Klinika Umysłu Gabinet terapeutyczny Agnieszka Skotarczak

Klinika Umysłu Gabinet terapeutyczny  Agnieszka Skotarczak Gabinet psychoterapeutyczny
Terapia skoncentrowana na rozwiązaniach. Psychoterapia systemowa rodzinna i

Czasem najbardziej kochamy wtedy, gdy przestajemy ratowaćMiłość bywa cicha i miękka jak dotyk dłoni, ale bywa też pełna ...
05/11/2025

Czasem najbardziej kochamy wtedy, gdy przestajemy ratować

Miłość bywa cicha i miękka jak dotyk dłoni, ale bywa też pełna napięcia – wtedy, gdy chcemy dla kogoś tak bardzo, że zapominamy, iż to jego życie, jego droga, jego rytm.

Wielu z nas nauczyło się, że miłość to dawanie, troska, poświęcenie. Pomaganie, nawet gdy nas to kosztuje. Ratowanie, zanim ktoś sam poprosi o pomoc. Bo przecież tak kocha się najbardziej – „z całych sił”.
Ale z czasem okazuje się, że właśnie to „z całych sił” staje się ciężarem — dla nas i dla tej drugiej osoby.

Gdy ratowanie staje się formą lęku

W systemowej perspektywie często mówimy, że pomoc i kontrola potrafią się splatać. Czasem trudno odróżnić jedno od drugiego.
Z zewnątrz wygląda to jak troska:
– „Nie chcę, żeby cierpiał.”
– „Nie mogę patrzeć, jak się męczy.”
– „Muszę coś zrobić.”

Ale pod spodem bywa coś więcej — lęk przed bezradnością, przed stratą, przed tym, że jeśli nie pomogę, to zawiodę. Albo że bez mojej obecności świat tej drugiej osoby się zawali.
Czasem ratowanie staje się sposobem na podtrzymanie własnego znaczenia w czyimś życiu.
Czasem jest echem dzieciństwa — gdzie to my musieliśmy „ratować” rodzica emocjonalnie, utrzymywać spokój w domu, dbać o to, by wszystko się nie rozsypało.

Wtedy miłość myli się z odpowiedzialnością.
Empatia – z obowiązkiem.
A troska – z kontrolą.

Miłość, która daje przestrzeń

Z systemowego punktu widzenia każda relacja dąży do równowagi między bliskością a autonomią.
Gdy jedna strona zaczyna ratować, a druga pozwala się ratować – system traci równowagę. Jedna osoba staje się „większa”, druga „mniejsza”.
I choć intencje bywają czyste, rezultat jest taki, że obie strony przestają oddychać swobodnie.

Dlatego prawdziwa miłość czasem polega na tym, że się cofamy.
Że pozwalamy drugiemu człowiekowi spotkać się ze sobą. Upadać, doświadczać, błądzić, szukać.
Że nie zabieramy mu lekcji, które życie chce mu dać.

Miłość, która przestaje ratować, nie odwraca się z obojętnością.
Ona zostaje — spokojna, obecna, gotowa, by być, kiedy tamten człowiek sam wyciągnie rękę.
To miłość dojrzała, bo rozumie, że każdy ma prawo przejść swoją drogę własnymi krokami.

Uzdrowienie w relacjach

W terapii rodzinnej czy partnerskiej często widać, jak ratowanie podtrzymuje systemowy wzorzec:

Rodzic, który nadmiernie chroni dziecko, nieświadomie mówi mu: „Nie wierzę, że sobie poradzisz.”

Partner, który stale wyręcza drugiego, utrwala jego bierność i bezradność.

Dorosłe dziecko, które wciąż „ratuje” rodziców, nigdy nie czuje, że może być po prostu sobą — bez roli opiekuna.

Zatrzymanie tego wzorca nie jest brakiem miłości. To akt odwagi i zaufania.
To moment, w którym mówimy:

„Wierzę, że potrafisz.”
„Wierzę, że masz w sobie siłę, nawet jeśli jej jeszcze nie czujesz.”
„Wierzę, że nie jestem ci już potrzebna w tej roli.”

