Krzysztof Jaźwiec - terapeuta uzależnień, autor

Krzysztof Jaźwiec - terapeuta uzależnień, autor Od kilkunastu lat zajmuję się pomaganiem osobom uzależnionym, ale także ich bliskim, w poradzeniu sobie z uzależnieniem. tel. 663 040 333

Prowadzę terapię dochodzącą i online na poziomie podstawowym, rozszerzonym, a także związaną z rozwojem osobistym.

PICIE MIMO SZKÓD  Większość osób patrzących na osobę nadmiernie pijącą zadaje sobie uzasadnione pytanie: Jak to się dzie...
22/08/2025

PICIE MIMO SZKÓD
Większość osób patrzących na osobę nadmiernie pijącą zadaje sobie uzasadnione pytanie: Jak to się dzieje, że problemy, szkody spowodowane piciem nie powstrzymują alkoholików i mimo szkód piją nadal. Ba, mało tego, większość ludzi nadużywających alkoholu dokładnie tak samo postrzega innych pijących.
Dlaczego więc w odniesieniu do siebie samych nie zadają sobie takiego pytania?
Z prostego powodu – mechanizm iluzji i zaprzeczania „karze” im oddzielić picie od problemów. Odpowiadają sobie i innym – „tak, mam problemy, ale to nie ma nic wspólnego z piciem!”.
I tak na przykład przy problemach zdrowotnych: „mam problemy z ciśnieniem, tętnem, ale to po mamie, po dziadku – to u mnie genetyczne” albo „miałem problemy z żołądkiem jeszcze zanim zacząłem dużo pić”.
To oczywiście może być prawda, jednak alkohol – jako silna trucizna – może nie tylko wywoływać choroby, ale także pogłębiać choroby już istniejące, a na pewno znacząco utrudniać ich leczenie! I tak alkoholicy albo unikają lekarzy, żeby broń Boże nie dowiedzieć się, że powinni zrezygnować z alkoholu, albo uprawiają „turystykę medyczną”, żeby leczyć się na wszystko, tylko nie na alkoholizm, nierzadko wciągając w to osoby współuzależnione.
Jeśli chodzi o problemy zawodowe, nieobecności w pracy, konieczność nadrabiania zaległości, itp. tłumaczą tym, „że przecież robię to co do mnie należy”, a że nie ponoszę konsekwencji, no to przecież nic się nie stało. Ci, którzy już te konsekwencje mają: zwrócenie uwagi, nagana, zwolnienie z pracy – prawie zawsze winą obarczają innych, bo „szef upierdliwy” albo ktoś „uwziął się na mnie”, „klient ma nadmierne oczekiwania” itd. Warto zauważyć, że alkoholicy, będąc jeszcze w fazie wysoko funkcjonującej, często starają się stworzyć wokół siebie aurę niezastąpionego fachowca, bez którego trudno będzie sobie poradzić, co z kolei powoduje „przymykanie oczu” na ich wybryki.
Konflikty z prawem – „tak, zdarzyło mi się jechać na kacu, a czasem może nawet po wypiciu, ale mnie nie złapali” albo „tylko do osiedlowego sklepu”; „napiłem się, gdy byłem z dziećmi, a żony nie było, ale dzieci już spały”. A skoro nie zostało to ujawnione, to konfliktu z prawem nie było. No nie – konflikt z prawem jest wtedy kiedy występuje, a nie dopiero wtedy, kiedy kogoś złapią. Złodziej staje się złodziejem w momencie kradzieży, a nie gdy zostanie to ujawnione!!
Ci, którzy zostali złapani mówią: „miałem pecha”, „nieszczęśliwy przypadek”, „trudno, zdarzyło się”, nadal nie widząc konieczności zaprzestania picia!
No i oczywiście szkody społeczne, w tym rodzinne, polegające przede wszystkim na rozluźnieniu, a później rozpadzie więzi, nie wypełnianiu ról rodzinnych. Alkoholik jest „stworzony do wyższych celów”, nie ma czasu i siły zajmować się obowiązkami domowymi, jeśli zarabia, to spełnia już ten podstawowy obowiązek głowy rodziny, a resztę muszą sobie sami ogarnąć. Tutaj też często buduje schemat zależności, polegający na tym, że jest głównym żywicielem rodziny i faktycznie rodzinie często trudno jest wyjść z tej zależności, bo zostaliby bez środków do życia.
Ale również kontakty przyjacielskie, czy koleżeńskie, też ulegają rozluźnieniu, zostają tylko koledzy i koleżanki „od kieliszka”, a z czasem, gdy rozpoczyna się picie w samotności, zanikają prawie do zera.
Alkoholicy często narzekają, że wszyscy ich opuścili „są niewdzięczni, bo tyle dla nich zrobiłem”, a wszelkie próby zwrócenia uwagi na problem i chęć pomocy traktują jak atak, złośliwość i tym bardziej ograniczają takie kontakty.
Prawdą jest, że to nie ludzie odsuwają się od alkoholików, to alkoholicy odsuwają się od ludzi.
Oczywiście są jeszcze szkody materialne, moralne (wstyd, poczucie winy), utrata zainteresowań, czy sposobów spędzania czasu, nie związanych z alkoholem itd. itp.
Właściwie we wszystkich obszarach życie te szkody są widoczne, bo nadrzędną wartością staje się alkohol, a reszta musi poczekać w kolejce!
Jak można pomóc alkoholikowi – nie dajmy się wciągnąć w jego iluzje, fałszywe przekonania i minimalizowanie. Nazywajmy sprawy po imieniu, uprzejmie – ale konkretnie i jednoznacznie, bez „owijania w bawełnę”! Ważne, żeby to był krótki komunikat. Robienie wykładów, czy wchodzenie w dyskusję nic dobrego nie robi, bo alkoholik robi wszystko, żeby odbić piłeczkę, ale przemilczy wykład, uznając go jako zrzędzenie i przejdzie nad nim do porządku dziennego.
Krótki komunikat – to alkoholik ma sam zrobić sobie refleksje, a nie my za niego!

