04/05/2026
Rzeczywistość.
Tam, gdzie kończy się walka, zaczyna się spokój.
Jest w nas bardzo głęboko zakorzeniony odruch, którego zwykle nie zauważamy od razu, bo przez lata nauczyliśmy się traktować go jako coś zupełnie naturalnego — to ciche, czasem ledwie uchwytne „nie”, które pojawia się wobec tego, co się wydarza, wobec tego, co czujemy, wobec siebie samych w danym momencie życia. Nie chodzi o spektakularny bunt ani o głośny sprzeciw, ale raczej o subtelne napięcie, które pojawia się gdzieś pod powierzchnią, kiedy rzeczywistość nie układa się tak, jak powinna według naszych wyobrażeń.
Z tego miejsca bardzo łatwo wchodzimy w ruch, który wydaje się sensowny i wręcz potrzebny — zaczynamy próbować coś poprawić, przyspieszyć, uporządkować, zmienić tak, żeby w końcu poczuć ulgę i odzyskać poczucie wpływu. I w tym nie ma nic złego, bo naturalne jest to, że chcemy żyć lepiej, pełniej, spokojniej. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy ta potrzeba zmiany przestaje wyrastać z kontaktu z tym, co jest, a zaczyna być próbą ucieczki od tego, co właśnie się wydarza.
Bo rzeczywistość ma jedną właściwość, której bardzo często nie chcemy przyjąć — jest taka, jaka jest! Jedyna w danym momencie, niezależnie od tego, czy się z nią zgadzamy, czy nie, czy ją rozumiemy, czy nie, czy uważamy ją za sprawiedliwą, czy zupełnie przeciwnie. I kiedy próbujemy ją przesunąć siłą, pojawia się napięcie, które z czasem zaczyna być coraz bardziej odczuwalne, najpierw jako lekki dyskomfort, potem jako frustracja, a w końcu jako zmęczenie, którego nie da się już przykryć kolejnym działaniem ani kolejną próbą „ogarnięcia”.
W tej walce bardzo szybko pojawia się też coś jeszcze — myśl, że skoro coś nie działa tak, jak powinno, to być może to z nami jest coś nie tak. I wtedy zaczynamy jeszcze bardziej się spinać, jeszcze bardziej się starać, jeszcze bardziej próbować stać się kimś innym, kimś lepszym, bardziej dopasowanym do tego, co — jak nam się wydaje — powinno się wydarzyć. To jest moment, w którym energia, która mogłaby iść w życie, w kontakt, w tworzenie, zaczyna być zużywana na podtrzymywanie napięcia.
A przecież to, co nazywamy rzeczywistością, nie jest czymś, co możemy ominąć ani przeskoczyć. To jest dokładnie to miejsce, w którym jesteśmy — z tym ciałem, które coś czuje, z tą emocją, która się pojawia, z tą sytuacją, która właśnie się wydarza, nawet jeśli nie jest taka, jaką chcielibyśmy zobaczyć. Przyjmowanie tego nie oznacza zgody na wszystko ani rezygnacji z działania, ale jest raczej momentem zatrzymania, w którym przestajemy się szarpać z tym, co już jest faktem, i zaczynamy widzieć to wyraźniej.
I dopiero z tego miejsca zaczyna się coś, co ma zupełnie inną jakość. Ruch, który nie wynika z napięcia, tylko z kontaktu. Zmiana, która nie jest próbą naprawienia siebie ani świata, ale naturalnym krokiem wynikającym z tego, że widzimy wyraźniej, czujemy więcej i jesteśmy bliżej tego, co jest prawdziwe.
Kiedy walka zaczyna cichnąć, nie dlatego, że wszystko nagle staje się łatwe, ale dlatego, że przestajemy dokładać do tego własny opór, pojawia się przestrzeń, w której można odetchnąć trochę głębiej i zauważyć, że to, czego tak długo szukaliśmy, nie było gdzieś dalej, tylko właśnie tutaj — w tym momencie, który wcześniej wydawał się niewystarczający.
Może więc spokój nie przychodzi wtedy, kiedy rzeczywistość w końcu zaczyna spełniać nasze oczekiwania, ale wtedy, kiedy przestajemy próbować ją do nich dopasować i zaczynamy naprawdę w niej być, ze wszystkim, co ona ze sobą niesie.
Myślę, że to może być pierwszy krok, aby być W PEWNI siebie...