01/06/2019
Lektura w sam raz na Dzień Dziecka
"Dziecko jakie jest, każdy widzi. Ale czy wszyscy widzą to samo?" - fragment rozmowy z dr Ewą Maciejewską-Mroczek
KVL: Zacznijmy zatem od początku. Co to jest to dzieciństwo?
EMM: Najbardziej lubię porównanie dzieciństwa do znaczenia płci. Płeć jest cechą wydawałoby się obiektywną. Wiemy jednak na przykład dzięki współczesnym badaniom nad płcią, że jest wiele nieoczywistych kwestii związanych z płciowością: płeć biologiczna, psychologiczna, role społeczne.To wszystko jest w gruncie rzeczy umowne i wiele zależy od kontekstu kulturowego. Mimo że możemy odwołać się do biologicznej podstawy rozróżnień, to kultura i tak tworzy swoje znaczenia z tym związane. Podobnie jest z dzieckiem. Dzieciństwo wyznaczają nie tylko takie cechy jak niedojrzałość, określone możliwości rozwojowe, wiek. To jakie temu nadamy znaczenie może być zróżnicowane i kontekstowe. Święty Augustyn na przykład wiele razy wspominał o dzieciństwie jako najbardziej godnym pożałowania czy potępienia okresie w życiu człowieka. Jest to bowiem czas kiedy człowiek jeszcze nie zna Boga i nie realizuje jego przykazań. Co gorsze, poddaje się niskim instynktom. A kiedy z kolei spojrzymy na to, co działo się wiele wieków później, spotkamy coś zupełnie przeciwnego. Rousseau widział w dziecku dobrego dzikusa, którego naturalną dobroć zaburza cywilizacja. Dziecko jest bowiem kimś dobrym z natury, a wszelkie zło pochodzi z zewnątrz. To są dwa bieguny. O dzieciństwie zatem nie można mówić poza kontekstem kultury.
(...)
KVL: Kiedy pani mówi o dobru dziecka, przychodzą mi do głowy różne sytuacje, których byłam świadkiem podczas pracy w szkole czy w przedszkolu. Wprowadza się rozwiązania pod szyldem "dla dobra dziecka", a tak naprawdę okazuje się, że chronią one interesy dorosłych.
EMM: Dobro dziecka to jest chyba świetne słowo wytrych, żeby różne rzeczy ułożyć tak, jak się dorosłym podoba. Pytanie o czyim dobru mówimy? (...) Wiele osób może kontrargumentować, że to jest dosyć nierealistyczne, czy utopijna propozycja - pytać dziecko, co jest dla niego dobre. W jednym z artykułów Marc Jans pisze, że nie można oczywiście lekceważyć tego, że dzieci wymagają opieki. W sposób naturalny wymagają bowiem od nas określenia tego, co się będzie z nimi działo, ale ważne jest, aby próbować uwzględniać je w tym wszystkim. Jans mówi o children-sized citizenship, czyli o obywatelstwie dziecięcych rozmiarów. (...) Tym, co wydaje się cenne, jest fakt, że badacz zwrócił uwagę na potrzebę poszukiwania równowagi pomiędzy tym, co uważa się za dobrą i odpowiedzialna opiekę dorosłego, a tym, czego chce czy potrzebuje dziecko.
KVL: Coś podobnego próbujemy tworzyć w terapii psychoanalitycznej. Terapeuta zakreśla ramy przestrzeni gabinetu, ale jednocześnie zachęca dziecko, aby wypełniało ją w dowolny dla siebie sposób. Pomaga jednocześnie dziecku zrozumieć to, co się z nim dzieje.
EMM: Myślę, że tak na co dzień to jest bardzo trudne dla dorosłego - znajdowanie balansu pomiędzy dawaniem opieki, tych ram, o których pani mówi, a pozostawianiem swobody, możliwości wyboru. Ważna na pewno jest przy tym kwestia wieku. Zupełnie inaczej przecież swoja podmiotowość wyraża trzylatek, a inaczej nastolatek. (...)
