26/04/2026
Pod moim ostatnim poście o Łukaszu Litewce jest dziś ponad 1 733 000 wyświetleń, ponad 23 tysiące reakcji, i ponad 1000 komentarzy. Piszecie, że łamie się Wam serce. Płaczecie po człowieku, który widział w zwierzętach żywe, czujące istoty, który stawał po ich stronie, który cierpiał, kiedy one cierpiały, który rozumiał, że ich życie ma wartość samą w sobie, a ich prawo do istnienia nie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy człowiek uzna je za wygodne, ładne, pożyteczne albo bezpieczne.
I w tym samym czasie, gdy wszyscy żyliśmy informacją o śmierci Łukasza Litewki pojawiła się druga wiadomość. Niemal obok tej wielkiej zbiorowej żałoby, zabito dzika, który spał spokojnie na placu zabaw. Bezbronne zwierzę, które weszło w naszą przestrzeń, choć przecież my od dawna wchodzimy w jego przestrzeń: drogami, osiedlami, śmietnikami, działkami, grillami, dokarmianiem, wycinką, hałasem, światłem, betonem i tym przekonaniem, że wszystko, co żyje wokół nas, ma się dostosować do naszego porządku.
I znowu nie potrafię połączyć kropek.
Nie umiem pomieścić tego, że potrafimy płakać po człowieku, który kochał zwierzęta, i jednocześnie wciąż żyć w narracji, w której zwierzę jest „tylko zwierzęciem”. W narracji, w której człowiek ma prawo do lęku, żałoby, bezpieczeństwa, domu, dzieci, terytorium i życia, a inne gatunki mają prawo istnieć dopóty, dopóki nie przeszkadzają, nie wchodzą nam w drogę.
W narracji, która przez wieki mówiła nam, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, a reszta świata została dana nam do używania, podporządkowania, jedzenia, zabawy, eksperymentu, wygody i zysku.
Ziemia ma około 4,54 miliarda lat. Homo sapiens jest tutaj od mniej więcej 200-300 tysięcy lat. Chrześcijaństwo ma około dwóch tysięcy lat. Przed nami były oceany, lasy, bakterie, grzyby, paprocie, owady, gady, ssaki, wymierania i odradzania się życia. Ziemia istniała długo przed tym, zanim człowiek nazwał Boga stwórcą świata. To człowiek stworzył język, którym opowiedział sobie, że jest koroną stworzenia. To człowiek wpisał siebie na szczyt drabiny, którą sam narysował. To człowiek uznał, że jego życie waży więcej niż życie zwierzęcia, jego wygoda więcej niż leśne siedlisko, jego dom więcej niż mokradło, jego droga więcej niż korytarz migracyjny.
Zauważcie tę skalę: 4,5 miliarda – 300 tysięcy – 2 tysiące lat.
Czyż ta skala nie krzyczy: więcej pokory?
Jesteśmy jednym z gatunków. Bardzo młodym, bardzo zdolnym i bardzo zagubionym gatunkiem, który pomylił świadomość z prawem własności do świata.
Kilka dni temu niedźwiedź zabił kobietę, która weszła na jego terytorium. Już pojawia się opowieść, że niedźwiedzi jest za dużo i trzeba część zabić. W Polsce żyje ich około 120. Ludzi jest ponad 37 milionów. Z tych liczb rodzi się pytanie o proporcje i o to, kto naprawdę wchodzi w czyją przestrzeń.
Zaczynamy niewinnie. To zawsze zaczyna się niewinnie. Zaczyna się od jednego drzewa pod oknem, od światła, którego zimą chcemy więcej, od słońca, które ma wpadać dokładnie tam, gdzie chcemy, od komfortu, który ma być natychmiastowy i pełny. Pędzimy do urzędów, składamy wnioski, ktoś podpisuje zgodę, piły ruszają i jesienią znika coś, co rosło latami, a my stoimy w mieszkaniach pełnych światła i mamy poczucie, że wygraliśmy. Zima przynosi jasność, słońce zagląda w kąty, rośliny odżywają i wszystko wydaje się na swoim miejscu.