więcej w książce: "ESENCJA ALKOHOLIZMU. DEFICYT BLISKOŚCI"

Krzysztof Jaźwiec - autor książki: "ESENCJA ALOKOHOLIZMU. DEFICYT BLISKOŚCI" PICIE MIMO SZKÓD Większość osób patrzących na osobę nadmiernie pijącą zadaje so...

20/08/2025

NA CZYM POLEGA UTRATA KONTROLI NAD ALKOHOLEM?

Większość osób pijących ma przekonanie, że skoro nie upijają się za każdym razem, nie „nurkują w sałatkę”, film im się nie urywa, nie śpią w rowie itd. – to jest to dowód, że mają kontrolę, a co za tym idzie - nie są alkoholikami.
Tymczasem utrata kontroli zaczyna się od stosunkowo błahych zdarzeń, które jednak z czasem już takie błahe nie są. To powoduje przekraczanie kolejnych granic, kolejne normy naginamy, a z czasem nasz system wartości ulega modyfikacji, dostosowujemy go do nowego stylu picia.

Po czym więc poznać, że tracimy kontrolę nad alkoholem? Otóż są dwa główne objawy, które powinny nas skłonić do refleksji na ten temat:

• Pierwszy z nich to picie, mimo postanowienia, że pić nie będziemy.
Chodzi o sytuację, w której np. rano postanawiamy, że dzisiaj nie będziemy pić, bo obiecaliśmy żonie/mężowi, mamy coś ważnego do załatwienia, chcemy po pracy zrobić coś, co wymaga trzeźwości, a w ciągu dnia zmieniamy zdanie i jednak sięgamy po alkohol.
Sięgamy z powodu natknięcia się na jakiś wyzwalacz – np. spotkamy kolegę, który zaproponuje piwo lub drinka, albo sięgamy po alkohol z powodu silnych emocji spowodowanych jakąś sytuacją. Z czasem zaczynamy używać określeń: „przez niego się napiłem, bo nie wypadało odmówić”, „przez trudną sytuację się zestresowałem, nerwy mi puściły i musiałem się napić” itd. W miarę rozwoju uzależnienia coraz bardziej błahe powody stają się pretekstem do złamania zadeklarowanej abstynencji.
W tym przypadku nie ma znaczenia, czy napiłem się „tylko” jeden kieliszek, jedno piwo, czy lampkę wina! Miałem się nie napić, a napiłem się, a to jest dowód na to, że straciłem umiejętność dokonywania wyboru co do utrzymywania abstynencji!

• Drugi objaw utraty kontroli dotyczy ilości wypijanego alkoholu. Jednak nie chodzi tu o to, czy jest to pół litra, czy butelka wina. Bardziej chodzi o złamanie własnego postanowienia, co wypijanej ilości.
Mówię sobie np.: „wypiję dziś jedno piwo, jednego drinka, czy jeden kieliszek wina przed snem, a kończy się na kilku piwach, pół litra wódki, czy butelce wina.
Pierwszy kieliszek/drink/piwo, czy cokolwiek innego z alkoholem powoduje, że tracę kontrole i wypijam dużo więcej.
Osoby, którym się to zdarza tłumaczą się, że przecież to nie zdarza się zawsze, że czasami to każdy może przesadzić. I na początku tak jest, jednak z czasem ta utrata kontroli następuje coraz częściej i ten nowy styl picia staje się nową normą. I tak jak kiedyś ta utrata kontroli następowała jeden raz na dziesięć, to na końcu występuje dziewięć razy na dziesięć.
Ten jeden raz nie, no bo przecież trzeba od czasu do czasu udowodnić sobie i światu, że przecież mam kontrolę. Nawet zaawansowany alkoholik jest w stanie np. iść na imprezę i się nie napić. Co się dzieje później – po imprezie, następnego dnia – to już inna sprawa. Ważne, że udowodnił, że może się nie napić, podtrzymać iluzję kontroli.

• U osób, dla których te objawy nie są wystarczającym hamulcem, żeby zaprzestać pić, powstaje trzeci objaw – upijanie się do odcięcia/urwanego filmu i to często w momentach najmniej odpowiednich, ale o tym może przy innej okazji...

www.krzysztofjazwiec.pl

Moi Drodzy  :)Uruchomiłem konto na TikToku i mam zamiar pojawiać się na nim w miarę systematycznie z ważnymi kwestiami, ...
18/08/2025

Moi Drodzy :)
Uruchomiłem konto na TikToku i mam zamiar pojawiać się na nim w miarę systematycznie z ważnymi kwestiami, dotyczącymi uzależnień.
Jeśli chcielibyście mi towarzyszyć, to zapraszam serdecznie do obserwowania mojego profilu.
https://www.tiktok.com/?lang=pl-PL
:)

ma 3 obserwujących, obserwuje 54 i ma 0 polubień. Obejrzyj świetne filmiki użytkownika Borsuk

➡ https://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/nie-ma-czegos-takiego-jak-bezpieczne-picie-alkoholu/ Jedyna różnica ...
15/08/2025

https://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/nie-ma-czegos-takiego-jak-bezpieczne-picie-alkoholu/
Jedyna różnica między alkoholem a innymi narkotykami polega na tym, że alkohol jest legalny. Ani przedstawiciele rządu, ani pracownicy przemysłu alkoholowego z oczywistych powodów nie chcą, żeby alkohol był postrzegany jako narkotyk.