KVL: To, o czym pani mówi, wiąże się z dylematem, czy dziecko to ja czy nie-ja. Fizycznie wychodziłoby, że nie-ja (jakby nie patrzeć jest w końcu osobną osobą), ale z wewnętrznego punktu widzenia, to już nie jest takie oczywiste. Do którego momentu wobec tego może sięgać władza rodzicielska? - rodzą mi się podobne pytania.
EMM: W relacjach dorosłych z dziećmi dostrzegalne są mechanizmy charakterystyczne dla stosunków między grupami dominującymi a mniejszościami i grupami słabszymi. Grupy dominujące są w stanie narzucić różne rozwiązania. Dzieci jako grupa często mogą czuć się bezsilne czy bezradne. Z tego też powodu odtwarzają między sobą hierarchie, sankcjonujące agresję starszych i silniejszych wobec słabszych i młodszych. (...) Te nierówności przejawiają się również na inne sposoby. Np. wybory konsumpcyjne grup marginalizowanych są uważane za mniej wartościowe. (...) Kupowanie płyt czy książek w odbiorze społecznym jest wartościowym wyborem, przy czym wizyta w Mc Donald's, która dla dziecka może być ważna, nie jest rozważana jako wartościowy wybór.
KVL: To jest w sumie paradoksalne: z jednej strony dziecko zajmuje centralną pozycje w naszym życiu, a jednocześnie pozostaje satelitą, który musi się wpisać w pewną zastaną już rzeczywistość.
EMM: Obecnie bardzo chce się dostrzegać indywidualność dziecka i to jest dobre. W artykule Sylwii Urbańskiej porównywano treść artykułów pojawiających się w czasopismach dla rodziców z lat współczesnych i z lat 70. Okazało się, że w ciągu kilkudziesięciu lat zmienił się ideał dziecka i model wychowania. Dzisiaj postuluje się wychowanie i kształcenie neoliberalnej jednostki - samosterowanego indywidualisty, który wie czego chce, realizuje swoje pasje, zdobywa świat. Podczas gdy w latach 70. szczególną wagę przykładano do wartości kolektywnych. Dziecko miało odnajdować się w grupie, dzielić się i być pożytecznym dla innych ludzi. Obecnie ideał bycia pożytecznym dla innych ludzi stracił na znaczeniu.
KVL: Czyli wychowujemy dzieci zgodnie z ideałami, które z jakichś powodów są rozpowszechnione czy uznane za słuszne.
EMM: Właśnie. Teraz szczególnie ceniony jest ideał indywidualistyczny. To widać. My, dorośli, musimy przypatrzeć się dziecku, zobaczyć, jakie ono ma indywidualne skłonności, zdolności i żeby broń boże tego nie zaprzepaścić! To jest w ogóle największy grzech jaki rodzic może popełnić - zaprzepaścić zdolności dziecka. Naszym zadaniem jest uczynienie bowiem dziecka szczęśliwym na całe życie. Jeżeli to się zaniedba, to znaczy, że nie spełniliśmy swojego zadania.Myślę, że to jest wątek, który przewija się w wielu poradnikach. Kolejne teorie znajdują też podparcie w badaniach naukowych: udowodniono, że w ciągu pierwszych trzech lat życia dziecka wykształcają się połączenia międzyneuronalne. Jest to zatem okres kluczowy dla rozwoju mózgu. To też może rodzić bardzo wiele niepokojów, czy poczuć winy związanych z wizją niedostatecznie dobrego zadbania o dziecko. Czy to znaczy, trochę to przerysowując, że jeżeli w odpowiednim czasie dziecko nie słuchało Mozarta, to coś ważnego zaprzepaściliśmy? Pozamiatane? Rozwój nie będzie postępował tak jak powinien?Zmarnowaliśmy szanse? Podobne obawy oddają charakterystyczny rys społeczeństwa ryzyka, w jakim obecnie żyjemy.
