Alicja Chlasta, Alcha

Alicja Chlasta, Alcha Zwolnij... Wspieram w rozwoju od 2004 roku. Nazywam się Alicja Chlasta
JESTEM DYPLOMOWANĄ COACHKĄ, MENTORKĄ ORAZ TRENERKĄ ROZWOJU OSOBISTEGO.

Ukończyłam prestiżowe Podyplomowe Studia Coachingu i Mentoringu organizowane przez Laboratorium Psychoedukacji oraz SWPS Uniwersytet Humanistycznospołeczny. Ponad 20 lat temu założyłam Ośrodek Rozwoju Osobistego Alcha. Przez te wszystkie lata zorganizowałam setki warsztatów rozwojowo-psychologicznych: dla ciała, umysłu i ducha. Współpracowało ze mną wiele osób. Część z nich przez krótką chwilę; cz

ęść związało się z ośrodkiem Alcha na wiele lat, jak zrobiła to Roshi Małgorzata Braunek, moja Nauczycielka i Mentorka, dr Preeti Agrawal czy znana psycholożka Katarzyna Miller, która współpracowała ze mną przez kilkanaście lat. Kilka lat pracowałam jako wolontariuszka w Telefonie Zaufania, gdzie uczestniczyłam w wielu szkoleniach dotyczących problemów społeczno-psychologicznych. W tym czasie ukończyłam również kurs „Kontakt w sytuacji pomagania” w renomowanym Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Przeszłam szkolenie „Żyć świadomie-Umierać po ludzku”, prowadzone przez Annę Dodziuk i Wojciecha Eichelbergera. Jestem nauczycielką medytacji. Byłam wieloletnią uczennicą Roshi Małgorzaty Braunek. Ukończyłam kurs mistrzowski – Siła obecności – z Ekhart’em Tolle. Jestem certyfikowaną przewodniczką Shinrin-Yoku. Kocham las, naturę i piesze wędrówki. Pasjonuję się psychologią, duchowością, rozwojem osobistym, głęboką ekologią oraz ochroną ziemi. Sporo czytam, fotografuję. Jestem laureatką kilku konkursów fotograficznych. Zawsze przy moim boku jest pies. Obecnie w drodze towarzyszy mi Zula.

Pod moim ostatnim poście o Łukaszu Litewce jest dziś ponad 1 733 000 wyświetleń, ponad 23 tysiące reakcji, i ponad 1000 ...
26/04/2026

Pod moim ostatnim poście o Łukaszu Litewce jest dziś ponad 1 733 000 wyświetleń, ponad 23 tysiące reakcji, i ponad 1000 komentarzy. Piszecie, że łamie się Wam serce. Płaczecie po człowieku, który widział w zwierzętach żywe, czujące istoty, który stawał po ich stronie, który cierpiał, kiedy one cierpiały, który rozumiał, że ich życie ma wartość samą w sobie, a ich prawo do istnienia nie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy człowiek uzna je za wygodne, ładne, pożyteczne albo bezpieczne.

I w tym samym czasie, gdy wszyscy żyliśmy informacją o śmierci Łukasza Litewki pojawiła się druga wiadomość. Niemal obok tej wielkiej zbiorowej żałoby, zabito dzika, który spał spokojnie na placu zabaw. Bezbronne zwierzę, które weszło w naszą przestrzeń, choć przecież my od dawna wchodzimy w jego przestrzeń: drogami, osiedlami, śmietnikami, działkami, grillami, dokarmianiem, wycinką, hałasem, światłem, betonem i tym przekonaniem, że wszystko, co żyje wokół nas, ma się dostosować do naszego porządku.

I znowu nie potrafię połączyć kropek.

Nie umiem pomieścić tego, że potrafimy płakać po człowieku, który kochał zwierzęta, i jednocześnie wciąż żyć w narracji, w której zwierzę jest „tylko zwierzęciem”. W narracji, w której człowiek ma prawo do lęku, żałoby, bezpieczeństwa, domu, dzieci, terytorium i życia, a inne gatunki mają prawo istnieć dopóty, dopóki nie przeszkadzają, nie wchodzą nam w drogę.

W narracji, która przez wieki mówiła nam, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, a reszta świata została dana nam do używania, podporządkowania, jedzenia, zabawy, eksperymentu, wygody i zysku.

Ziemia ma około 4,54 miliarda lat. Homo sapiens jest tutaj od mniej więcej 200-300 tysięcy lat. Chrześcijaństwo ma około dwóch tysięcy lat. Przed nami były oceany, lasy, bakterie, grzyby, paprocie, owady, gady, ssaki, wymierania i odradzania się życia. Ziemia istniała długo przed tym, zanim człowiek nazwał Boga stwórcą świata. To człowiek stworzył język, którym opowiedział sobie, że jest koroną stworzenia. To człowiek wpisał siebie na szczyt drabiny, którą sam narysował. To człowiek uznał, że jego życie waży więcej niż życie zwierzęcia, jego wygoda więcej niż leśne siedlisko, jego dom więcej niż mokradło, jego droga więcej niż korytarz migracyjny.

Zauważcie tę skalę: 4,5 miliarda – 300 tysięcy – 2 tysiące lat.
Czyż ta skala nie krzyczy: więcej pokory?

Jesteśmy jednym z gatunków. Bardzo młodym, bardzo zdolnym i bardzo zagubionym gatunkiem, który pomylił świadomość z prawem własności do świata.

Kilka dni temu niedźwiedź zabił kobietę, która weszła na jego terytorium. Już pojawia się opowieść, że niedźwiedzi jest za dużo i trzeba część zabić. W Polsce żyje ich około 120. Ludzi jest ponad 37 milionów. Z tych liczb rodzi się pytanie o proporcje i o to, kto naprawdę wchodzi w czyją przestrzeń.