David John Nutt – brytyjski psychiatra i psychofarmakolog, profesor w Imperial College London. W swoich badaniach zajmuje się tematyką uzależnień, lęku i snu. Pracował jako doradca brytyjskich ministerstw: obrony, zdrowia oraz spraw wewnętrznych. Od 2008 roku był przewodniczącym rządowej Komisji Doradczej ds. Nadużywania Narkotyków (ACMD).

https://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/nie-ma-czegos-takiego-jak-bezpieczne-picie-alkoholu/
Jedyna różnica między alkoholem a innymi narkotykami polega na tym, że alkohol jest legalny. Ani przedstawiciele rządu, ani pracownicy przemysłu alkoholowego z oczywistych powodów nie chcą, żeby alkohol był postrzegany jako narkotyk.

12/08/2025
MODA NA NIEPICIE – NOWOŚĆ, CZY POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI? Często ostatnio mówi się o swoistej modzie na nie używanie alkohol...
09/08/2025

MODA NA NIEPICIE – NOWOŚĆ, CZY POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI?
Często ostatnio mówi się o swoistej modzie na nie używanie alkoholu, rezygnacji z substancji zakłócającej możliwość naturalnej, świadomej zabawy, relaksu, wypoczynku, czy po prostu wspólnego spędzania czasu.
Oczywiście to bardzo dobrze, że ludzie uczą się bawić, relaksować i być ze sobą bez alkoholu i myślę, że wcale nie dotyczy to tylko pokolenia Z.
Jednak nie uogólniałbym tego, że to przekazywanie wzorca było głównym powodem, że przestaliśmy umieć się bawić. Ja zdecydowanie nie jestem żadnym z młodych pokoleń, a mówiąc wprost - jestem Boomerem i doskonale pamiętam te czasy lat 70-tych i 80-tych. Oczywiście, często "zabawa" kojarzyła się z alkoholem, jednak równie często ludzie spotykali się na festynach rodzinnych, jeździli w niedziele do Zegrza, zrelaksować się nad wodą, popływać kajakiem, pograć w siatkówkę albo zimą na kulig do Puszczy Kampinoskiej, na narty, na sanki z dziećmi. Z żoną i paczką znajomych chodziliśmy na kurs tańca, z przyjacielem grywałem w ping-ponga, badmintona. Potrafiłem wyjechać na wczasy i nie pić, żeby alkohol nie psuł mi wypoczynku, z pokoleniem moich rodziców spotykaliśmy się na działkach itd. itp.
Owszem, alkohol czasem się pojawiał, może nawet dość często, bo przyzwolenie na picie było wtedy dość duże, jednak dla większości ludzi nie w takich ilościach, żeby być w centrum zabawy. Był raczej dodatkiem, z którego jednak stosunkowo łatwo można było zrezygnować.
A mimo to w wieku 30 lat zacząłem sięgać po alkohol w ilościach znacznie przekraczających umiar i rozsądek i stałem się alkoholikiem - nie z powodu przekazanego wzorca, z powodu napięcia, z którym nie umiałem sobie poradzić! Dla mnie trzeźwienie nie jest i nie było modą pokolenia Z, a powrotem do wartości i wzorców, które miałem w młodości jako Boomer.
Ja widzę główny powód rozwoju uzależnienia w młodszych pokoleniach (X, Y) w zupełnie innym miejscu, a mianowicie w nieumiejętności komunikowania się, budowania relacji, tych zwykłych – koleżeńskich i tych głębszych – przyjacielskich. Rozwój technologii telekomunikacyjnych, który z założenia miał ułatwiać relacje międzyludzkie, w rzeczywistości ułatwił tylko ich ilość, jednak stało się to kosztem jakości tych relacji. Są one bardzo słabe!
Kiedyś ludzie uczyli się od dzieciństwa nawiązywania kontaktów, chodzili pieszo do szkół, spotykali się z rówieśnikami z całej wsi lub w miastach na osiedlowych podwórkach. Uczyliśmy się rozmawiać, wymieniać poglądy, dawać sobie rady, przekazywać nie tylko suchy tekst, ale także „mowę ciała”.
To są te wzorce, które przekazywali Boomersi, a później przyszła technologia i schowaliśmy się za ekranami komputerów i telefonów, udając brak zasięgu, czy niesprawność sprzętu, gdy nie wiemy co odpowiedzieć, jak zareagować!
Popatrzcie na komentarze pod postami – zdecydowana większość z nich, to pół-zdaniowe krytyczne albo obraźliwe oceny, nie koniecznie odnoszące się do treści postów. Ponad połowa dotyczy tytułu posta lub zdjęcia, bo niewielu zechce zagłębić się w treść, jeśli ma więcej niż jedno zdanie. Oczywiście każdy ma wybór – może czytać albo nie. Ale po co komentuje, skoro nie przeczytał?! No właśnie – jakość nie ważna, ważne, żeby zabłysnąć.
Więcej w książce: "ESENCJA ALKOHOLIZMU. DEFICYT BLISKOŚCI"
www.krzysztofjazwiec.pl