KVL: Społeczeństwa ryzyka? Chyba czegoś nie rozumiem.
EMM: Zgodnie z tezami Ulricha Becka współcześnie rozwinięte społeczeństwa oparte są na lęku, na strachu. Np. przed katastrofą ekologiczną albo przed bliżej nierozpoznanym czy nieusytuowanym źródłem niebezpieczeństwa.
KVL: Czyli w związku z tym, że nie wiemy, co się wydarzy, chcemy maksymalnie dobrze wyposażyć dziecko w różne możliwości i umiejętności, aby mogło sobie poradzić z czyhającymi niebezpieczeństwami i zagrożeniami? Takie Superdziecko.
EMM: Tak. Dziecko ma znać języki, wierzyć w siebie i posiadać wiele różnorodnych kompetencji. Trzeba jednak pamiętać o kontekstowości tego zjawiska, które wpisuje się w indywidualistyczny nurt, o którym mówiłyśmy wcześniej. Cały czas myślimy o dziecku w kontekście przyszłości: chcemy, żeby było zadbane emocjonalnie, bo dzięki temu w przyszłości będzie mogło być lepszym ojcem czy matką i będzie umiało nawiązywać dobre relacje. Zdarza się, że tracimy perspektywę "tu i teraz", tracąc z oczu to, że dziecko po prostu lubi być przytulane i że teraz to jest dla niego ważne. Nieważne, co się stanie z tym potem. My tego przecież nie wiemy. Nie mamy w gruncie rzeczy wpływu na to, co dziecko z tym zrobi.
KVL: To jest w sumie ciekawe, bo okazuje się, że inwestując w dzieci, cały czas mamy w perspektywie przyszłych dorosłych. Mamy nadzieję, że to, co robimy, zaprocentuje w przyszłości. To taka lokata zorientowana na przyszłość. Gorzej, że zysk niepewny, a przynajmniej - niegwarantowany.
EMM: Tak. Co wtedy, kiedy dzieci okażą się niewdzięczne?Czy warto było przytulać dziecko, skoro okazało się draniem dla swojego partnera? Chyba najważniejsze jest jednak to, co jest "tu i teraz", jak sobie na co dzień układamy relacje z dziećmi.
KVL: To co pani mówi, wydaje się potwierdzać, że dorosłym trudno jest myśleć o dziecku jak o osobnej istocie w jej teraźniejszości.
EMM: I to na różnych poziomach: i na poziomie jednostkowym, i na poziomie zbiorowym. Dzieci są przedłużeniem naszego społeczeństwa, naszej kultury, Często wyjaśnia się jak wychowywać nasze dzieci, żeby stały się kontynuatorami naszych myśli, wartości. Dużo mówi się o tym, jaka szkoła powinna być, aby wykształcić takie a nie inne społeczeństwo, a bardzo mało mówi się o tym, jak dzieci czują się w szkole. Posłużę się może przykładem z własnego życia. Wybierając szkołę dla mojego syna brałam z mężem pod uwagę różne zmienne. Mój syn w ramach wycieczki odwiedził jedną z najbliższych szkół, którą rozważaliśmy. Syn po powrocie z tej szkoły powiedział mi, że cieszy się, że pójdzie do innej, a nie do tej. Kiedy zapytałam, dlaczego się cieszy, powiedział, że w tej szkole panie nie nalewają zupy do talerzy, tylko robią to dzieci, co mu się nie podoba. Pomyślałam sobie wtedy, że wzięłam pod uwagę mnóstwo czynników, ale ani razu nie ukucnęłam i nie spojrzałam z jego perspektywy na te wybory. Brałam pod uwagę "dorosłe" parametry: usytuowanie placówki, wyniki w testach, zajęcia pozalekcyjne, a nie zastanawiałam się nad tym, co może być ważne z perspektywy dziecka.
(...)
