Jeździecka Przestrzeń Wsparcia - Katarzyna Jasińska

Jeździecka Przestrzeń Wsparcia - Katarzyna Jasińska Wspieram jeźdźców i konie w budowaniu
bezpiecznej, uważnej relacji.

Pracuję z ciałem, emocjami i układem nerwowym
– bez presji, bez przemocy, w realnym tempie.

🐎 Psychologia koni • regulacja • relacja

CO MAJĄ WSPÓLNEGO KONIE, PORY ROKU I MUZYKĄ?— oprócz tego, że Vivaldi napisał „Cztery pory roku”?Więcej, niż myślisz. I ...
19/03/2026

CO MAJĄ WSPÓLNEGO KONIE, PORY ROKU I MUZYKĄ?
— oprócz tego, że Vivaldi napisał „Cztery pory roku”?
Więcej, niż myślisz. I to bezpośrednio wpływa na to, jak pracujesz z koniem.

W jeździectwie możemy myśleć o rytmie na wielu różnych poziomach.

Z jednej strony są rytmy natury — rytm roku, pór roku, zmian temperatury i warunków, które wpływają na naszą aktywność z końmi. Miesiące przejściowe, takie jak przejście z wiosny do lata czy z lata do jesieni, są zazwyczaj najbardziej aktywnymi okresami naszego przebywania z końmi. Z kolei środek lata i środek zimy często bywają bardziej wymagające.

Latem problemem mogą być upały, owady i ogólny dyskomfort, który sprawia, że praca z końmi w ciągu dnia staje się mniej komfortowa. Wtedy często zostają nam bardzo wczesne poranki albo późne wieczory.

Zimą z kolei jeździectwo bywa ograniczone, szczególnie wtedy, gdy nie mamy krytej ujeżdżalni. Jeżeli spadnie dużo puszystego śniegu, jazda na zewnątrz może być przyjemna. Ale jeśli śniegu nie ma, a wszystko zamarza, warunki stają się trudne, uciążliwe, a czasem nawet niebezpieczne dla koni. Bywa też odwrotnie — zima jest stosunkowo ciepła, ale ciągle pada deszcz i wszędzie jest błoto.

Środek lata i środek zimy to więc momenty, które w naturalny sposób wpływają na nasz rytm pracy z końmi — i którym siłą rzeczy się podporządkowujemy.

Są też rytmy dobowe. Raczej jeździmy w dzień niż w środku nocy. Dostosowujemy się również do rytmu dobowego konia i do jego codziennej rutyny.

Konie bardzo szybko przyzwyczajają się do powtarzalnych schematów. Jeżeli koń jest codziennie karmiony o tej samej porze, jego organizm zaczyna spodziewać się karmienia właśnie wtedy. To może wpływać na jego koncentrację, jeśli próbujemy z nim pracować w tym czasie.

Podobnie działa rytm stajni: godziny karmienia, wypuszczania na padok, sprowadzania koni i wszystkie inne czynności wykonywane regularnie. Każda taka powtarzalność wprowadza określony rytm.

Kolejny poziom to nasz rytm wewnętrzny. Są osoby, które najlepiej funkcjonują rano, i takie, które rozkręcają się dopiero wieczorem. Dla jednych poranek jest czasem największej aktywności, dla innych raczej powolnym wejściem w dzień.

To również wpływa na pracę z koniem. Niektórzy potrzebują dłuższej rozgrzewki, żeby wejść na wyższy poziom aktywności. Inni mają dużo energii od razu, ale szybciej się męczą.

Tak samo jest z końmi. One również mają swoje rytmy pracy. Są konie, które na początku sesji mają dużo energii i tę energię trzeba ukierunkować, a potem się uspokajają. Są takie, które początkowo wydają się mało zmotywowane i dopiero po czasie się rozkręcają.