CZY NAWROTY SĄ WPISANE W CHOROBĘ ALKOHOLOWĄ? Po drugiej, nieskutecznej próbie z esperalem zdałem sobie sprawę z oczywist...
27/07/2025

CZY NAWROTY SĄ WPISANE W CHOROBĘ ALKOHOLOWĄ?
Po drugiej, nieskutecznej próbie z esperalem zdałem sobie sprawę
z oczywistej rzeczy – problemem alkoholika nie jest zaprzestanie
picia, a przerwa w sięganiu po trunek nie powoduje cofnięcia choroby do wcześniejszego, akceptowalnego poziomu. Wtedy po raz pierwszy na poważnie zdałem sobie sprawę, że jedyną skuteczną ochroną przed uzależnieniem jest całkowita rezygnacja z alkoholu, a więc abstynencja.
Wtedy to postanowiłem skorzystać z terapii stacjonarnej,
w ośrodku, który polecił mi wcześniejszy terapeuta. Skoro uznał,
że terapia dochodząca nie będzie skuteczna, poddałem się jego sugestii bez wahania i nawet nie sprawdzałem opinii o tym ośrodku – po prostu wiedziałem, że nie poleciłby mi byle czego.
Wiecie, ile wróbelków pozostanie na dachu, jeśli były trzy, a je
den postanowił odfrunąć?
Otóż – w dalszym ciągu trzy, bo on tylko postanowił, ale nie
odleciał.
Tak samo było z moim postanowieniem. Mniej więcej pół roku
potrzebowałem, żeby w końcu do ośrodka dotrzeć – bo ważny
okres w pracy, bo obiecałem partnerce fajny urlop, bo przecież nie
piję i chyba daję sobie radę, bo… dużo było tych „bo”, żeby tylko
odwlec tę decyzję jak najdalej.
W końcu jednak dotarłem, po absolutnie destrukcyjnym trzy
tygodniowym ciągu!
Te trzydzieści dni spędzone na leczeniu dały mi czas nie tylko na
zatrzymanie picia, wytrzymać miesiąc bez alkoholu umiałem już
wcześniej. Nie chodziło również o wiedzę, bo zdobyłem ją w trakcie
terapii dochodzącej i w Internecie. Znałem teorię, i umiałem po
wstrzymać się od nałogu na jakiś czas, jednak kompletnie nie po
trafiłem przekuć jej w praktykę, odnieść do siebie, nie rozumiałem
własnego uzależnienia. Miałem czas, żeby spojrzeć na życie trochę
z boku, z innej perspektywy (przy pomocy terapeutów i informacji
zwrotnych od innych uczestników zajęć) i zastanowić się, jak wyjść
z chaosu, który przez ostatnie lata sobie wyprodukowałem.
Moje życie wymagało zmiany, a ponieważ chaos był duży, nie
była to bułka z masłem. Moi terapeuci mówili, że nie jestem gotowy, że powinienem zostać dłużej, ale ja oczywiście wiedziałem
lepiej, w końcu jestem wykształconym, dość inteligentnym człowiekiem – umiem wyciągać wnioski i decydować, co jest dla mnie dobre. Postawiłem na swoim – wyszedłem – i po trzech tygodniach poległem. Po tygodniowym ciągu wróciłem do ośrodka…
Jak pisałem wcześniej, tata dziwił się, po co tam jadę, skoro to
nieskuteczne, a żona – no cóż, straciła wiarę i zaufanie do mnie
już całkiem. Chociaż myślę, że za pierwszym razem ona wierzyła
w sukces, bo miała zaufanie nie tyle do mnie, co do terapii i terapeutów.
Po tym drugim pobycie moje nastawienie się zmieniło. Z większą pokorą stosowałem się do zaleceń, regularnie odwiedzałem
terapeutę, żeby omówić bieżące problemy, z którymi się borykałem, no i zacząłem od czasu do czasu uczestniczyć w spotkaniach
Anonimowych Alkoholików. W trakcie terapii też uczestniczyliśmy
w takich spotkaniach i podobało mi się, że niepijący (niektórzy już
wiele lat), dzielili się doświadczeniami. Poza tym ważny dla mnie
był także inny aspekt, mogłem być wśród ludzi, przed którymi ni
czego nie musiałem udawać, no i też potrzebowałem niepijącego
towarzystwa.
Ale skąd je wziąć, szczególnie w Krakowie? Moja rodzina, przyjaciele zostali w Warszawie, a tu w Krakowie nie miałem po prostu żadnych znajomych. Owszem żona miała swoją ekipę, ale ponieważ było to imprezowe towarzystwo, nie bardzo mogłem z tych znajomości skorzystać, szczególnie że było to na początku mojego trzeźwienia.
To jednak spowodowało, że zacząłem spotkania AA traktować
jak spotkania towarzyskie, niekoniecznie wynosząc z nich to, co
mogłoby być pomocne w trzeźwieniu.
Niby wszystko szło dobrze, a jednak co trzy, cztery miesiące zapijałem, zawsze bardzo zgubnie. To w tym pierwszym roku po terapii straciłem prawo jazdy, rozstaliśmy się z żoną (wtedy moją partnerką) na trzy miesiące, bo uznała już własną bezsilność, a sama, z powodu moich zachowań miała poważne problemy emocjonalne.