KVL: Lalka Barbie...Zabawki, tak sobie pomyślałam, są zminiaturyzowanym światem dorosłych. Czy tutaj coś się zmieniło na przestrzeni czasów?
EMM: Zawsze tym były. Niektórzy, jak na przykład Philippe Aries, uważają, że kiedyś dzieci nie miały swojego odrębnego świata, swoich zabawek. Ale wszystko wskazuje na to, że miały swój oddzielny świat, również ten materialny. Tyle, że same sobie tworzyły zabawki: ze słomy, z drewna. Dorośli mogli je również tworzyć, ale indywidualnie, na potrzeby konkretnego dziecka. Zmiana nadeszła wraz z masową produkcją. Wówczas to dorośli stali się głównymi wytwórcami świata dziecięcych zabawek.
(...)
EMM: Współcześnie bardzo popularny stał się wzorzec rodzicielstwa bliskości, związany z naturalistyczną wizją dziecka i dzieciństwa. Przyświeca mu założenie, że istnieje jeden wzorzec dobrego życia i kiedy się do niego dotrze, będzie się już wiedziało, jak wychowywać. Moim zdaniem tego jednego wzorca, do którego wszyscy mogą się odwołać, nie ma.
KVL: Z takim pewnym i sprawdzonym wzorem pewnie byłoby łatwiej..A na czym polega rodzicielstwo bliskości?
EMM: Z ideą bliskości z dzieckiem wiąże się mnóstwo różnych praktyk: noszenie w chuście, wspólne spanie z dzieckiem, dziecko wybiera to co je, a nie to co rodzice mu narzucają. Wszystko ma służyć temu, aby doceniać dziecko i podążać za jego potrzebami. Biblią rodzicielstwa bliskości jest książka Jean Liedloff, która przy okazji badań Indian w Amazonii odkryła, że oni zupełnie inaczej wychowują swoje dzieci. Czas utrzymywania fizycznej bliskości rodzica z dzieckiem jest u nich daleko dłuższy, aniżeli w naszej kulturze. Jest wyrazem związku człowieka z naturą. My zatem ten związek utraciliśmy. Żeby ten kontakt odzyskać, możemy praktykować rodzicielstwo bliskości. Odnosi się ono również do społeczności wiejskich naszych prababć - społeczności funkcjonujących w rytmie natury. Fakt, że kobiety szły do pracy na pole zabierając dzieci w chustach miałby świadczyć o tym, że one instynktownie wiedziały, czym jest bliskość, a my to zatraciliśmy. Ale być może one wolałyby dzieci zostawić pod czyjąś opieką, tylko nie miały innego wyjścia? Zmagając się z różnymi niejasnościami, wątpliwościami, próbujemy szukać Innego, który wie, jak należy coś robić, podczas gdy my, w naszym przeświadczeniu, tego nie potrafimy.
KVL: Tylko kto mógłby być tym, kto wie…
EMM: Oczywiście nie było takiego momentu, kiedy wszystko robiono tak, jak należy. Można odwoływać się do różnych praktyk, modeli, ale nie osiągnie się ideału, bo nigdy go nie było. Na tym chyba polega bycie człowiekiem: cywilizujemy się i oddzielamy od natury, tworząc społeczności, kulturę i nie możemy powrócić do zupełnej czy idealnej zgody z naturą. Ale wtedy tęsknimy za naturą, która jest dla nas poza zasięgiem, bo wyodrębniliśmy się od niej…
KVL: Mówiła pani o dziecku jako wysłanniku natury, tego naszego raju utraconego. W takim ujęciu bardzo trudno musi być dostrzec, że istotną częścią dziecięcej natury jest seksualność. Wolimy widzieć dzieci jako „czyste”, wolne od takich przeżyć. Z tym to chyba dorosłemu nieprosto się ułożyć.