Zaczynamy niewinnie. To zawsze zaczyna się niewinnie. Zaczyna się od jednego drzewa pod oknem, od światła, którego zimą chcemy więcej, od słońca, które ma wpadać dokładnie tam, gdzie chcemy, od komfortu, który ma być natychmiastowy i pełny. Pędzimy do urzędów, składamy wnioski, ktoś podpisuje zgodę, piły ruszają i jesienią znika coś, co rosło latami, a my stoimy w mieszkaniach pełnych światła i mamy poczucie, że wygraliśmy. Zima przynosi jasność, słońce zagląda w kąty, rośliny odżywają i wszystko wydaje się na swoim miejscu.

A potem przychodzi lato. Upalne, ciężkie, duszne. I wtedy odkrywamy, że to drzewo było cieniem, chłodem, wilgocią, schronieniem, filtrem powietrza i domem dla tysięcy istnień, których nigdy nie widzieliśmy. I, że powoli smażymy się w upale, gdyż już to drzewo nie osłania nas od słońca. Sięgamy po kolejne rozwiązania. Markizy, żaluzje, rolety, klimatyzację. Kolejny telefon, kolejna instalacja, kolejne odcięcie się od świata. Znika zieleń, znikają owady, ptaki, nietoperze, a w ich miejscu pojawiają się samochody, hałas, spaliny i to ciągłe, niskie burczenie silników, które wypełnia przestrzeń, w której kiedyś było życie.

Zasiadamy wygodnie na kanapie i spokojnie zasiadamy przed telewizorem, w tym zacienionym, odciętym od ŻYWEGO świata mieszkaniu. A co będziemy oglądać? Oczywiście programy przyrodnicze o dzikiej, pięknej przyrodzie. Nie widząc, że to wszystko dzieje się naprawdę. Tu. Obok nas. W zasięgu jednego drzewa.

Możemy iść dalej tą drogą. Możemy wycinać, grodzić, betonować i tłumaczyć sobie, że robimy to dla bezpieczeństwa. Możemy uznać, że dzik jest problemem, wilk zagrożeniem, bóbr szkodnikiem, a las zasobem. Możemy odgrodzić się od natury tak skutecznie, że zostanie nam już tylko jej obraz na ekranie, albo wyjście do ZOO, gdzie udręczone inne gatunki są wystawione nieustannie na nasz widok.

Możemy też zatrzymać się i uznać, że świat jest wspólny. Że tam, gdzie żyją niedźwiedzie, człowiek wchodzić nie musi. Że dzika się nie dokarmia i nie oswaja. Że las jest czyimś domem, zanim stanie się miejscem hałaśliwego spaceru. Że zwierzę, które weszło nam w drogę, często weszło w przestrzeń, którą wcześniej my zabraliśmy jemu.

Myślę dziś o Łukaszu Litewce i mam w sobie jasność, że stanąłby po stronie tego dzika. Stanąłby po stronie życia, które nie ma głosu, telefonu ani prawa pisanego przez ludzi.

Pozwolę sobie przytoczyć wypowiedź, którą znalazłam na jego stronie:
„Wychowałem się w domu, w którym wpajano mi szacunek i miłość do zwierząt. Mój pies „Burza” towarzyszyła mi przez większość mojego dorosłego życia i mocno przeżyłem jej odejście.
To właśnie czworonożny przyjaciel nauczył mnie czegoś, co dziś uważam za swój fundament — że każde życie, nawet to najmniejsze, czuje, kocha, tęskni, ale też niestety cierpi, a źródłem tego cierpienia najczęściej jest człowiek”.

Łukasz Litewka był „głosem zwierząt i chorych dzieci”. Chciał dla zwierząt zorganizować na wzór Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – Zwierzogranie.

Żałoba po człowieku, który kochał zwierzęta, zaczyna mieć sens wtedy, kiedy staje się kontynuacją jego drogi: w naszych wyborach, w codziennym uznaniu życia innych gatunków, w szacunku, który nie kończy się na słowach, lecz przechodzi w konkret. Właśnie w tym może wyrazić się nasza wdzięczność. Bez tego wszystko zostaje tylko chwilowym wzruszeniem.

W tych licznych komentarzach pod piątkowym postem, wiele osób pyta, co możemy dalej robić, bez niego? Odpowiedź jest chyba jasna: to samo co on – kochać i pomagać, ludziom i zwierzętom, wszystkim gatunkom bez wyjątku.

Pomagać jak to właśnie robi bardzo młody chłopak z Radomia, Łatwogang, który zebrał w przeciągu kilku dni ponad 200 milionów dla dzieci chorych na raka i, którego cytuję: "Nie chcę tutaj właśnie promować się na tym wszystkim. Nie chcę robić jakiejś postaci. Ja bym chciał, żeby tutaj po prostu były zbierane pieniądze dla dzieciaków. Dla mnie najlepszą opcją byłoby znalezienie jakiegoś rozwiązania, które pomoże na stałe dzieciakom, żeby nie było potrzebnych takich zbiórek”.

Nie każdy musi być Patrykiem Garkowskim, ale każdy może wesprzeć działania ludzi takich jak on czy Łukasz Litewka.

Jeśli ten tekst Cię niesie, podaj go dalej.
Jeśli chcesz postawić kawę, link znajdziesz w komentarzu.

Zdjęcie: Serkan Mutan

Od wczoraj z każdego zakamarka mediów społecznościowych wyziera Łukasz Litewka i z każdym kolejnym filmikiem, wspomnieni...
24/04/2026

Od wczoraj z każdego zakamarka mediów społecznościowych wyziera Łukasz Litewka i z każdym kolejnym filmikiem, wspomnieniem, zdjęciem, zdaniem pisanym przez ludzi, którzy go znali albo tylko widzieli jego obecność w sieci, ta śmierć staje się coraz bardziej nierzeczywista, coraz bardziej nie do objęcia, coraz bardziej taka, wobec której człowiek siedzi przed ekranem i czuje, że rozum przestaje wystarczać by to ogarnąć.