Wtedy to zwiedziłem izby wytrzeźwień, tę krakowską i warszawską, wpadłem w problemy finansowe, zrezygnowałem z pracy, a nowej nie miałem – mój stan psychiczny stale się pogarszał.
Czy były to nawroty – myślę, że nie. Mimo iż okresy abstynencji
były względnie długie i porównując moje picie rok do roku, można by było powiedzieć, że piłem dużo rzadziej, to jednak poziom
bałaganu, jaki powstał wtedy w moim życiu, pogłębił się bardziej
niż przez piętnaście lat wcześniejszego tkwienia w nałogu. To była
po prostu lawina, katastrofa!
Nadal nie trzeźwiałem, miałem tylko dłuższe okresy abstynencji.
Byłem suchy, ale nie trzeźwy!
Gdy trzej koledzy z terapii obchodzili swoje pierwsze rocznice
trzeźwości, ja byłem w ostatnim trzytygodniowym ciągu. Po od
stawieniu alkoholu dojście do względnie normalnego stanu psychofizycznego zajęło mi kolejne dwa tygodnie. Poszedłem do terapeuty, z pytaniem, czy powinienem kolejny raz przyjść na terapię?
„Możesz – odpowiedział – tylko po co? Przecież ty już wszystko
wiesz, niczego więcej się nie dowiesz, nie będziesz trzeźwy, jeśli nie
będziesz stosował się do zaleceń!”
Byłem zły na niego – dlaczego? – bo miał rację. Wybierałem
zalecenia terapeutyczne, które mi odpowiadały i łatwo było je
wprowadzić w życie, a inne, które mi nie pasowały, zostawiałem
na później, na lepsze czasy.
Musiałem jednak uznać, że kolejność powinna być odwrotna.
Najpierw powinienem stworzyć nowy, protrzeźwościowy sposób
życia, szczególnie emocjonalnego, żeby te lepsze czasy w ogóle mogły nadejść.
Zapytałem doświadczonego kolegę z AA, czy może powinienem
przerabiać program (kroki AA), bo słyszałem, że inni przerabiają.
Roześmiał się: „Jakie kroki? Zrób najpierw pierwszy krok, uznaj
swoją bezsilność wobec alkoholu i że nie kierujesz własnym życiem, dopiero wtedy przyjdzie czas na dalsze kroki”.
Cóż mi pozostało? Nie chciałem szukać innych terapeutów, kolejnego ośrodka, nie chciałem też pić. Postanowiłem, że zacznę – tym razem bardzo regularnie – chodzić na spotkania AA, minimum
trzy razy w tygodniu. Postanowiłem i chodziłem, czasem nawet
częściej. Tym razem realizowałem postanowienie, choć nie zawsze
było to łatwe, bo prawa jazdy nie miałem, żona nie chciała mnie
wozić, nie wierzyła w moje trzeźwienie, a że mieszkam na obrzeżach Krakowa, dotarcie na spotkanie nie zawsze było łatwe i proste.
Autobusy i pociągi jeździły wtedy bardzo rzadko i zdarzało się, że
wychodziłem z domu o trzynastej, a wracałem po dziesiątej wieczorem, po to tylko, żeby być na dwugodzinnym spotkaniu w grupie AA, która mi odpowiadała. Godziny spędzone na przystankach w deszczu albo na dwudziestostopniowym mrozie też nie należały do przyjemności. Czasem koledzy podwozili mnie w jakieś bardziej dogodne miejsce, wtedy było łatwiej, a to też dawało mi dodatkową motywację, no bo skoro się z kimś umówiłem, to wypadało skorzystać z oferowanej pomocy, nawet jeśli się nie chciało. Czasem jeździłem też busikami, które kursują dużo częściej niż autobusy (chociaż nie aż tak często jak dzisiaj), jednak rzadko, bo z powodu finansowej katastrofy, niejednokrotnie nie miałem tych dwóch złotych i pięćdziesięciu groszy na przejazd. Autobusem czy pociągiem jeździłem na gapę, czasem przesiadając się na stacjach pośrednich z wagonu do wagonu, żeby ominąć konduktora.
Wtedy już trzymałem się postanowienia, bez względu na wszystko.
Z czasem też żona zobaczyła, że zależy mi na trzeźwości. Ciągle
była pełna obaw i lęku, nie miała zaufania, jednak zaczęła znowu jeździć ze mną na otwarte mityngi AA. Było mi łatwiej, a też
dzięki temu razem zyskaliśmy grono wielu życzliwych znajomych.
Razem – nie, że ja miałem własne grono, a ona swoje. Wiedziała,
dokąd jeżdżę i z kim się spotykam, a niektóre przyjaźnie zawarte
w tamtym okresie przetrwały do dzisiaj, również na prywatnym
gruncie, poza Wspólnotą AA.
I tak oto dotrwałem do pierwszej rocznicy trzeźwości, najdłuższe
go okresu bezwzględnej abstynencji w całym moim dorosłym życiu.