I w tym momencie coś w relacji się zmienia.
Bo kiedy przestajemy ratować, otwieramy przestrzeń, w której druga osoba może naprawdę wzrastać.

Czasem największym darem, jaki możemy dać drugiemu człowiekowi, jest zaufanie do jego drogi.
Nie podpowiedź, nie rada, nie gotowe rozwiązanie — ale spokojne „jestem”, gdy on szuka swojego sposobu.

Bo miłość, która nie ratuje, to miłość, która widzi w drugim człowieku jego własną moc.

O ciszy, która zostaje po tych, którzy odeszliDziś świat jakby zwalnia. Na cmentarzach płoną znicze, w powietrzu unosi s...
01/11/2025

O ciszy, która zostaje po tych, którzy odeszli

Dziś świat jakby zwalnia. Na cmentarzach płoną znicze, w powietrzu unosi się zapach wspomnień, a cisza staje się pełniejsza niż zwykle. To dzień, w którym dotykamy kruchości życia — ale też tego, co niewidzialne, a jednak wciąż obecne.

Każda strata niesie w sobie historię miłości. Bo nie tęsknimy za tym, co było obojętne. Tęsknimy za bliskością, której już nie ma. Za gestami, głosem, spojrzeniem, które znało nas „tak po prostu”.

W pracy terapeuty często towarzyszę ludziom w ich żałobie — tej świeżej i tej, która trwa od lat. I widzę, że żałoba nie jest czymś, co trzeba naprawić ani zamknąć.
To proces, w którym uczymy się żyć na nowo — z miejscem w sercu dla tych, którzy odeszli. Uczy nas, że czasem nie da się „puścić” w sensie zapomnienia. Ale można nauczyć się z tą miłością być — inaczej. Cichiej. Głębiej.

Śmierć nie zawsze zabiera. Czasem przynosi — świadomość tego, co naprawdę ważne.
Pokorę wobec przemijania.
Wdzięczność za to, że było nam dane kochać.

Jeśli dziś w Twoim sercu jest tęsknota — pozwól jej być. Nie uciszaj jej, nie próbuj naprawiać. Posiedź z nią chwilę przy tym wewnętrznym zniczu, który płonie w Tobie.
Bo może właśnie w tej cichej obecności, w tym milczeniu — spotykasz tych, których już nie ma, ale wciąż są.
Czasem najgłębsza rozmowa z tymi, którzy odeszli, to ta, którą prowadzimy w sercu.

W terapii uczymy się dawać przestrzeń emocjom, nawet tym, które bolą.
Nie po to, by przestały istnieć, lecz by mogły się przemienić.
Bo żałoba nie znika — ona z czasem staje się miejscem, w którym miłość uczy się nowego języka.

W każdej rodzinie jest coś, co milczy — i coś, co krzyczy za dwojeW każdej rodzinie istnieją miejsca, do których nie się...
29/10/2025

W każdej rodzinie jest coś, co milczy — i coś, co krzyczy za dwoje

W każdej rodzinie istnieją miejsca, do których nie sięga światło codziennych rozmów. Są tam słowa, które nigdy nie zostały wypowiedziane, łzy, które wsiąkły w poduszkę w nocy, i westchnienia, które ktoś zatrzymał w połowie, żeby nie sprawić bólu innym.

Czasem ta cisza ma twarz babci, która po wojnie nauczyła się nie pytać, tylko przetrwać. Czasem przybiera postać ojca, który nigdy nie mówił o strachu, bo myślał, że wtedy przestanie być silny. A czasem to matka, która uśmiecha się zbyt szeroko, by nikt nie zauważył, jak bardzo chciałaby być przez kogoś zauważona.

Cisza w rodzinie ma wiele języków. Potrafi być milczeniem przy stole, gdzie każdy wie, że o pewnych sprawach się nie rozmawia. Może być też śmiechem, który zagłusza to, co niewygodne. Czasem przybiera postać perfekcjonizmu, kontroli, pośpiechu — byle nie usłyszeć tego, co w środku.