Są też konie, które do pierwszego galopu są spokojne, a po nim stają się zupełnie inne — bardziej pobudzone, czasem trudniejsze do wyciszenia. Jakbyśmy mieli jednego konia przed galopem i drugiego po galopie.

Możemy mieć również rytm tygodniowy. Część pracy wykonujemy samodzielnie, a raz czy dwa razy w tygodniu pracujemy z trenerem. Możemy planować konkretne dni na pracę z ziemi, pracę w siodle, teren czy spokojniejsze spacery. To wszystko tworzy rytm treningowy.

Możemy też wprowadzać rytm w samym treningu, na przykład poprzez pracę interwałową — odcinki galopu, kłusa i stępa w określonych proporcjach czasu.

I dopiero na tym tle pojawia się to, co najczęściej rozumiemy jako rytm w jeździectwie — czyli takt ruchu konia.

Konie poruszają się rytmicznie i każdy jeździec uczy się rozpoznawać tę rytmiczność. Stęp jest ruchem czterotaktowym, kłus dwutaktowym, a galop trzytaktowym. Wiemy też, że galop czterotaktowy w ujeżdżeniu uznawany jest za nieprawidłowy.

Rytm dotyczy jednak nie tylko rodzaju chodu, ale także jakości ruchu — na przykład długości fazy zawieszenia. Koń może poruszać się w tym samym chodzie, a mimo to jego rytm będzie inny.

Jako jeźdźcy uczymy się tego rytmu również w swoim ciele — w anglezowaniu, w użyciu pomocy, w momentach przejść między chodami. Nasze ciało wpływa na rytm konia, jego ruch i ekspresję.

Jeżeli chcemy więcej energii, musimy ją uruchomić także w sobie. Jeżeli chcemy ją utrzymać — musimy umieć za nią nadążyć.

Ale możemy pójść jeszcze głębiej.

W naszym ciele również istnieją rytmy. Najbardziej oczywisty to rytm serca. Kiedy jesteśmy obok konia albo siedzimy na nim, nasze serce bije w określonym rytmie, serce konia również, a nasze układy nerwowe odczytują te sygnały — nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi.

Drugim takim rytmem jest oddech. Wdech i wydech tworzą naturalny cykl, na który — w przeciwieństwie do bicia serca — możemy mieć świadomy wpływ. Koń również oddycha rytmicznie, a te rytmy wzajemnie na siebie oddziałują.

Dlatego świadome wpływanie na rytm — niezależnie od tego, czy mówimy o rytmie dnia, treningu, ruchu, oddechu czy całego organizmu — ma ogromne znaczenie dla komunikacji z koniem.

Jest jeszcze jedno narzędzie, które bardzo często wykorzystuję w pracy.

Muzyka.

Nasze ciało, podobnie jak ciało konia, bardzo dobrze reaguje na stały rytm. Rytm może dawać poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji i oparcia. Może regulować układ nerwowy.

W sytuacjach, kiedy jeździec doświadcza napięcia lub lęku i w ciele pojawia się chaos, utrzymanie rytmu staje się bardzo trudne — zarówno dla jeźdźca, jak i dla konia. Odpowiednio dobrana muzyka może pomóc ustabilizować ruch, zsynchronizować oddech i przywrócić spójność.

Z drugiej strony, kiedy problemem nie jest napięcie, ale brak energii i mobilizacji, muzyka może pomóc ją naturalnie uruchomić — bez popychania, bez presji, bez wchodzenia w opór.

Bo kiedy zaczynamy wymuszać energię, często pojawia się napięcie zamiast swobody. A rytm może być drogą do tej swobody.

Dlatego warto zwracać uwagę na rytm — nie tylko ten widoczny w ruchu konia, ale też ten, który dzieje się w naszym ciele, w naszej organizacji dnia i w naszej relacji.

Czasem nawet drobne zmiany w rytmie mogą przynieść dużą zmianę w jakości pracy z koniem.

