyszłość. Gorzej, że zysk niepewny, a przynajmniej - niegwarantowany.
EMM: Tak. Co wtedy, kiedy dzieci okażą się niewdzięczne?Czy warto było przytulać dziecko, skoro okazało się draniem dla swojego partnera? Chyba najważniejsze jest jednak to, co jest "tu i teraz", jak sobie na co dzień układamy relacje z dziećmi.

KVL: To co pani mówi, wydaje się potwierdzać, że dorosłym trudno jest myśleć o dziecku jak o osobnej istocie w jej teraźniejszości.
EMM: I to na różnych poziomach: i na poziomie jednostkowym, i na poziomie zbiorowym. Dzieci są przedłużeniem naszego społeczeństwa, naszej kultury, Często wyjaśnia się jak wychowywać nasze dzieci, żeby stały się kontynuatorami naszych myśli, wartości. Dużo mówi się o tym, jaka szkoła powinna być, aby wykształcić takie a nie inne społeczeństwo, a bardzo mało mówi się o tym, jak dzieci czują się w szkole. Posłużę się może przykładem z własnego życia. Wybierając szkołę dla mojego syna brałam z mężem pod uwagę różne zmienne. Mój syn w ramach wycieczki odwiedził jedną z najbliższych szkół, którą rozważaliśmy. Syn po powrocie z tej szkoły powiedział mi, że cieszy się, że pójdzie do innej, a nie do tej. Kiedy zapytałam, dlaczego się cieszy, powiedział, że w tej szkole panie nie nalewają zupy do talerzy, tylko robią to dzieci, co mu się nie podoba. Pomyślałam sobie wtedy, że wzięłam pod uwagę mnóstwo czynników, ale ani razu nie ukucnęłam i nie spojrzałam z jego perspektywy na te wybory. Brałam pod uwagę "dorosłe" parametry: usytuowanie placówki, wyniki w testach, zajęcia pozalekcyjne, a nie zastanawiałam się nad tym, co może być ważne z perspektywy dziecka.
(...)
KVL: Lalka Barbie...Zabawki, tak sobie pomyślałam, są zminiaturyzowanym światem dorosłych. Czy tutaj coś się zmieniło na przestrzeni czasów?
EMM: Zawsze tym były. Niektórzy, jak na przykład Philippe Aries, uważają, że kiedyś dzieci nie miały swojego odrębnego świata, swoich zabawek. Ale wszystko wskazuje na to, że miały swój oddzielny świat, również ten materialny. Tyle, że same sobie tworzyły zabawki: ze słomy, z drewna. Dorośli mogli je również tworzyć, ale indywidualnie, na potrzeby konkretnego dziecka. Zmiana nadeszła wraz z masową produkcją. Wówczas to dorośli stali się głównymi wytwórcami świata dziecięcych zabawek.
(...)
EMM: Współcześnie bardzo popularny stał się wzorzec rodzicielstwa bliskości, związany z naturalistyczną wizją dziecka i dzieciństwa. Przyświeca mu założenie, że istnieje jeden wzorzec dobrego życia i kiedy się do niego dotrze, będzie się już wiedziało, jak wychowywać. Moim zdaniem tego jednego wzorca, do którego wszyscy mogą się odwołać, nie ma.
KVL: Z takim pewnym i sprawdzonym wzorem pewnie byłoby łatwiej..A na czym polega rodzicielstwo bliskości?
EMM: Z ideą bliskości z dzieckiem wiąże się mnóstwo różnych praktyk: noszenie w chuście, wspólne spanie z dzieckiem, dziecko wybiera to co je, a nie to co rodzice mu narzucają. Wszystko ma służyć temu, aby doceniać dziecko i podążać za jego potrzebami. Biblią rodzicielstwa bliskości jest książka Jean Liedloff, która przy okazji badań Indian w Amazonii odkryła, że oni zupełnie inaczej wychowują swoje dzieci. Czas utrzymywania fizycznej bliskości rodzica z dzieckiem jest u nich daleko dłuższy, aniżeli w naszej kulturze. Jest wyrazem związku człowieka z naturą. My zatem ten związek utraciliśmy. Żeby ten kontakt odzyskać, możemy praktykować rodzicielstwo bliskości. Odnosi się ono również do społeczności wiejskich naszych prababć - społeczności funkcjonujących w rytmie natury. Fakt, że kobiety szły do pracy na pole zabierając dzieci w chustach miałby świadczyć o tym, że one instynktownie wiedziały, czym jest bliskość, a my to zatraciliśmy. Ale być może one wolałyby dzieci zostawić pod czyjąś opieką, tylko nie miały innego wyjścia? Zmagając się z różnymi niejasnościami, wątpliwościami, próbujemy szukać Innego, który wie, jak należy coś robić, podczas gdy my, w naszym przeświadczeniu, tego nie potrafimy.