Ale obok ciszy zawsze żyje jej cień — krzyk. On nie potrafi milczeć. Krzyk pojawia się tam, gdzie emocje były zbyt długo schowane. Wybucha w najmniej oczekiwanym momencie — w kłótni, w złości, w słowach, które ranią, choć tak naprawdę są wołaniem o bliskość.
Krzyk to często tylko głos ciszy, która nie miała innego sposobu, by zostać zauważona.

Bywa, że jedno z dzieci w rodzinie staje się tym, które krzyczy za wszystkich. Złości się, buntuje, nie potrafi się uspokoić — jakby niosło w sobie echo pokoleń.
Inne z kolei wybiera ciszę. Staje się grzeczne, uważne, zbyt dorosłe, jakby próbowało utrzymać spokój za dwoje.
I w tej niewidzialnej grze ról toczy się los wielu rodzin — jedni niosą ciężar emocji, które inni musieli odłożyć, by przetrwać.

Aż w pewnym momencie pojawia się ktoś, kto zaczyna słuchać.
Nie po to, by naprawiać, oceniać, szukać winnych.
Słucha, by usłyszeć.
Tak naprawdę.

Taka osoba często nie wie, że właśnie staje się uzdrowicielem systemu. To może być dorosłe dziecko, które zaczyna pytać o przeszłość i rozumieć, skąd wzięły się rodzinne wzory. Może to być ktoś, kto przerywa łańcuch milczenia, mówiąc po raz pierwszy: „to było trudne” albo „to bolało”.
Czasem to wnuczka, która pisze list do babci, której nigdy nie znała, a jednak czuje jej smutek w sobie.

Kiedy zaczynamy mówić o tym, co milczało, dzieje się coś niezwykłego — napięcie w systemie powoli się rozluźnia.
Jakby duch rodziny, zmęczony dźwiganiem tajemnic, mógł wreszcie odetchnąć.
Jakby ktoś w końcu usłyszał wszystkie te dawne historie, które przez lata mówiły językiem objawów, lęków, powtórzeń i snów.

Cisza nie musi zniknąć. Ona wcale nie jest wrogiem. Wystarczy, że stanie się usłyszana.
Bo cisza, kiedy zostanie przyjęta z czułością, zamienia się w spokój.
A krzyk, gdy dostanie prawo do bycia zrozumianym, staje się głosem prawdy.

I wtedy rodzina, po raz pierwszy od pokoleń, może zamilknąć nie z lęku, lecz z ukojenia.
W tym milczeniu nie ma już ciężaru. Jest tylko miękki oddech — wspólny, spokojny, uzdrawiający
„Dopiero gdy to, co milczało, zostanie wypowiedziane, a to, co krzyczało, usłyszane — rodzina może wreszcie odetchnąć.”

Nić, którą trzeba było przeciąćByła kiedyś dziewczyna, która przez całe życie niosła w dłoniach cieniutką nić.Nie pamięt...
24/10/2025

Nić, którą trzeba było przeciąć

Była kiedyś dziewczyna, która przez całe życie niosła w dłoniach cieniutką nić.
Nie pamiętała, kiedy ją chwyciła. Może wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszała:
„Nie rób nam przykrości”, „Zobacz, jak przez ciebie cierpimy”, „Poświęciliśmy dla ciebie wszystko”.
Nić była cienka, lecz mocna jak obietnica. Łączyła ją z rodzicami — i choć z czasem stawała się ciężarem, dziewczyna bała się ją puścić. Bo wierzyła, że jeśli ją puści, przestanie być dobra.

Dorastała, ucząc się, że miłość kosztuje.
Że trzeba zasłużyć na spokój, na uśmiech, na słowo „jestem z ciebie dumna”.
Każdy krok w stronę siebie był jak zdrada, a każda radość — jak kradzież.
Czasem patrzyła w lustro i nie poznawała już własnych oczu.
Były zmęczone pilnowaniem, żeby nikogo nie zranić.

Pewnego dnia spotkała na drodze starą kobietę.
Siedziała w cieniu drzewa i przędła coś ze światła.
– Co to za nić? – zapytała dziewczyna, zerkając na dłonie kobiety.
– To nici, które ludzie przynoszą, kiedy już nie chcą dźwigać cudzych ciężarów – odparła spokojnie. – Każda z nich była kiedyś więzią, a teraz staje się błogosławieństwem.
– Jak to możliwe? Przecież nie można odciąć rodziców…
Kobieta uśmiechnęła się łagodnie.
– Nie trzeba odcinać serca. Tylko ból, który trzyma w nim cudze życie.