Jestem ciekawa, czy zauważasz jakiś rytm w swoim jeździectwie albo w zachowaniu swojego konia — taki, który wspiera Waszą pracę albo przeciwnie, ją utrudnia.
Jeśli chcesz, napisz o tym w komentarzu.

CZY ZDARZYŁO CI SIĘ KIEDYŚ POCZUĆ WSTYD PRZY KONIU… bo ktoś patrzył albo oceniał? Jeśli tak — nie jesteś w tym sama/sam....
13/03/2026

CZY ZDARZYŁO CI SIĘ KIEDYŚ POCZUĆ WSTYD PRZY KONIU… bo ktoś patrzył albo oceniał?

Jeśli tak — nie jesteś w tym sama/sam.

Chciałabym rozpocząć tutaj małą serię postów o emocjach, które bardzo często towarzyszą lękowi w jeździectwie.

O lęku napisałam już tutaj naprawdę dużo.
Ale lęk bardzo rzadko pojawia się sam.
Najczęściej obok niego pojawiają się też inne silne emocje.

Jedną z nich jest wstyd.

I to jest emocja, o której w świecie jeździeckim mówi się bardzo rzadko, a która potrafi ogromnie wpływać na to:

jak postrzegamy siebie,
jak interpretujemy sytuacje z koniem,
i jaką mamy motywację do działania.

Wstyd jest bardzo silną emocją, bo jest emocją społeczną.

Nasze mózgi są zaprogramowane tak, żeby bardzo mocno reagować na ryzyko odrzucenia przez grupę. Dla ssaków przynależność do grupy była przez tysiące lat warunkiem przetrwania.

Dlatego kiedy pojawia się wstyd, układ nerwowy często reaguje tak, jakby wydarzyło się coś naprawdę poważnego.

Nawet jeśli racjonalnie wiemy, że „to nic takiego”.

Wstyd zawsze jest w pewnym sensie interpretacją sytuacji.

Pojawia się wtedy, kiedy uznajemy, że coś w nas lub w naszym zachowaniu może zostać ocenione przez innych negatywnie.

I ta interpretacja może pojawić się z dwóch źródeł.

Pierwsze źródło jest zewnętrzne.

Wstyd może pojawić się wtedy, kiedy ktoś nas zawstydza.
Czasem wprost.
Czasem bardzo subtelnie.

Czasem wystarczy komentarz.
Czasem wystarczy mina.
Czasem wystarczy spojrzenie innych osób, kiedy czujemy się obserwowani.

Kiedy pracuję z osobami doświadczającymi lęku, bardzo często słyszę zdania, które ktoś kiedyś do nich powiedział.

„Weź się w garść.”
„Po prostu wsiądź.”
„Nie przesadzaj.”
„Jeździec nie może się tak mazać.”
„To już za długo trwa.”
„Koń nie może tyle stać.”
„Skoro się boisz, to po co ci koń?”

Czasem takie słowa padają ze strony trenerów.
Czasem ze strony znajomych ze stajni.
Czasem nawet ze strony bliskich osób, które w dobrej wierze próbują „zmotywować”.

Ale dla osoby, która już zmaga się z lękiem, takie komentarze bardzo często nie działają motywująco.

One zwiększają wstyd.

A wstyd bardzo często prowadzi do wycofania.

Drugie źródło wstydu może być wewnętrzne.

Czasem to my sami zaczynamy prowadzić ze sobą bardzo surowy dialog wewnętrzny.

Porównujemy się do innych.
Mamy wobec siebie bardzo wysokie oczekiwania.
Nosimy w sobie różne stereotypy związane z jeździectwem.

Na przykład takie, że:

po upadku trzeba natychmiast wsiąść z powrotem,
nie można pokazać, że się boimy,
prawdziwy jeździec „zaciska zęby”.

Kiedy mamy w sobie takie przekonania, bardzo łatwo zaczynamy zawstydzać sami siebie.