KVL: Tylko kto mógłby być tym, kto wie…
EMM: Oczywiście nie było takiego momentu, kiedy wszystko robiono tak, jak należy. Można odwoływać się do różnych praktyk, modeli, ale nie osiągnie się ideału, bo nigdy go nie było. Na tym chyba polega bycie człowiekiem: cywilizujemy się i oddzielamy od natury, tworząc społeczności, kulturę i nie możemy powrócić do zupełnej czy idealnej zgody z naturą. Ale wtedy tęsknimy za naturą, która jest dla nas poza zasięgiem, bo wyodrębniliśmy się od niej…

KVL: Mówiła pani o dziecku jako wysłanniku natury, tego naszego raju utraconego. W takim ujęciu bardzo trudno musi być dostrzec, że istotną częścią dziecięcej natury jest seksualność. Wolimy widzieć dzieci jako „czyste”, wolne od takich przeżyć. Z tym to chyba dorosłemu nieprosto się ułożyć.
EMM: Z tym będzie najciężej. Wydaje mi się, że minie jeszcze wiele czasu, zanim zacznie się o tym mówić. A przecież już Zygmunt Freud ponad 100 lat temu pisał o seksualności dziecka jako o jednym z elementów jego naturalnego rozwoju. Myślę, że trudno jest to zaakceptować. Na to nakłada się oczywiste dążenie do chronienia dziecka przed nadużyciami. Coraz więcej mówi się o wykorzystywaniu, przestępstwach seksualnych, pedofilii. Zamiata się zatem pod dywan seksualność dziecka również po to, żeby nie budzić niezdrowych fascynacji dzieckiem jako obiektem seksualnym. Seksualność dziecka nie zawsze jednak była tabu. Np. świadomość seksualna dzieci: kiedyś – co nie dotyczyło najwyższej klasy – dzieci spały z rodzicami w tych samych izbach, a czasami i w tych samych łóżkach. Chcąc nie chcąc stawały się świadkami aktów seksualnych swoich rodziców. To dopiero rewolucja burżuazyjna upowszechniła wyodrębnienie przestrzeni dla dzieci.(…) Seksualność dzieci czy nastolatków jest więc, podobnie jak pojęcie dzieciństwa, o którym mówiłyśmy na samym początku, wysoce kontekstowa. Co więcej nakłada się jednocześnie na zróżnicowanie społeczne i klasowe. W XIX wieku przetoczyły się debaty świadczące o tym, jak różnie postrzegano seksualność dziewcząt, w zależności od ich pochodzenia. Dyskutując kwestię wieku zamążpójścia, dziewczęta z klasy średniej opisywano jako czyste i seksualnie niedostępne aż do ślubu, natomiast dziewczęta z klasy robotniczej były widziane jako zdecydowanie seksualne, ich czystość nie była tak oczywista i naturalna, uważano wręcz, że są wyuzdane. Tak więc dziewczęta z klasy robotniczej posiadają potrzeby seksualne, podczas gdy dziewczęta z lepszych domów tych potrzeb seksualnych nie miały. To tłumaczyło, dlaczego dziewczęta z klas niższych miały i mogły być seksualnie dostępne dla mężczyzn z klas wyższych.

KVL: To brzmi okrutnie.
EMM: Wobec kogo? Czy wobec dziewcząt, które miały być dostępne dla mężczyzn, czy wobec tych, których seksualność była tłumiona? XIX wiek to przecież wiek zaburzeń seksualnych, wiek histeryczek.

KVL: To po raz kolejny ilustruje z jaką łatwością przychodzi nam dorosłym traktowanie dzieci, w tym przypadku i młodzieży, jak swojego przedłużenia, na własny użytek.
EMM: Właściwie to można powiedzieć, że dziecko jest społecznie stworzone na nasz obraz i podobieństwo, zgodnie z tym czego oczekujemy, kim ma być. Ten aspekt przyszłościowy jest niezmiernie istotny w naszym postrzeganiu dziecka. Nas dorosłych interesuje przede wszystkim, jak to, co teraz robimy, odbije się w przyszłości. Te związki uświadomił nam też Zygmunt Freud, pokazując powiązania pomiędzy tym, co było w przeszłości a konsekwencjami w dorosłości.

KVL: O dzieciństwie, tak jak pani mówi, można naprawdę różnie i wielokontekstowo myśleć. Fakt, że cały czas szukamy tego właściwego sposobu postępowania i wychowania pokazuje, jak złożony, wielowymiarowy i dynamiczny jest to proces. W tym wszystkim chyba łatwo stracić to, co najważniejsze: dziecko z jego „tu i teraz”. A to oznacza, że nawet najlepsze teorie, czy modele nie zwalniają nas z potrzeby uważności na to, co się dzieje z dzieckiem i w naszej relacji z nim teraz.
EMM: I to jest chyba dobre podsumowanie naszej rozmowy.

Ewa Maciejwska-Mroczek – socjolożka, kulturoznawczyni
Karolina Van Laere – psycholożka, psychoterapeutka
Z: Biuletyn PTPP 2012

Adres

3 Maja 31/5
Sosnowiec
41-200

Telefon

889345112

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Psychoterapia Sosnowiec Joanna Spieczyńska umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Kategoria