Dziewczyna usiadła obok. Wzięła w dłonie swoją nić i zobaczyła w niej wszystko: łzy, poczucie winy, milczące „dziękuję” za dzieciństwo, które bolało.
Zrozumiała, że przez lata próbowała naprawić coś, co nigdy nie było jej winą.
Że nosiła na sobie cudze niespełnione marzenia i lęki.
Że miłość nie musi być odpracowaniem długu.

Z drżeniem serca przecięła nić.
W tej samej chwili poczuła, że coś w niej pęka — ale nie z bólu, tylko z ulgi.
Powietrze stało się lżejsze, a w miejscu, gdzie przez lata ciążył węzeł, pojawiło się ciepło.
Z oczu popłynęły łzy — nie żalu, lecz wdzięczności.
Bo zrozumiała, że może kochać swoich rodziców z dystansu, z uznaniem ich historii, ale nie z obowiązku.

Wstała i spojrzała w niebo.
Nić, którą trzymała, zamieniła się w pasmo światła i uniosła ku górze.
Nie prowadziła już wstecz — prowadziła w głąb niej samej.
Tam, gdzie zaczynała się prawdziwa wolność: w szacunku, który nie potrzebował kajdan.

I wtedy usłyszała cichy głos duszy:

Nie jesteś winna temu, że chcesz żyć po swojemu.
Miłość nie znika, gdy przestajesz się poświęcać.
Ona dopiero wtedy staje się prawdziwa.

„Dziewczynka i zamknięte drzwi”Dawno temu, w domu pełnym cieni i szeptów, mieszkała dziewczynka.Miała serce tak czyste, ...
22/10/2025

„Dziewczynka i zamknięte drzwi”

Dawno temu, w domu pełnym cieni i szeptów, mieszkała dziewczynka.
Miała serce tak czyste, że widziało światło nawet tam, gdzie inni widzieli tylko mrok.
Kochała swojego ojca — tego samego, którego się bała.
Bo czasem jego głos był jak grzmot, a czasem jak ciepły wiatr.
Nie wiedziała, kim będzie dzisiaj.
Więc codziennie próbowała odgadnąć, jak się zachować, żeby nie rozpętać burzy.

Z każdym rokiem stawała się coraz cichsza.
Kiedy on milczał — zamierała.
Kiedy on się złościł — znikała.
A kiedy był łagodny — jej serce otwierało się jak kwiat, wierząc, że teraz już będzie dobrze.
Ale nie było.
Więc nauczyła się żyć w napięciu — między nadzieją a lękiem.
Jak ptak, który kocha klatkę, bo tam przynajmniej zna każdy pręt.

Pewnej nocy, gdy sen nie chciał przyjść, dziewczynka wstała i poszła za światłem księżyca.
Weszła do starego pokoju, w którym nigdy wcześniej nie była.
Na środku stały drzwi — zamknięte, zimne, ciężkie.
Poczuła, że coś ją do nich woła.
Podniosła rękę i dotknęła klamki, a wtedy usłyszała głos — cichy, znajomy, z głębi jej własnego serca:

„Nie bój się. Klucz masz w sobie.”
Spojrzała na swoje dłonie.
Były drżące, ale silne.
W jednej z nich — naprawdę — leżał mały złoty klucz.
Włożyła go do zamka.
Drzwi otworzyły się bez oporu.

Za nimi nie było ojca.
Nie było też cienia.
Był ogród — cichy, jasny, pachnący spokojem.
W jego środku siedziała kobieta o ciepłych oczach.
Kiedy dziewczynka podeszła bliżej, zrozumiała, że to… ona sama.
Dorosła. Spokojna. Wolna.

Kobieta uśmiechnęła się i powiedziała:

„Nie musisz już pilnować cudzego gniewu.
Nie musisz już zasługiwać.
Możesz po prostu być.”