I wtedy pojawia się wewnętrzny głos, który mówi:

„inni sobie radzą”
„ze mną jest coś nie tak”
„powinnam/powinienem już dawno to umieć”

A wstyd jest emocją, która bardzo często nie motywuje do działania.

On raczej zamraża.

Powoduje wycofanie.
Unikanie.
Spadek energii.



Jest jeszcze jeden czynnik, który dzisiaj bardzo mocno wpływa na to, jak przeżywamy wstyd.

Media społecznościowe.

Właśnie jesteśmy w takiej przestrzeni.

Internet ma swoją specyficzną dynamikę.
Jest w nim bardzo dużo anonimowych osób, które chętnie i szybko wyrażają swoje opinie — czasem bardzo pomocne, a czasem zupełnie nieproszone.

Czasem są to komentarze życzliwe.
Czasem krytyczne.
Czasem po prostu oceniające.

Wszyscy wiemy, że w internecie istnieje zjawisko hejtu, ale oprócz niego istnieje też coś bardziej subtelnego: ludzie bardzo łatwo komentują czyjeś działania, nawet jeśli nie znają kontekstu.

Efekt jest taki, że osoby publikujące zaczynają bardzo filtrować to, co pokazują.

I w pewnym sensie powstaje błędne koło.

Jedni publikują tylko najbardziej idealne momenty.
Najładniejsze zdjęcia.
Najbardziej harmonijne sytuacje.

Bo to jest bezpieczniejsze.

Inni publikują coś bardziej autentycznego, ale często spotykają się z krytyką, bo ktoś dopatrzy się tam czegoś, co uzna za błąd.

W efekcie w mediach społecznościowych zaczyna dominować obraz produktu, a nie procesu.

Widzimy piękne konie.
Eleganckie zdjęcia.
Perfekcyjne momenty.

Ale znacznie rzadziej widzimy to, co jest absolutnie normalną częścią relacji człowieka z koniem:

trudniejsze momenty,
niepewność,
naukę,
błędy,
poszukiwanie drogi.

A przecież każdy z nas zna te momenty z własnego życia w stajni.

One są częścią procesu.

Problem polega na tym, że kiedy patrzymy tylko na wyidealizowane obrazy, bardzo łatwo zaczynamy się porównywać.

Możemy mieć wrażenie, że:

tylko my mamy trudności,
tylko nam coś nie wychodzi,
tylko my jesteśmy „na wcześniejszym etapie”.

I właśnie w tym miejscu bardzo łatwo pojawia się wstyd.

Wstyd przed pokazaniem swojego procesu.
Wstyd przed byciem w miejscu, w którym akurat jesteśmy.

A prawda jest dużo prostsza.

Proces prawie nigdy nie wygląda tak pięknie jak produkt.

Proces jest czasem chaotyczny.
Czasem trudny.
Czasem mało fotogeniczny.

Ale to właśnie w procesie dzieje się rozwój.

Nie ma nic złego w tym, że jesteś na jakimś etapie swojej drogi.

To po prostu jest Twój etap.

Najważniejsze nie jest to, żeby wyglądać idealnie.

Najważniejsze jest to, że się uczysz.
Że się rozwijasz.
Że szukasz zrozumienia i nowych sposobów działania.

Pułapką nie jest bycie w procesie.

Pułapką jest dopiero moment, w którym ktoś uznaje, że już wszystko wie i nie widzi przestrzeni do dalszego rozwoju.

Jeżeli jesteś na swojej drodze, uczysz się i szukasz lepszych rozwiązań — wszystko jest z Tobą w porządku.

Bo pewność siebie w jeździectwie nie polega na tym, że wszystko wychodzi idealnie.

Polega na tym, że pozwalamy sobie być w procesie.



Na koniec mam do Ciebie jedno pytanie.