Wiele osób płacze. Wiele osób milczy, bo nie znajduje słów. Wiele osób szuka wyjaśnień, podejrzewa coś więcej, bo Łukasz był człowiekiem widocznym, skutecznym, niewygodnym dla tych, którym przeszkadza światło padające na krzywdę, zaniedbanie, przemoc i ludzką obojętność.

Wiele osób wpłaca pieniądze na TeamLitewka, jakby tym gestem próbowało chwycić choć kawałek tego, co po nim zostało, i przenieść dalej dobro, które on tak zwyczajnie uruchamiał jednym zdaniem: ja to tu tylko zostawię.

Wiele osób żegna go z prawdziwym bólem, a wiele też próbuje ogrzać się przy tej śmierci, przykleić własną twarz do cudzego światła, i to ma w sobie coś tak śmierdzącego, tak cuchnącego, tak nie do zniesienia, że człowiekowi zaciska się wszystko w środku.

Ja też nie umiem przejść nad tym do porządku dziennego. Siedzi we mnie pytanie: jak to tak. Taki młody. Taki piękny, wykształcony, wrażliwy, empatyczny, pomagający, uważny na zwierzęta, widzący w nich istoty czujące, żywe, równe nam w prawie do istnienia i do troski. Człowiek, który miał w sobie coś rzadkiego, coś jasnego, coś niemal niemożliwego do pomieszczenia w jednej osobie. Ktoś kto pokazywał, że można być skutecznym i czułym jednocześnie. Można mieć wpływ i nie tracić serca, można być widocznym i nie przestać widzieć tych, których świat najczęściej omija.

Pod każdym względem ideał. Można by rzec, że wybraniec Bogów, którzy zakochali się w swoim dziele i stworzyli człowieka naprawdę na swój wzór i podobieństwo.

I ta śmierć. Tak kurewsko absurdalna. Tak zaskakująco przypadkowa. Pusta droga, jeden rowerzysta, jeden samochód, jeden moment, jedno zasłabnięcie, jeden metr, który mógł zdarzyć się dalej albo wcześniej, a stał się dokładnie w tym miejscu. Dokładnie w tej sekundzie, stając się końcem. Tak na styk. Tak na śmierć. Tak na zawsze.

Patrzę na to wszystko i nie potrafię połączyć kropek w tej układance. Patrzę na ludzi, którzy płaczą po kimś, kogo często znali tylko przez ekran komputera czy smartfona, a jednak czuli, że jest po ich stronie. Patrzę na tę zbiorową żałobę i myślę, że ona nie jest tylko po człowieku, choć człowiek odszedł naprawdę. Ona jest też po nadziei, że w tym brudnym, twardym, często bezdusznym świecie są jeszcze ludzie, którzy potrafią stanąć po stronie dobra bez cynizmu, bez kalkulacji, bez chłodnej gry o siebie.

Łukasz Litewka był dla wielu dowodem, że dobro może być konkretne, szybkie, sprawcze, głośne wtedy, kiedy trzeba, i bardzo proste w swoim rdzeniu. Ktoś potrzebuje pomocy. Ktoś cierpi. Ktoś został sam. Zwierzę czeka. Człowiek nie daje rady. Dom się spalił. Leczenie kosztuje. Trzeba ruszyć ludzi. Trzeba zostawić to tutaj. I ludzie szli. Tysiące ludzi szły za tym jednym zdaniem, bo czuły, że po drugiej stronie nie ma manipulacji, tylko człowiek, który naprawdę patrzy.

Jak teraz z tym zostać. Z wiedzą, że już nikt nie napisze - ja to tu tylko zostawię, a tysiące ludzi to zostawienie podchwyci by czynić dobro. Jak zostać z tą wiedzą, że zgasło światło, które pokazywało człowieczeństwo w miejscu, gdzie tak często jest tylko władza, interes, pycha i chłód.

Może właśnie dlatego ta śmierć tak boli. Bo razem z nim umarło coś, czego bardzo potrzebowaliśmy. Obraz człowieka, który mógł być dowodem, że jeszcze da się inaczej. Że wrażliwość nie musi być słabością. Że pomaganie nie musi być dodatkiem do życia, tylko jego osią. Że zwierzęta, starsi, chorzy, biedni, opuszczeni i niewidzialni mogą stać się centrum uwagi, kiedy ktoś ma odwagę przesunąć światło właśnie na nich.

Zostaje ból. Zostaje niedowierzanie. Zostaje gniew na absurd, który tu się zadział. Zostaje pytanie, co zrobić z tym światłem, które nagle zgasło.

I może jedyna odpowiedź, jaka dzisiaj nie brzmi mi pusto, jest taka, że trzeba je nieść dalej, bardzo konkretnie, po ludzku, tak jak on to robił. Tam, gdzie ktoś czeka na pomoc. Tam, gdzie jakieś zwierzę potrzebuje obrony. Tam, gdzie ktoś słabszy został sam. Tam, gdzie wystarczy powiedzieć: ja to tu tylko zostawię.

Na jego stronie znalazłam wpis:
„Nasz profil obserwuje już 700 000 osób.
Dziękuję wszystkim, którzy są tutaj ze mną i razem, ponad podziałami, przez lata zmieniają życie i los tysięcy ludzi i zwierząt.
Dzięki Wam świat jest piękniejszy.

Nigdy bym nie przypuszczał, nawet o tym nie myślałem.
Ja tylko chciałem komuś pomóc”.

Zdjęcie ze strony Łukasz Litewka

CO DALEJ Z TYM ŻYCIEM (sesje rozwojowe dla kobiet)W coachingu krąży anegdota:Uczeń przychodzi do Mistrza i mówi:– Potrze...
22/04/2026

CO DALEJ Z TYM ŻYCIEM
(sesje rozwojowe dla kobiet)

W coachingu krąży anegdota:
Uczeń przychodzi do Mistrza i mówi:
– Potrzebuję pomocy.
– Po moc? – odpowiada Mistrz
– Tego szukaj w sobie.