Dziewczynka poczuła, że napięcie, które nosiła w ramionach przez całe życie, powoli znika.
Jakby ktoś otworzył okno w jej sercu.
Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko pierwszy raz od wielu lat.

Tamtego dnia przestała bać się ojca — nie dlatego, że się zmienił,
lecz dlatego, że to ona przestała być jego więźniem.
Odtąd żyła, już nie między strachem a nadzieją,
ale między oddechem a światłem.

💌 List od duszy 💌Pewnego dnia kobieta znalazła w skrzynce list.Nie było na nim znaczka ani adresu nadawcy.Papier był mię...
17/10/2025

💌 List od duszy 💌

Pewnego dnia kobieta znalazła w skrzynce list.
Nie było na nim znaczka ani adresu nadawcy.
Papier był miękki, lekko pożółkły, a pismo znajome — jakby widziała je już kiedyś, ale nie pamiętała gdzie.

Usiadła przy stole i otworzyła kopertę.
W środku był tylko jeden krótki zdanie:

„Tęsknię za tobą.”

Zaskoczyło ją to.
Kto mógł napisać coś takiego?
Zaczęła przeglądać pamięć — może ktoś z dawnych lat? Może ktoś, z kim się kiedyś rozminęła?
Ale nie — to nie było takie „ludzkie” tęsknienie.
To zdanie brzmiało inaczej. Głębiej.

Następnego dnia list był znowu.
Tym razem napisane było:
„Jestem tutaj. Po prostu mnie nie słyszysz.”

Poczuła, jak coś się w niej porusza — coś dawno zapomnianego.
Zaczęła więc nasłuchiwać.
Nie hałasu, nie świata, nie wiadomości, ale ciszy między dźwiękami.
I tam, w tej przestrzeni, usłyszała coś, co było jednocześnie głosem i oddechem, znajome i nieznane.

To nie był głos z zewnątrz.
To była ona sama — ta część, która kiedyś mówiła cicho, ale prawdziwie.
Która wiedziała, co ją koi, co ją woła, co ją boli, ale z którą tak długo nikt nie rozmawiał.

Wzięła papier i długopis.
I po raz pierwszy od dawna odpisała:
„Przepraszam, że tak długo milczałam.”

Od tamtej chwili listy przychodziły częściej.
Nie na papierze, ale w drobnych gestach życia — w zapachu kawy, w rozmowie z kimś bliskim, w spacerze po deszczu.
Każdy z nich niósł to samo przesłanie:
„Jestem. Zawsze byłam.”

Bo dusza nie odchodzi.
Nie obraża się, nie krzyczy.
Czeka — cierpliwie, z miłością.
A gdy wreszcie znów ją usłyszysz, nie pyta, gdzie byłaś.
Tylko mówi: „Dobrze, że wróciłaś.”

🌿 Twoja dusza nie potrzebuje, byś była doskonała.
Potrzebuje tylko, byś znów się do niej wróciła.

Drzewo, które nauczyło się puszczać W środku lasu rosło stare drzewo.Było piękne, rozłożyste, silne.Z każdym rokiem jego...
15/10/2025

Drzewo, które nauczyło się puszczać

W środku lasu rosło stare drzewo.
Było piękne, rozłożyste, silne.
Z każdym rokiem jego gałęzie sięgały coraz wyżej, a korzenie coraz głębiej wchodziły w ziemię.
Drzewo miało wszystko, czego mogło pragnąć – cień dla wędrowców, gniazda dla ptaków, śpiew wiatru w liściach.

A jednak coś w nim było niespokojne.
Każdej jesieni, gdy wiatr przynosił chłód, drzewo z całych sił trzymało swoje liście.
Nie chciało ich oddać.
„To moje” – szeptało. – „Bez nich będę nagie. Słabe. Puste.”

Wiatr próbował je przekonać:
– Nie bój się. To tylko cykl. Gdy puścisz, przyjdzie nowe.
Ale drzewo nie słuchało.
Trzymało mocno. Tak długo, aż liście same odpadały, pożółkłe i zmęczone, a ono zostawało ze smutkiem w koronie.

Pewnego roku wiatr nie przyszedł.
Zapanowała cisza.
Drzewo nie musiało się już bronić – i właśnie wtedy, w tej ciszy, poczuło zmęczenie.
Zrozumiało, jak wiele energii kosztowało je ciągłe trzymanie.