Więcej w książce: "ESENCJA ALKOHOLIZMU. DEFICYT BLISKOŚCI"
www.krzysztofjazwiec.pl
https://www.youtube.com/channel/UC7JNM9jcpSoPf5PKtbZbQow

CZY ALKOHOLIK MOŻE KONTROLOWAĆ PICIE? W kwestii kontroli nad trunkami nie różniłem się zbytnio od większości alkoholików...
01/07/2025

CZY ALKOHOLIK MOŻE KONTROLOWAĆ PICIE?
W kwestii kontroli nad trunkami nie różniłem się zbytnio od większości alkoholików. Gdy zdałem już sobie sprawę, że moje picie jest problemem, upatrywałem rozwiązania w zdobyciu umiejętności
picia, czyli picia w taki sposób, żeby to nie zaburzało mojego funkcjonowania. I jak większość uzależnionych nie dopuszczałem do siebie myśli o rezygnacji z alkoholu w ogóle.
Zaczynałem od klasycznych sposobów. Robiłem postanowienia
o ograniczeniu liczby wypijanych trunków w tygodniu, pozwalając sobie na większe ilości tylko w weekendy, składałem obietnice,
przysięgi – niektóre nawet na piśmie. Gdzieś w szufladzie do dziś
te moje karteczki leżą, chociaż nigdy nie dotrzymywałem tych po
stanowień. Zawsze były one deklaracją, początkowo „dla świętego
spokoju” i żeby załagodzić gęstą atmosferę, później, gdy już chciałem z alkoholem się rozstać, były one szczere, sam w nie wierzyłem.
A ponieważ w nie wierzyłem, umiałem być bardzo przekonujący.
Cóż z tego, że były szczere, skoro były też bardzo krótkotrwałe. Po
pewnym czasie zmieniałem zdanie i porzucenie alkoholu na stałe
znowu jawiło mi się jako przesadzony środek, a ewentualne nowe
konsekwencje nałogu nie były już wystarczającym hamulcem.
Poza tym, nawet jeśli miałem świadomość, że po raz kolejny nie
dotrzymałem słowa, nie wypełniłem postanowienia, to i tak myślałem sobie, że jeśli nie przesadzę, to przecież zawsze te zasady
można trochę nagiąć. Udawało się sto razy, to kolejny raz też jakoś
się uda.
W pewnym momencie zamieniłem piwo na wódkę – bo doszedłem do wniosku, że rano jestem zmęczony i niewyspany, nie dlatego, że piję za dużo, ale dlatego, że siedzę z tym piwem zbyt długo i to
jest powód mojego ciężkiego rozruchu. Ta zamiana nawet przyniosła efekt, bo mocniejszy alkohol działał szybciej, wypijałem działkę i szedłem spać.
Wszystko byłoby dobrze, gdybym pozostał przy takich samych
dawkach, jednak z czasem, gdy tolerancja rosła, potrzebowałem
większej ilości, a to z kolei powodowało, że rano czułem się jeszcze gorzej. Doszły problemy z pamięcią. Może jeszcze wtedy film
mi się nie urywał, musiałem jednak bardzo wytężyć umysł, żeby
odtworzyć poprzedni wieczór, przejrzeć listę połączeń w telefonie,
popatrzyć na SMS-y i maile. Nie do końca pamiętałem, z kim, na
co i jak się umówiłem.
Stwierdziłem, że tak nie może być i wróciłem do piwa, bo choć pół
litra to to samo co pięćdziesiąt gram, a pół litra mocnego piwa, to tyle samo co sto gram wódki, to jednak pije się dłużej i efekt odcięcia nie następował, a w każdym razie nie tak szybko.
Z czasem nauczyłem się dawkować piwo przez cały dzień, w ta
kich ilościach, że byłem cały czas na rauszu, ale nie upijałem się
i mogłem w miarę „normalnie” funkcjonować. Dzisiaj wiem, że
nie funkcjonowałem normalnie, jednak wtedy bardzo w to wierzyłem, ba, nawet udawało mi się utrzymywać w tej iluzji moje
otoczenie (do czasu!).
Trwało to wiele lat, a dawki zwiększały się po trochu, stopniowo.
Gdy zaczynałem pić w takim stylu, było to 5–6 piw dziennie, a kilka lat później już 12–15 (oczywiście mocnych). Do dziś się dziwię,
gdzie mieściłem te 6–7 litrów płynu… Gdzieś po drodze, w momentach, w których traciłem kontrolę nie tylko nad alkoholem, ale także nad życiem – nie byłem w stanie działać, zebrać się do pracy, zawieźć czy przywieźć córki ze szkoły, wtedy pojawił się anticol.
To niby lekarstwo powodowało, że bałem się napić, żeby nie
spowodować konsekwencji zdrowotnych. Była to taka proteza psychologiczna, taki straszak, który miał skutecznie zapobiegać sięgnięciu po to pierwsze piwo, pierwszą małpkę, czy cokolwiek innego. Wymuszona kontrola, którą stosowałem później wielokrotnie.
Już sam do siebie straciłem zaufanie, a w związku z tym w momentach, kiedy miałem jakąś ważną rzecz do załatwienia, mu
siałem być dyspozycyjny, aplikowałem sobie anticol przez kilka
dni, a po odhaczeniu sprawy odstawiałem go i wracałem do picia.
Zresztą niejednokrotnie zdarzało mi się, że nie odczekałem wymaganych 48 godzin i zaczynałem pić wcześniej, co przeważnie
doprowadzało mnie do nagłego i bardzo dużego wzrostu ciśnienia,
a czasem nawet utraty przytomności. Strach przestawał działać,
a głód alkoholowy wygrywał z bojaźnią o zdrowie i życie.
I chociaż anticol pozornie był skuteczny, to jednak nie było gwarancji, że będę go zażywał systematycznie. Pojawił się wtedy pomysł, nie do końca mój, żeby wszyć sobie esperal, działający podobnie, ale uwalniający się przez cały rok. Takie jakby przymusowe dawkowanie, gdyż były to kapsułki zaszyte w ciele, a pozbycie się ich wymagało interwencji chirurgicznej.
Nie było mi jakoś trudno wytrzymać przez ten rok, nie myślałem też, że przestanę całkiem pić. Myślałem, że przecież nie jestem
już taki młody (wtedy byłem po czterdziestce), mój organizm przez
rok abstynencji się zregeneruje, no i trochę odzwyczai od dużych
ilości alkoholu, a wtedy na pewno będę mógł pić w sposób kontrolowany. Po kilku tygodniach wydawało mi się nawet, że zwyczajnie nie chcę alkoholu, nie wiążąc tego z esperalem (strach spadł do podświadomości, nie odczuwałem go na co dzień).
Piszę, że wytrzymałem, jednak nie do końca. Zaszyłem się ty
dzień po jednym z długich weekendów, no i za rok znowu był ten
długi weekend – akurat na tydzień przed końcem działania esperalu. „No, ale lekarz nie może przecież tak dokładnie wyliczyć, musi być jakiś margines bezpieczeństwa” – pomyślałem sobie – i już wtedy się napiłem. Trochę jednak się bałem, więc było tego niewiele. Gdy jednak przekonałem się, że nic mi nie jest, uznałem, że jestem bezpieczny i po trzech tygodniach piłem już tak, jak przed zaszyciem.
Pomyślałem: „OK, trudno, jeśli nie uda mi się pić w sposób kontrolowany, to najwyżej zaszyję się drugi raz”. I tak też zrobiłem,
ale drugi raz wytrzymałem już tylko około trzech miesięcy. Zacząłem od niewielkich ilości, nawet mimo skoków ciśnienia i utrat
przytomności, a potem, gdy substancja uwolniła się całkowicie,
mogłem już pić jak wcześniej.
Anticol i esperal pozwalały utrzymywać abstynencję, czasem
krócej, czasem trochę dłużej, jednak nie robiły niczego z moim
sposobem myślenia i psychiką. A przede wszystkim nie przyczyniły
się do zmiany celu – nadal było nim odzyskanie kontroli, nadal nie
rozważałem trwałej abstynencji jako skutecznego rozwiązania.
Nie chciałem się poddać, wciąż walczyłem z alkoholem!