Tak właśnie wygląda to spotkanie, online lub w realu.
Spotkam się z Tobą i z tym, co jest w Tobie żywe, poruszone, czasem niejasne, czasem trudne do nazwania, i powoli zaczyna się proces, w którym Twoja uwaga wraca do Ciebie, Twoje słowa zaczynają mieć ciężar, a to, co było rozproszone, układa się w bardziej czytelny obraz.

To nie jest miejsce, w którym ktoś mówi Ci, co masz zrobić.
To jest przestrzeń, w której zaczynasz słyszeć siebie wyraźniej, widzieć swoje wybory, czuć, gdzie jest Twoje „tak”, a gdzie „nie”, i z tego miejsca pojawia się ruch, który jest naprawdę Twój.

Mam jedno wolne miejsce na indywidualne spotkania.
Link wrzucam w komentarzu i serdecznie zapraszam. :)

22 kwietnia, Dzień Ziemi."A teraz policzymy do dwunastuI wszyscy będziemy cicho.Choć raz na całej zieminie mówmy w żadny...
22/04/2026

22 kwietnia, Dzień Ziemi.

"A teraz policzymy do dwunastu
I wszyscy będziemy cicho.

Choć raz na całej ziemi
nie mówmy w żadnym języku
zatrzymajmy się na sekundę
i nie machajmy tyle rękoma.

To będzie niezwykła chwila
bez pośpiechu, bez silników;
wszyscy będziemy wspólnie
w nagłej chwili obecności.

Rybacy na zimnym morzu
nie będą krzywdzić wielorybów,
a zbieracz soli
popatrzy na swe poranione dłonie.

Ci, którzy szykują zielone wojny,
wojny gazem, wojny ogniem,
zwycięstwa bez żywych,
włożą czyste ubrania
i będą przechadzać się z braćmi
w cieniu, nic nie robiąc.

Tego czego pragnę, nie należy mylić
z całkowitą bezczynnością.
Tu chodzi o życie;
Nie chcę ciężarówki ze śmiercią.

Gdybyśmy wszyscy tak się nie skupiali
na pchaniu wózka życia,
i gdybyśmy mogli raz nie robić nic,
być może wielka cisza
mogłaby przerwać ten smutek
braku zrozumienia samych siebie
i grożenia samym sobie śmiercią.

Może nauczymy się od ziemi,
że czasem wszystko wydaje się martwe,
a później daje dowód życia.

A teraz policzę do dwunastu
wy będziecie cicho, a ja odejdę".

Tekst: Pablo Neruda - Cisza
Photo by Alicja Chlasta

Zapraszam do udziału w wiosennej Kąpieli leśnej.Jestem certyfikowaną przewodniczką kąpieli leśnej i wiem jak sprawić byś...
21/04/2026

Zapraszam do udziału w wiosennej Kąpieli leśnej.
Jestem certyfikowaną przewodniczką kąpieli leśnej i wiem jak sprawić byś poczuła/poczuł się w lesie jak w domu.

Cechy warsztatu
✧ To dwie godziny powolnego bycia w lesie – w ciszy, spokoju i pełnej obecności.
✧ Podczas warsztatu po prostu spędzimy czas w lesie, otwierając się na jego rytm i ukojenie.
✧ To spotkanie z lasem takim, jaki jest, bez pośpiechu, w uważnym byciu tu i teraz.
✧ Czekają nas 2 godziny zanurzenia w leśnej przestrzeni, która sama w sobie jest uzdrawiająca.
✧ Najważniejsze będzie samo bycie w lesie.

To spotkanie jest dla Ciebie, jeśli:
– potrzebujesz chwili oddechu od napięcia, pośpiechu i nadmiaru bodźców
– chcesz wrócić do ciała, do prostego czucia, do bycia tu i teraz
– szukasz ciszy
– tęsknisz za naturą, która potrafi ukoić bardziej niż cokolwiek innego

Nie jest wymagana żadna kondycja ani doświadczenie. Pracujemy w małej, kameralnej grupie do 10 osób.

Jak się przygotować:
- wygodne ubranie i obuwie adekwatne do pogody
- kubek termiczny z ciepłym napojem (opcjonalnie)
- przed warsztatem nie używaj mocnych perfum czy kosmetyków
- można zabezpieczyć się preparatem przeciwko kleszczom

Podczas dwóch godzin będziemy delikatnie budzić i harmonizować zmysły. Las poprowadzi nas w swoim rytmie. Ty nie musisz nic umieć, wiedzieć.

Koszt: 60 złotych (cena zwiera bilet wstępu do Wigierskiego Parku Narodowego).

Szczegóły: https://alcha.pl/kapiel-lesna-shinrin-yoku-wiosna/

„Staraj się nie ulegać wpływowi cudzych wartości i nie zamartwiać się niczym niepotrzebnie. Zamiast tego wybierz nieskoń...
19/04/2026

„Staraj się nie ulegać wpływowi cudzych wartości i nie zamartwiać się niczym niepotrzebnie. Zamiast tego wybierz nieskończenie proste życie, pozbawione wszystkiego co zbędne”.

Ten cytat Shunmyo Masuniego układa się we mnie jak ścieżka, która prowadzi w głąb. Zawsze powraca, gdy czuję, że życie zaczyna obrastać: w nadmiar, w rzeczy, zajęcia, kierunki, wydarzenia, zadania, które zamiast napełniać, zostawiają coraz większą pustkę.

Nieskończenie proste życie odsłania się jako skupienie w kilku miejscach, w tych które naprawdę mają znaczenie. Jako rezygnacja z rozproszenia, które rozciąga człowieka na zbyt wiele kierunków. Jako powrót do tego, co buduje, co daje znaczenie istnieniu, co zostaje, kiedy wszystko inne odpada.

Nieskończenie proste życie staje się decyzją o tym, gdzie ma płynąć życie. Im dłużej żyję, tym wyraźniej widzę też, że to zdanie nie dotyczy posiadania czy nieposiadania, tylko sposobu bycia; tego, czy moje życie układa się wokół spraw, które karmią mnie, czy tego co świat podsuwa jako ważne, modne, bezpieczne, „wartościowe”.