I wtedy pierwszy liść sam odpadł – lekko, bez bólu.
Za nim drugi, trzeci, a potem setki innych zatańczyły w powietrzu jak złote iskry.
Drzewo patrzyło, jak liście opadają na ziemię, i po raz pierwszy poczuło ulgę.

„Nie znikają” – pomyślało. – „Wracają do ziemi, z której przyszły.”

Z każdym opadającym liściem robiło się mu lżej.
Nie było już nagie – było prawdziwe.
Nie słabe – ale wolne.

A kiedy nadeszła wiosna, w miejscu, gdzie puściło najwięcej, wyrosły nowe, najpiękniejsze pędy.

Czasem trzeba pozwolić odejść, by zrobić miejsce temu, co naprawdę chce przyjść.

Dziewczynka, która przestała się bać nocyByła sobie dziewczynka, która bała się nocy. Kiedy tylko zapadał zmrok, zasłani...
11/10/2025

Dziewczynka, która przestała się bać nocy

Była sobie dziewczynka, która bała się nocy.
Kiedy tylko zapadał zmrok, zasłaniała okna i zapalała wszystkie lampy w domu.
Nie lubiła cienia — wydawał jej się groźny, obcy, zimny.
Każdego wieczoru powtarzała:
„Gdybym mogła, zatrzymałabym dzień na zawsze.”
Ale pewnej nocy, gdy światło zgasło zupełnie, a żadna lampa nie chciała się zapalić, dziewczynka usiadła na łóżku i poczuła coś nowego — ciszę.
Nie była to cisza pusta.
Była miękka, głęboka, otulająca.
W tej ciszy usłyszała szept:
– Dlaczego się mnie boisz?
Rozejrzała się, ale nikogo nie było.
– Kim jesteś? – zapytała drżącym głosem.
– Jestem nocą – odpowiedział szept. – Tą częścią ciebie, której nie chcesz widzieć.
Dziewczynka zamilkła.
– Ale jesteś taka ciemna… – powiedziała.
– Bo w moim cieniu odpoczywa twoje światło – odpowiedziała noc. – Gdybyś nigdy nie spała, nie miałabyś siły, by się obudzić.
Zrozumiała.
Patrzyła, jak w ciemności pojawiają się małe błyski — nie lampy, ale gwiazdy.
I poczuła, że nie są jej wrogie. Że świecą właśnie dlatego, że wokół jest noc.
Od tamtej pory już nie zasłaniała okien.
Czasem siadała w mroku i szeptała:
„Dziękuję, że jesteś.”
Bo zrozumiała, że światło i cień nie walczą — one tańczą razem.
Jak oddech. Jak dzień i noc. Jak życie i spokój.

Nie bój się swoich cieni. To tam najczęściej odpoczywa twoje światło.

Bajka  o CzasieDawno, dawno temu – a może całkiem niedawno – żyła sobie rodzina, w której każdy gdzieś się spieszył. Mam...
09/10/2025