A potem przychodzi lato. Upalne, ciężkie, duszne. I wtedy odkrywamy, że to drzewo było cieniem, chłodem, wilgocią, schronieniem, filtrem powietrza i domem dla tysięcy istnień, których nigdy nie widzieliśmy. I, że powoli smażymy się w upale, gdyż już to drzewo nie osłania nas od słońca. Sięgamy po kolejne rozwiązania. Markizy, żaluzje, rolety, klimatyzację. Kolejny telefon, kolejna instalacja, kolejne odcięcie się od świata. Znika zieleń, znikają owady, ptaki, nietoperze, a w ich miejscu pojawiają się samochody, hałas, spaliny i to ciągłe, niskie burczenie silników, które wypełnia przestrzeń, w której kiedyś było życie.
Zasiadamy wygodnie na kanapie i spokojnie zasiadamy przed telewizorem, w tym zacienionym, odciętym od ŻYWEGO świata mieszkaniu. A co będziemy oglądać? Oczywiście programy przyrodnicze o dzikiej, pięknej przyrodzie. Nie widząc, że to wszystko dzieje się naprawdę. Tu. Obok nas. W zasięgu jednego drzewa.
Możemy iść dalej tą drogą. Możemy wycinać, grodzić, betonować i tłumaczyć sobie, że robimy to dla bezpieczeństwa. Możemy uznać, że dzik jest problemem, wilk zagrożeniem, bóbr szkodnikiem, a las zasobem. Możemy odgrodzić się od natury tak skutecznie, że zostanie nam już tylko jej obraz na ekranie, albo wyjście do ZOO, gdzie udręczone inne gatunki są wystawione nieustannie na nasz widok.
Możemy też zatrzymać się i uznać, że świat jest wspólny. Że tam, gdzie żyją niedźwiedzie, człowiek wchodzić nie musi. Że dzika się nie dokarmia i nie oswaja. Że las jest czyimś domem, zanim stanie się miejscem hałaśliwego spaceru. Że zwierzę, które weszło nam w drogę, często weszło w przestrzeń, którą wcześniej my zabraliśmy jemu.
Myślę dziś o Łukaszu Litewce i mam w sobie jasność, że stanąłby po stronie tego dzika. Stanąłby po stronie życia, które nie ma głosu, telefonu ani prawa pisanego przez ludzi.
Pozwolę sobie przytoczyć wypowiedź, którą znalazłam na jego stronie:
„Wychowałem się w domu, w którym wpajano mi szacunek i miłość do zwierząt. Mój pies „Burza” towarzyszyła mi przez większość mojego dorosłego życia i mocno przeżyłem jej odejście.
To właśnie czworonożny przyjaciel nauczył mnie czegoś, co dziś uważam za swój fundament — że każde życie, nawet to najmniejsze, czuje, kocha, tęskni, ale też niestety cierpi, a źródłem tego cierpienia najczęściej jest człowiek”.
Łukasz Litewka był „głosem zwierząt i chorych dzieci”. Chciał dla zwierząt zorganizować na wzór Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – Zwierzogranie.
Żałoba po człowieku, który kochał zwierzęta, zaczyna mieć sens wtedy, kiedy staje się kontynuacją jego drogi: w naszych wyborach, w codziennym uznaniu życia innych gatunków, w szacunku, który nie kończy się na słowach, lecz przechodzi w konkret. Właśnie w tym może wyrazić się nasza wdzięczność. Bez tego wszystko zostaje tylko chwilowym wzruszeniem.
W tych licznych komentarzach pod piątkowym postem, wiele osób pyta, co możemy dalej robić, bez niego? Odpowiedź jest chyba jasna: to samo co on – kochać i pomagać, ludziom i zwierzętom, wszystkim gatunkom bez wyjątku.
Pomagać jak to właśnie robi bardzo młody chłopak z Radomia, Łatwogang, który zebrał w przeciągu kilku dni ponad 200 milionów dla dzieci chorych na raka i, którego cytuję: "Nie chcę tutaj właśnie promować się na tym wszystkim. Nie chcę robić jakiejś postaci. Ja bym chciał, żeby tutaj po prostu były zbierane pieniądze dla dzieciaków. Dla mnie najlepszą opcją byłoby znalezienie jakiegoś rozwiązania, które pomoże na stałe dzieciakom, żeby nie było potrzebnych takich zbiórek”.
Nie każdy musi być Patrykiem Garkowskim, ale każdy może wesprzeć działania ludzi takich jak on czy Łukasz Litewka.
Jeśli ten tekst Cię niesie, podaj go dalej.
Jeśli chcesz postawić kawę, link znajdziesz w komentarzu.
Zdjęcie: Serkan Mutan