Więcej w książce: "ESENCJA ALKOHOLIZMU. DEFICYT BLISKOŚCI"
www.krzysztofjazwiec.pl
https://www.youtube.com/channel/UC7JNM9jcpSoPf5PKtbZbQow

DLACZEGO JA? – PO DRUGIEJ STRONIEGdy poznałem moją obecną żonę, byłem czynnym alkoholikiem i to w fazie mocno zaawansowa...
24/06/2025

DLACZEGO JA? – PO DRUGIEJ STRONIE
Gdy poznałem moją obecną żonę, byłem czynnym alkoholikiem i to w fazie mocno zaawansowanej. Rozstawałem się właśnie z pierwszą małżonką. Nowa partnerka też była po przejściach i wydawało się, że wszystko jest w porządku, że ze wszystkim sobie poradzę. Dziś wiem, że nie było w porządku.
Moje rozstanie z pierwszą żoną i oznajmienie tego córkom było bardzo nie w porządku. Choć uważam, że decyzja była słuszna, to jednak sposób wprowadzenia jej w życie był po prostu pijany. Właśnie tak, to „marzeniowe planowanie”, pijackie planowanie, kazało mi myśleć, że wszystko jakoś samo się poukłada.
Na początku wydawało mi się, że jest OK. Ja mieszkałem w Warszawie, ona w Krakowie, nasza znajomość była głównie korespondencyjna, a w takim trybie ukrywanie uzależnienia nie było zbyt trudne. Gdy spotykaliśmy się w weekendy, nie byłem abstynentem, wypijałem po kilka piw – no, ale co w tym dziwnego, że facet po ciężkim tygodniu pracy, w weekend napije się trochę alkoholu? – trzymałem fason. Z czasem jednak traciłem kontrolę coraz bardziej, do tego stopnia, że po intensywnym piciu w tygodniu nie byłem w stanie w weekend wsiąść w samochód i pojechać do Krakowa. Początkowo tłumaczyłem to nadmiarem pracy, czy innymi obowiązkami, ale z czasem, gdy sytuacja pogarszała się, w końcu – w przypływie słabości (albo może siły) – przyznałem się do alkoholizmu. Reakcja mojej żony (wtedy dobrej znajomej) mnie zaskoczyła. Powiedziała, że to rozumie, że przecież każdy ma jakieś problemy. Jak się później dowiedziałem, pomyślała sobie nawet, że skoro tak, to dobrze się wpiszę w jej imprezowe towarzystwo. Czyli jednak nie rozumiała, nie miała pojęcia, na czym polega alkoholizm! Ale takie jej podejście uwolniło mnie od wstydu i wyrzutów sumienia, dało rozgrzeszenie i – niestety – także dalszy rozwój mojej choroby.
Gdy picie przeszło w fazę, w której przestałem już normalnie funkcjonować, moja żona wraz z moim tatą wpadli na pomysł „zaszycia mnie”, czyli wszycia esperalu – tym bardziej, że wyznałem im, iż kiedyś używałem anticolu (to taki esperal w tabletkach) i że działało. Kłama łem – nie było skuteczne, bo gdy chciało mi się bardzo pić, odstawiałem anticol i piłem! Nie chcę teraz rozpisywać się o tych metodach. Tak czy inaczej, współuzależnienie żony zaczęło się pogłębiać, umiała bezbłędnie rozpoznać, nawet przez telefon, kiedy byłem po alkoholu, a często nawet słyszała zmianę w moim sposobie mówienia, zanim jeszcze zacząłem pić. Kiedyś przyjechałem do Krakowa pociągiem, odebrała mnie z dworca i poczuła alkohol, choć ja oczywiście chciałem prowadzić. Upierałem się, że to, co poczuła, to piwo bezalkoholowe z pociągo wego bufetu. Nie uwierzyła – nie pozwoliła mi kierować i jeździ liśmy po mieście w poszukiwaniu drogówki, żebym sprawdził się alkomatem, a że akurat żadnego patrolu nie było, podjechaliśmy nawet pod komisariat, gdzie jednak okazało się, że wszyscy policjanci są w terenie – a komisariat zamknięty. Oczywiście już wy trzeźwiałem trochę z upływem czasu, trochę też dzięki adrenalinie i stresowi, że kłamstwo za chwilę wyjdzie na jaw. Nie wyszło, a ja szedłem w zaparte i upierałem się przy bezalkoholowym.