Nieskończenie proste życie to wybór kilku spraw, które mają znaczenie, i odpuszczenie całej reszty, która tylko zajmuje miejsce i zabiera uwagę. To też przede wszystkim mniej rzeczy, które robią hałas w środku i mniej decyzji podejmowanych z lęku, mniej uciekania w bodźce, które mają zagłuszyć ciszę. Więcej miejsca na to, co naprawdę jest „nieskończenie proste”, nawet jeśli to oznacza, że czasem jesteś jednocześnie w dwóch światach, bo jeszcze trwa proces rozpoznawania, co jest zbędne, ale już zanurzasz się w tym co jest „niewygodne”, ale prowadzi głębiej.


Czasami, gdy spotykam niektórych ludzi, szczególnie tych, którzy już nie pracują, których dzieci wyszły z domu, pojawia się we mnie refleksja. Wreszcie mają czas a jednocześnie brakuje kierunku, w którym ten czas mógłby płynąć.

Dni układają się wokół kawy, obiadu, serialu, drobnych powtórzeń, które porządkują rzeczywistość, ale pod tą spokojną powierzchnią zaczyna być wyczuwalna przestrzeń trudna do nazwania. W spojrzeniach pojawia się coś więcej niż zmęczenie. Pojawia się pytanie, które nie zostało zadane na czas. Coś pomiędzy znudzeniem a cichym przerażeniem, że to już wszystko.

Piszę o tym, gdyż u siebie też zaczynam zauważać podobną tendencję, a jednocześnie coraz wyraźniej pojawia się świadomość, że to naprawdę już za chwilę koniec tej podróży. I wtedy pojawia się też pytanie: czy ten czas, który mi pozostał, chcę przeżyć właśnie w taki sposób?

To są dobre i ważne pytania, w każdym wieku, o ile towarzyszy im odwaga, by zanurkować głębiej. By w ogóle dopuścić je do siebie.

To jest dobry czas, jeśli stanie się z nim twarzą w twarz, zamiast zapełniać go działaniami, które mają zagłuszyć to, co nazywam egzystencjalnym skowytam.

To jest dobry czas, jeśli nie zatraci się zdolności do zatrzymania na granicy „wystarczy”. Bo przecież zawsze można to poruszenie zagłuszyć sięgając po więcej. Zawsze można jeszcze trochę, jeszcze jeden wyjazd, jeszcze jedną rzecz, jeszcze jeden krok dalej. Zamiast zatrzymania, kolejne zbędności, które nie dadzą poznać co tak naprawdę jest niezbędne.

Tak jest na przykład z wyjazdami zagranicznymi, które nie mają nic wspólnego z podróżowaniem czy ciekawością świata, a raczej próbują wypełnić rosnącą pustkę.
Wyjazdy prowadzone gotowym korytarzem. Zaplanowane od początku do końca. Pomiędzy hotelami, punktami widokowymi, muzeami, krajobrazami, które już dawno straciły swoją dzikość i zostały podporządkowane infrastrukturze. „Podróże”, cudzysłów jest tutaj celowy, bo brakuje w nich tego, co dla prawdziwej podróży istotne: nieprzewidywalności, zaskoczenia, spotkania z miejscem, z jego rytmem, jego prawdą. Zostaje przechodzenie przez gotowy scenariusz, turystyczny tunel podporządkowany zasadzie: im więcej i szybciej tym lepiej. Coraz więcej wrażeń, zbędności coraz mniej doświadczania, tego co niezbędne. I powolne, uważne podróżowanie, oparte na spotkaniu i czuciu, staje się czymś coraz rzadszym.

W tym wszystkim wyraźnie rysuje się jeden wybór: zbędność. Nadmiar. Życie, które z zewnątrz wygląda na pełne, a w środku coraz częściej jest przestrzenią, którą trzeba czymś wypełnić, najlepiej szybko, by nie zetknąć się z tą pustką.

Coraz mocniej czuję, że nie ma we mnie zgody na takie pochłanianie świata. Na dokładanie sobie kolejnych rzeczy, wrażeń i kierunków tylko po to, żeby nie spotkać się z ciszą. Coraz wyraźniej czuję, że chcę iść w stronę niezbędności. Takiej maksymalnej niezbędności, bo tylko wtedy mogę zobaczyć, kim jestem. Tylko wtedy mogę oddzielić to, co jest moje, od tego, co zostało mi wpojone.

Nieskończenie proste życie mówi mi o pozostawianiu mniej śladów w świecie rzeczy, a więcej w ludzkiej pamięci. Mniej gromadzenia, więcej bycia. Mniej zabezpieczania się przed życiem, więcej wchodzenia w nie w pełni: z ryzykiem, z niepewnością, z otwartością na to, co nieznane.

Dlatego wraca do mnie myśl o bardzo konkretnym ruchu: o sprzedaży mieszkania i wyruszeniu kamperem w drogę. O podróży, która nie polega na odhaczaniu miejsc i zbieraniu zdjęć, tylko na byciu, na poznawaniu, na rozmowie, czuciu. O drodze, która kształci i tworzy życie, zamiast je tylko wypełniać.

Jednocześnie słyszę głosy, które mnie przed tym zatrzymują. Głosy mówiące o bezpieczeństwie, o konieczności posiadania miejsca powrotu, o tym, że dobrze jest mieć zabezpieczenie. Rozumiem je. Jednak odbieram je jak zaproszenie do życia na niby. Jak zgodę na prostotę tylko do pewnego momentu, a potem na pozostawienie sobie furtki, która trzyma w tym samym schemacie.

Bo czym jest nieskończenie proste życie, jeśli jednocześnie buduję wokół siebie strukturę zabezpieczeń, które wymagają ciągłej uwagi, pieniędzy i troski? Mieszkanie, które trzeba utrzymać, opłacić, ubezpieczyć, odnawiać, spłacać hipotekę... Cały system myślenia, krążący wokół tego, co ma dawać spokój.