Bajka o Czasie
Dawno, dawno temu – a może całkiem niedawno – żyła sobie rodzina, w której każdy gdzieś się spieszył.
Mama spieszyła się do pracy, tata spieszył się z pracy, dzieci spieszyły się dorosnąć.
Wszyscy biegli, bo bali się, że czasu zabraknie.
A czas biegł razem z nimi.
Coraz szybciej i szybciej.
Czasami potykał się o ich kalendarze, gubił minuty w korkach i łapał oddech między kolejnymi „muszę”.
Pewnego dnia tata powiedział:
– Musimy go znaleźć. Musimy znaleźć czas.
I tak zaczęli szukać.
Za szafą, w szufladzie, między obowiązkami.
Ale im bardziej szukali, tym bardziej im uciekał.
Aż pewnego wieczoru tata po prostu usiadł w fotelu.
Nie z planem, nie z celem.
Po prostu usiadł, bo już nie miał siły gonić.
I wtedy stało się coś niezwykłego.
Zegar w kącie pokoju zwolnił, a z jego wahadła wyszedł mały skrzat.
Miał brodę z promieni światła i oczy, w których odbijało się niebo o zmierzchu.
– Szukasz mnie? – zapytał cicho.
– Szukam czasu – odpowiedział tata. – Ale im bardziej się staram, tym mniej go mam.
Skrzat uśmiechnął się.
– Wiem. Bo kiedy ty pędzisz, ja muszę pędzić razem z tobą. I bardzo się wtedy męczę.
Czas też potrzebuje odpocząć.
– Ty? Odpocząć? – zdziwił się tata.
– Tak – przytaknął skrzat. – Lubię, gdy ktoś siada spokojnie i nic nie musi. Wtedy ja też mogę się zatrzymać.
Wtedy znowu oddycham.
Bo to wy, ludzie, nadajecie mi tempo.
Kiedy się spieszycie – biegnę.
Kiedy się zatrzymujecie – ja też przystaję.
I wtedy naprawdę jestem.
Tata długo patrzył na skrzata, który bujał się delikatnie na wahadle zegara.
Po raz pierwszy od dawna poczuł spokój.
Od tamtej pory czas w ich domu płynął inaczej.
Nie szybciej, nie wolniej – po prostu prawdziwie.
Bo zrozumieli, że czas nie jest czymś, co się ma.
Czas jest kimś, kto żyje tak, jak my żyjemy.
A skrzat często siadał na ramieniu taty, gdy ten pił herbatę, i szeptał:
– Dziękuję, że dziś znów pozwoliłeś mi odpocząć.

🕊️ Czas nie ucieka. To my czasem biegniemy zbyt szybko, by go zauważyć.

05/10/2025
O łagodności wobec siebie W świecie, który premiuje tempo, skuteczność i produktywność, łatwo zapomnieć, że człowiek pot...
05/10/2025

O łagodności wobec siebie

W świecie, który premiuje tempo, skuteczność i produktywność, łatwo zapomnieć, że człowiek potrzebuje również przestrzeni na odpoczynek, zatrzymanie i niedoskonałość.
Łagodność wobec siebie nie oznacza rezygnacji z rozwoju. To raczej umiejętność zauważenia, że droga wzrostu nie zawsze jest liniowa że w trudniejszych chwilach potrzebujemy zrozumienia, a nie krytyki.
Być łagodnym wobec siebie to pozwolić sobie na bycie człowiekiem. Na gorszy dzień, na chwilę zwątpienia, na odpoczynek od ciągłego „muszę”.
Czasem największym krokiem w stronę wewnętrznego spokoju jest po prostu powiedzieć sobie:
Dziś zrobiłem tyle, ile mogłem. I to wystarczy.

Łagodność wobec siebie to nie słabość — to forma dojrzałości i mądrości.

Z ogromną radością dzielę się z Wami kolejnym ważnym krokiem na mojej drodze rozwoju zawodowego, który pozwala mi pracow...
23/05/2025

Z ogromną radością dzielę się z Wami kolejnym ważnym krokiem na mojej drodze rozwoju zawodowego, który pozwala mi pracować z jeszcze większą świadomością, kompetencją i odpowiedzialnością.
Dziękuję wszystkim uczestnikom tego kursu – Wasza obecność, zaangażowanie i otwartość były dla mnie prawdziwą inspiracją i wspaniałą przygodą. To dzięki takim doświadczeniom mogę nieustannie poszerzać swoje umiejętności i podnosić jakość mojej pracy.
Przede mną jeszcze wiele nauki, ale ten etap przybliża mnie do zdobycia certyfikatu psychoterapeuty, który jest moim celem i marzeniem. Cieszę się, że mogę dzielić się z Wami tym ważnym momentem.
Dziękuję, że jesteście ze mną.

Adres

B. Chrobrego 1, I Piętro, Gabinet Nr 1
Strzelce Krajenskie
66-500

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 09:00 - 18:00
Wtorek 09:00 - 18:00
Środa 09:00 - 18:00
Czwartek 09:00 - 18:00
Piątek 09:00 - 18:00

Telefon

+48786042800

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Klinika Umysłu Gabinet terapeutyczny Agnieszka Skotarczak umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Kategoria