To oczywiście było jedno z mniej znaczących zdarzeń. Później przyszły o wiele bardziej drastyczne. Na przykład takie, gdy żona cudem znalazła mnie w hotelu, gdzie byłem o krok od zapicia się na śmierć, po zaaplikowaniu trzy razy trzech czwartych litra wódki w ciągu 4–5 godzin. Sprowadzony wtedy lekarz kilka godzin walczył o moje życie, gdy ona mogła tylko bezsilnie się przyglądać i czekać na efekt. Innym razem musiała wciągnąć mnie za fraki, gdy próbowałem wyjść przez okno z piątego piętra do sklepu po piwo, bo nie chcieli wypuścić mnie z domu. Na szczęście dla mnie żona od początku korzystała z terapii i uczestniczyła wraz ze mną w otwartych mitingach AA, później także Al-Anon. Wiedziała, jak pomagać i jak mi nie pomagać, to drugie było nawet ważniejsze. Bywało, że ja zapijałem, a koledzy alkoholicy wyciągali moją żonę na mityng, żeby mogła wyrzucić z siebie emocje i poczuć, że ktoś ją rozumie. Powodowało to zresztą wielkie zdziwienie mojej teściowej, która zadawała pytanie: „Krzysiek pije, a ty idziesz do tych pijaków – po co?”. Nie rozumiała, wręcz nie mogła tego pojąć. Podobnie mój tata, nie rozumiał uzależnienia, nie wiedział i nie chciał wiedzieć, co to jest AA. Nie widział też powodu, bym po raz kolejny jechał na terapię stacjonarną, skoro już przecież tam byłem i okazało się to nieskuteczne. Gdy, będąc w Warszawie, zmierzałem na spotkanie AA, które odbywało się w przykościelnej salce, to było dla niego w porządku, bo w jego wyobrażeniu szedłem do kościoła. Jeśli się wybierałem na takie samo spotkanie „na mieście”, pytał mnie: „Po co idziesz do tych pijaków? Pewnie siedzicie przy piwku i debatujecie, co zrobić, żeby wypić dwa, a nie dziesięć!”. Kiedy byłem już ponad dwa lata trzeźwy i pewnego razu nocowałem u niego w Warszawie, wieczorem, idąc do sklepu, zapytał: „Kupić ci te dwa piwa?”. Przecież nie zrobił tego dlatego, żeby mnie rozpić. Zrobił to z chęci kontroli. No bo jeśli kupi tylko dwa, to prze cież ja się taką ilością nie upiję i – jego zdaniem – wszystko będzie w porządku, a jeśli sam pójdę do sklepu… A…, no to wtedy nie wiadomo, ile wezmę, no i czy czegoś jeszcze po drodze nie wypiję! Wiedziałem, że cieszy się z mojego niepicia, tylko że nie wierzył, że utrzymuję całkowitą abstynencję. Myślał, że popijam, tylko tak po trochu, od czasu do czasu, że nauczyłem się kontrolować. Oczywiście nie tylko żona i rodzice popadli we współuzależnienie. Po uszy tkwiły w nim także była żona i moje córki. Nie chcę o tym pisać za wiele, bo nie czuję się do tego upoważniony, a poza tym, czy ja alkoholik mógłbym opisać to rzetelnie i prawdziwie? Pamiętam większość zdarzeń jak przez mgłę… ze swojej pijanej perspektywy. One widziały to na trzeźwo, prawdopodobnie zupełnie inaczej. Być może kiedyś i one zdecydują się opisać je w książkach. Zdarzenia, emocje, bezsilność, złość, może nawet czasem nienawiść. Tak – zdaję sobie z tego sprawę – byłem producentem całej gamy emocji. Szkoda, że głównie nieprzyjemnych i trudnych, bardzo trudnych!

Więcej w książce: "ESENCJA ALKOHOLIZMU. DEFICYT BLISKOŚCI"
www.krzysztofjazwiec.pl
https://www.youtube.com/channel/UC7JNM9jcpSoPf5PKtbZbQow

Adres

Ulica Bukowa 19
Szczyglice
32-083

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Krzysztof Jaźwiec - terapeuta uzależnień, autor umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Krzysztof Jaźwiec - terapeuta uzależnień, autor:

Udostępnij

Kategoria