W hinduizmie życie człowieka dzieli się na cztery etapy. Jestem dziś w tym, który prowadzi ku wycofaniu, ku upraszczaniu, ku oddawaniu, ku zwracaniu się do wnętrza. I czuję, że to nie jest przypadek, że właśnie teraz wraca do mnie to zdanie Masuno.
I czuję, ze to jest dobre miejsce.

Ciekawi mnie jak to jest u Ciebie.

Nieskończenie proste życie zaczyna mieć dla mnie bardzo konkretny kształt, choć jeszcze nie widzę go w pełni. Zostaje jedno pytanie, które staje się coraz bardziej wyraźne: co jest naprawdę niezbędne, a co tylko pozwala nie patrzeć w głąb.

Dzisiaj w lesie, podczas kąpieli leśnej, którą prowadziłam dla kilku osób, usiedliśmy pod wielkim, rozłożystym dębem. Oparliśmy plecy o jego pień i pozwoliliśmy sobie po prostu być, bez dodawania czegokolwiek więcej. I w tym prostym byciu, bez potrzeby sięgania po więcej, pojawiła się zwyczajność. Pojawiło się coś bardzo wyraźnego: życie, które nie potrzebuje dodatków, żeby było pełne.
Nieskończenie proste życie. I to nie było tylko moje doświadczenie.

Jeśli ten tekst Cię niesie, podaj go dalej.
☕ Jeśli chcesz postawić kawę, link znajdziesz w komentarzu.

Darz bór. O miejscu człowieka w lesie.Ostatnie dni przynoszą obrazy, które trudno z siebie strząsnąć. Dzik staje się pro...
15/04/2026

Darz bór. O miejscu człowieka w lesie.

Ostatnie dni przynoszą obrazy, które trudno z siebie strząsnąć. Dzik staje się problemem do rozwiązania, liczbą w statystyce, tematem decyzji podejmowanych ponad jego życiem. W tym wszystkim coraz wyraźniej widać sposób, w jaki ustawiamy siebie wobec świata jako tych, którzy mają prawo decydować, co ma istnieć, a co przestaje być wygodne.

Las pokazuje inną perspektywę. Każdy gatunek zajmuje w nim swoje miejsce i wnosi coś, czego nie da się zastąpić ani odtworzyć decyzją człowieka. Dzik ryje ziemię i otwiera ją na nowe życie, ptaki przenoszą nasiona, grzyby budują niewidzialne sieci pod powierzchnią, a człowiek jest jedną z obecności w tej całości.

Pojawia się konkretne pytanie o sposób bycia w świecie, który współdzielimy. W tym pytaniu jest miejsce na niepokój, na bezradność, na złość, a jednocześnie na bardzo realną możliwość zmiany tego, jak wchodzimy w relację z tym, co żyje obok nas.

Podczas warsztatów, które prowadzę, uczę i pokazuję sposobu bycia w lesie, który zaczyna się od uznania, że wchodzimy w przestrzeń już zamieszkaną, gęstą od życia, które toczy się swoim rytmem i ma swoją własną wartość. Las nie jest pustą sceną, na którą wchodzimy, tylko światem tysięcy istnień widocznych i ukrytych, które współtworzą to miejsce i pozostają ze sobą w ciągłej relacji.

W tym punkcie zmienia się perspektywa. Człowiek przestaje być centrum, a zaczyna być jedną z obecności. Pojawia się uważność zakorzeniona w szacunku, która prowadzi do bardzo konkretnych wyborów: jak stawiam krok, gdzie zatrzymuję wzrok, czy zostawiam po sobie ślad, czy potrafię się wycofać. To są drobne rzeczy, które w sumie tworzą sposób bycia, w którym inne życie jest widziane i tak samo ważne jak moje.

Uczę tego w praktyce, przez doświadczenie. Przez ciało, które zwalnia i zaczyna czuć grunt pod stopami. Przez zmysły, które się otwierają i zaczynają odbierać więcej niż tylko to, co najgłośniejsze. Przez obecność, w której człowiek wchodzi do lasu nie jako ktoś, kto ma prawo, ale jako ktoś, kto współdzieli tę przestrzeń i bierze za nią odpowiedzialność.

Gdy tak wchodzimy w las, odwdzięcza się on nam bardzo konkretnie. Ciało zaczyna się regulować, poziom stresu obniża się, układ nerwowy przechodzi w stan wyciszenia, tętno i ciśnienie stabilizują się. Oddech pogłębia się naturalnie, a mięśnie puszczają napięcie, które często nosimy w sobie nieświadomie. Kontakt z drzewami i powietrzem nasyconym ich substancjami wspiera odporność i uruchamia procesy regeneracyjne, które w codziennym pośpiechu pozostają zablokowane.

Zmysły wracają do swojej pierwotnej wrażliwości. Słuch zaczyna wyłapywać więcej niż tylko hałas, wzrok przestaje szukać bodźców, a zaczyna widzieć, węch się otwiera, ciało zaczyna reagować na temperaturę, wilgoć, ruch powietrza. W tym wszystkim pojawia się spokój, który nie jest czymś narzuconym, tylko wynika z powrotu do naturalnego rytmu, w którym organizm może funkcjonować bez przeciążenia.

W najbliższy weekend prowadzę dwa spotkania, które są zaproszeniem do takiego właśnie bycia.

Pierwsze z nich to dwugodzinne wprowadzenie online, podczas którego będzie trochę teorii, ale też i praktycznych ćwiczeń, które pomogą w samodzielnej praktyce w lesie.
18 kwietnia, godz. 10:00–12:00

Drugiego dnia, mieszkańców Suwalszczyzny, zapraszam na łagodną, prowadzaną kąpiel leśną - spotkanie, w którym las nie jest tłem, ale aktywnym sprzymierzeńcem.
19 kwietnia, godz. 11:00–13:00

Każde z tych spotkań prowadzi do tego samego miejsca, do doświadczenia, w którym człowiek przestaje być w centrum, a zaczyna być częścią.