EMM: Z tym będzie najciężej. Wydaje mi się, że minie jeszcze wiele czasu, zanim zacznie się o tym mówić. A przecież już Zygmunt Freud ponad 100 lat temu pisał o seksualności dziecka jako o jednym z elementów jego naturalnego rozwoju. Myślę, że trudno jest to zaakceptować. Na to nakłada się oczywiste dążenie do chronienia dziecka przed nadużyciami. Coraz więcej mówi się o wykorzystywaniu, przestępstwach seksualnych, pedofilii. Zamiata się zatem pod dywan seksualność dziecka również po to, żeby nie budzić niezdrowych fascynacji dzieckiem jako obiektem seksualnym. Seksualność dziecka nie zawsze jednak była tabu. Np. świadomość seksualna dzieci: kiedyś – co nie dotyczyło najwyższej klasy – dzieci spały z rodzicami w tych samych izbach, a czasami i w tych samych łóżkach. Chcąc nie chcąc stawały się świadkami aktów seksualnych swoich rodziców. To dopiero rewolucja burżuazyjna upowszechniła wyodrębnienie przestrzeni dla dzieci.(…) Seksualność dzieci czy nastolatków jest więc, podobnie jak pojęcie dzieciństwa, o którym mówiłyśmy na samym początku, wysoce kontekstowa. Co więcej nakłada się jednocześnie na zróżnicowanie społeczne i klasowe. W XIX wieku przetoczyły się debaty świadczące o tym, jak różnie postrzegano seksualność dziewcząt, w zależności od ich pochodzenia. Dyskutując kwestię wieku zamążpójścia, dziewczęta z klasy średniej opisywano jako czyste i seksualnie niedostępne aż do ślubu, natomiast dziewczęta z klasy robotniczej były widziane jako zdecydowanie seksualne, ich czystość nie była tak oczywista i naturalna, uważano wręcz, że są wyuzdane. Tak więc dziewczęta z klasy robotniczej posiadają potrzeby seksualne, podczas gdy dziewczęta z lepszych domów tych potrzeb seksualnych nie miały. To tłumaczyło, dlaczego dziewczęta z klas niższych miały i mogły być seksualnie dostępne dla mężczyzn z klas wyższych.
KVL: To brzmi okrutnie.
EMM: Wobec kogo? Czy wobec dziewcząt, które miały być dostępne dla mężczyzn, czy wobec tych, których seksualność była tłumiona? XIX wiek to przecież wiek zaburzeń seksualnych, wiek histeryczek.
KVL: To po raz kolejny ilustruje z jaką łatwością przychodzi nam dorosłym traktowanie dzieci, w tym przypadku i młodzieży, jak swojego przedłużenia, na własny użytek.
EMM: Właściwie to można powiedzieć, że dziecko jest społecznie stworzone na nasz obraz i podobieństwo, zgodnie z tym czego oczekujemy, kim ma być. Ten aspekt przyszłościowy jest niezmiernie istotny w naszym postrzeganiu dziecka. Nas dorosłych interesuje przede wszystkim, jak to, co teraz robimy, odbije się w przyszłości. Te związki uświadomił nam też Zygmunt Freud, pokazując powiązania pomiędzy tym, co było w przeszłości a konsekwencjami w dorosłości.
KVL: O dzieciństwie, tak jak pani mówi, można naprawdę różnie i wielokontekstowo myśleć. Fakt, że cały czas szukamy tego właściwego sposobu postępowania i wychowania pokazuje, jak złożony, wielowymiarowy i dynamiczny jest to proces. W tym wszystkim chyba łatwo stracić to, co najważniejsze: dziecko z jego „tu i teraz”. A to oznacza, że nawet najlepsze teorie, czy modele nie zwalniają nas z potrzeby uważności na to, co się dzieje z dzieckiem i w naszej relacji z nim teraz.
EMM: I to jest chyba dobre podsumowanie naszej rozmowy.
Ewa Maciejwska-Mroczek – socjolożka, kulturoznawczyni
Karolina Van Laere – psycholożka, psychoterapeutka
Z: Biuletyn PTPP 2012