Link do wydarzeń zostawiam w komentarzu.

Do zobaczenia w lesie🌿
Alicja Chlasta

Jeśli czujesz, że potrzebujesz się zatrzymać naprawdę, nie tylko na chwilę, to zapraszam Cię do udziału w warsztacie. 🌿Z...
14/04/2026

Jeśli czujesz, że potrzebujesz się zatrzymać naprawdę, nie tylko na chwilę, to zapraszam Cię do udziału w warsztacie. 🌿

Zatrzymaj się. Wprowadzenie do kąpieli leśnych.
18 kwietnia, godz. 10-12.

Spotkanie online, podczas którego pokażę Ci, jak być w lesie inaczej niż zwykle, spokojniej, uważniej, bliżej siebie i natury.

Szczegóły na grafice oraz na stronie. Link w komentarzu.

Czytam i słucham o kolejnej historii z dzikami w tle. Znowu Bemowo. Znowu incydent. Tym razem człowiek w szpitalu. I nat...
12/04/2026

Czytam i słucham o kolejnej historii z dzikami w tle. Znowu Bemowo. Znowu incydent. Tym razem człowiek w szpitalu. I natychmiast rusza dobrze znana narracja języka, która od lat mieli ten sam odruch, ten sam lęk, tę samą pychę: trzeba coś zrobić z dzikami. Trzeba coś zrobić z wilkami. Trzeba coś zrobić z łosiami. Trzeba coś zrobić z bobrami. Zwierzęta stają się problemem do rozwiązania, kłopotem logistycznym, przeszkodą w naszym pomyśle na świat, błędem w krajobrazie podporządkowanym człowiekowi.

A przecież problem od dawna stoi gdzie indziej i coraz trudniej udawać, że tego nie widać. Problem siedzi w nas. W naszej zachłanności, która dawno przestała znać miarę. W naszym rozpasaniu, które nauczyło się nazywać siebie rozwojem. W naszym konsumpcjonizmie, który każdą pustkę próbuje zasypać kolejną rzeczą. W naszej liczbie. W naszym tempie. W naszym hałasie. W naszym przekonaniu, że wszystko ma się przed nami usunąć, cofnąć, ustąpić, zamilknąć, zniknąć.

Bo to nie zwierząt jest za dużo. To człowiek zajął za dużo miejsca. To człowiek rozlał się po świecie ze swoim głodem posiadania, ze swoim wiecznym „więcej”, z mieszkaniami, domami, samochodami, garażami, odkurzaczami, telefonami, ubraniami kupowanymi na moment, szafami pełnymi rzeczy, których nawet dobrze nie zdążyliśmy dotknąć życiem. Wystarczy rozejrzeć się wokół siebie uczciwie, naprawdę uczciwie, i zobaczyć ile z tego, co wnieśliśmy do swoich domów przez ostatni rok, było zbędne od pierwszej chwili. Ile kupiliśmy nie z potrzeby, tylko z odruchu. Ile zabraliśmy z ziemi, żeby na moment uśmierzyć własny niepokój.

To nie zwierzęta zabierają nam świat. To my zabieramy świat innym. Zabieramy przestrzeń do życia. Zabieramy lasy, które wycinamy pod nowe domy, drogi, inwestycje, parkingi, kurorty, apartamentowce wciskane w miejsca, gdzie jeszcze chwilę temu żyło coś poza nami. Zabieramy rzeki. Zabieramy ciszę. Zabieramy ciemność. Zabieramy ziemię pod monokultury, pod hodowle, pod przemysł, pod wygodę, pod kaprys. Zabieramy kawałek po kawałku wszystko, a potem ze zdumieniem i oburzeniem pytamy, dlaczego zwierzęta pojawiają się tak blisko nas.

I kiedy kilka dni temu zabito lochę z młodymi, w przestrzeni publicznej pojawiło się oburzenie, które skupiło się przede wszystkim na tym, że stało się to na oczach ludzi, na oczach dzieci, że ktoś musiał to zobaczyć, że ktoś został tym zraniony jako świadek, i w tym całym poruszeniu zbyt cicho wybrzmiało to, co najbardziej bolesne: została zabita matka razem ze swoimi dziećmi. Znowu ważniejsze okazało się to, że byliśmy świadkami tego zdarzenia, niż to, że odebraliśmy życie istotom, które żyły obok nas, które broniły swojego miejsca i swojego potomstwa. Ten przesunięty środek ciężkości mówi o nas więcej niż chcielibyśmy przyznać.

Dziś rano, w niedzielę, podczas spaceru spotkałam w lesie grupę quadowców. Wjechali w tę przestrzeń z rykiem silników, z tym swoim brutalnym hałasem, z energią wdzierania się i dominacji, jakby las był torem, sceną, pustą dekoracją dla ludzkiej zabawy. I pomyślałam, że właśnie w tym jednym obrazie mieści się bardzo dużo prawdy o nas. Narzekamy, że zwierzęta wchodzą do miast, a sami bez wahania wchodzimy wszędzie. Głośno. Ciężko. Bez pytania. Bez słuchania. Bez szacunku. Wkraczamy na coraz mniejsze tereny innych istot z całym naszym jazgotem, nienasyceniem i arogancją, a potem opowiadamy o konieczności przywracania porządku.

Do tego dochodzi jeszcze coś, o czym mówi się zaskakująco mało, a co mogłoby realnie zmienić bardzo wiele: nasza elementarna niewiedza o świecie, w który wchodzimy. Zadziwia mnie, jak rzadko uczymy się tego, jak zachowywać się podczas spotkania ze zwierzęciem, jak niewiele mówimy o tym, że locha z pasiakami będzie broniła swoich młodych i że jej reakcja jest naturalna, przewidywalna, wynikająca z instynktu ochrony życia, jak rzadko przypominamy, że łoś jest zwierzęciem nieobliczalnym, którego obecność wymaga dystansu, a nie wyciągania telefonu i robienia sobie zdjęcia, jak mało chcemy poznać zwyczaje istot, z którymi dzielimy przestrzeń. Ta wiedza nie wymaga wielkiego wysiłku, a mogłaby przynieść więcej bezpieczeństwa nam i im, mogłaby zmniejszyć napięcie, które dziś tak łatwo przeradza się w strach i agresję.

To nie one są problemem. To my nim jesteśmy.

I dlatego tak trudno słucha mi się także tych łagodniejszych głosów, które deklarują miłość do zwierząt, a jednak mówią dokładnie z tego samego miejsca: trzeba coś z nimi zrobić. Trzeba zarządzić. Trzeba kontrolować. Trzeba znaleźć rozwiązanie. W tym języku od początku ukryte jest założenie, że to człowiek ma prawo decydować o wszystkim, wyznaczać granice, regulować obecność innych gatunków, rozstrzygać, komu wolno żyć blisko, komu daleko, komu mniej, komu wcale. To wciąż ta sama pycha. Bardziej miękka w tonie, bardziej cywilizowana w formie, lepiej opakowana, ale wyrastająca z tego samego korzenia.

Ta narracja naprawdę niewiele różni się od myśliwskiej. Myśliwi także mówią o trosce, o równowadze, o odpowiedzialności, o dbaniu o las. Mówią, że porządkują świat, który człowiek wcześniej sam zniszczył. Mówią o dosadzaniu, regulowaniu, opiece. Trudno nie widzieć w tym ponurego absurdu. Najpierw wyciąć, odebrać, zabić, zepchnąć, podporządkować, a potem wejść w rolę tego, który będzie naprawiał. Najpierw stworzyć przemoc, a potem nazwać ją troską. Najpierw zranić, a potem ogłosić się opiekunem.

I w samym środku tego wszystkiego pojawia się jeszcze to ich pozdrowienie: „Darz Bór”. Im dłużej o nim myślę, tym mocniej czuję w nim zgrzyt, który przechodzi w kpinę. „Darz Bór” jako życzenie pomyślności w lesie. „Darz Bór” jako życzenie powodzenia w polowaniu. „Darz Bór” jako zwrot wypowiadany przez tego, który wchodzi do lasu po życie innych istnień. Ile trzeba odwrócić znaczeń, ile trzeba sobie w głowie poprzestawiać, żeby mówić o darze tam, gdzie jest odbieranie, żeby mówić o pomyślności tam, gdzie dla kogoś kończy się życie, żeby wypowiadać to słowo z poczuciem godności, jakby bór rzeczywiście miał ochotę obdarowywać swojego prześladowcę.

Bo co właściwie ma znaczyć ten dar. Czyj dar. Dla kogo. Jakim prawem. W jaki sposób las miałby dawać człowiekowi to, co człowiek bierze siłą. Jakim językiem opisać tę przemoc, żeby nie zamilkło w nas poczucie elementarnej przyzwoitości. Jak długo jeszcze będziemy opowiadać sobie, że to jest tradycja, kultura, troska, regulacja, rozsądek. Jak długo będziemy ubierać dominację w piękne słowa, żeby łatwiej było jej nie widzieć.

Coraz częściej mam poczucie, że najpilniejsze pytanie nie brzmi dziś: co zrobić ze zwierzętami. Najpilniejsze pytanie brzmi: co zrobić z człowiekiem. Co zrobić z jego apetytem na więcej. Co zrobić z jego przekonaniem, że wszystko należy do niego. Co zrobić z jego potrzebą kontroli. Co zrobić z jego ślepotą, która każe mu widzieć zagrożenie wszędzie poza sobą. Co zrobić z cywilizacją, która najpierw odbiera innym miejsce do życia, a potem z oburzeniem reaguje na sam fakt ich obecności.

Może właśnie od tego trzeba zacząć. Od uczciwego przyznania, że zwierzęta nie wtargnęły do naszego świata. To my wtargnęliśmy do ich świata tak głęboko, tak brutalnie i na taką skalę, że zaczęliśmy mylić zagarnięcie z naturalnym porządkiem rzeczy. I może dopóki tego nie nazwiemy wprost, dopóty będziemy krążyć w kółko po tych samych narracjach, produkować te same pseudo rozwiązania, powtarzać te same słowa, za którymi stoi ta sama pycha.

Darz bór.
Słyszę to dziś jak zdanie, w którym streszcza się cała ludzka bezczelność. Jak formułę, która ma dodać godności temu, co z godnością nie ma nic wspólnego. Jak zaklęcie, którym człowiek próbuje rozgrzeszyć samego siebie z przemocy wobec świata, bez którego sam przecież nie potrafi żyć.

A bór milczy. I przyjmuje wszystko. Nasze piły. Nasze ambicje. Nasze quady. Nasze inwestycje. Nasze strachy. Nasze strzelby. Nasze wielkie słowa o miłości do natury. Nasze wakacje za każdym razem na innym kontynencie. Nasze małe czyny, które tę naturę codziennie okradają z przestrzeni, z ciszy, z bezpieczeństwa, z życia.

I może właśnie dlatego trzeba to powiedzieć jasno.

To nie one są problemem.
To my nim jesteśmy.

🌿 Jeśli ten tekst jest Ci bliski, podaj go dalej.
☕ Jeśli chcesz postawić kawę, link znajdziesz w komentarzu.

Adres

Srodmiescie

Godziny Otwarcia

Wtorek 11:00 - 15:00
Środa 11:00 - 15:00
Czwartek 11:00 - 15:00
Piątek 11:00 - 15:00

Telefon

+48608028124

Strona Internetowa

https://buycoffee.to/alicjachlasta, https://alcha.pl/newsletter/

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Alicja Chlasta, Alcha umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Alicja Chlasta, Alcha:

Udostępnij