Czy jest jakaś sytuacja z koniem, której unikasz nie tylko dlatego, że się boisz…

PROSTA HISTORIA Zazwyczaj bardzo łatwo jest zauważyć kiedy mamy wielki problem. Silny lęk po wypadku, trudność z powrote...
09/03/2026

PROSTA HISTORIA
Zazwyczaj bardzo łatwo jest zauważyć kiedy mamy wielki problem. Silny lęk po wypadku, trudność z powrotem do jazdy po upadku, czy blokady w ciele po silnym traumatycznym doświadczeniu.
Ale są też historie dużo mniej oczywiste.

Takie, w których ktoś unika robienia czegoś co kiedyś lubił lub po prostu… przestaje robić to, co kiedyś kochał.

To historia Anety.

Poznałyśmy się na jednym z moich szkoleń dotyczących komunikacji z końmi.
Po szkoleniu Aneta zaprosiła mnie do swojej stajni na konsultacje. Z grupą kilku zainteresowanych osób rozpoczęliśmy stałą współpracę i zaczęłam do nich przyjeżdżać regularnie raz w miesiącu.

Z Anetą pracowałyśmy głównie z ziemi.
Po kilku miesiącach tej pracy zapytałam ją kiedyś zupełnie naturalnie:
„A może spróbujemy przenieść to, co już masz z ziemi, do jazdy?”

Usłyszałam:

„Nie, nie… jeszcze nie. Jeszcze chciałabym trochę udoskonalić swoją komunikację z ziemi.”

Pomyślałam wtedy, że Aneta po prostu dobrze wie, czego potrzebuje.

Po dwóch miesiącach wróciłam z tą samą propozycją.
Tym razem powiedziała, że się zastanowi, ale niedługo przed treningiem napisała, że chciałabym przełożyć trening na inny termin. To zupełnie normalne, czasem w życiu coś nam wypadnie, ale później okazało się, że chodzi o coś innego.
Tydzień później dostałam od niej bardzo długiego maila.

Napisała w nim coś, czego wcześniej w ogóle nie powiedziała.
Od dwóch lat nie wsiadała na swojego konia. Nie dlatego, że zdarzył się jakiś wypadek, nie było żadnej dramatycznej historii, ale kilka drobnych upadków, utraty równowagi i sytuacji stresujących.
Nic spektakularnego, ale wystarczająco dużo, żeby w jej ciele zapisała się jedna myśl:
„Nie panuję nad tym.”

Praca z ziemi zaczęła iść jej świetnie, więc podjęła decyzję: może wcale nie muszę już wsiadać.
To zdarza się częściej, niż myślicie.

Nie dlatego, że ktoś jest słabym jeźdźcem.
Tylko dlatego, że ciało zapamiętało doświadczenia, które zaczęło interpretować jako zagrożenie.

Zaproponowałam Anecie, że możemy trochę nad tym popracować na konsultacjach online.
Rozmawiałyśmy o tym, że to, co czuje, jest zupełnie normalne. Że jej ciało próbuje ją chronić. I że myśli, które pojawiają się w takim stanie, bardzo często nie są obiektywnym opisem rzeczywistości.

Znam jej konia dobrze z pracy z ziemi.
Ale nigdy nie widziałam, jak wygląda praca z siodła.
Zaproponowałam, że najpierw ja wsiądę na jej klacz, żeby zobaczyć czy będzie dla Anety wsparciem w powrocie do jazdy.

Kiedy wsiadłam – dokładnie tak jak się spodziewałam – Magia była spokojna.
Może trochę zdziwiona, że ktoś siedzi na jej grzbiecie po tak długiej przerwie. Była stabilna, uważna, gotowa do współpracy.

Pokazałam Anecie coś bardzo ważnego.

Nie robiłam z Magią żadnych skomplikowanych figur. Żadnych trudnych ćwiczeń. Po prostu podstawy. Opowiedziałam jej o czymś, co jest fundamentem mojej pracy:
że to nie tylko technika wpływa na konia.

Ogromne znaczenie ma też stan układu nerwowego jeźdźca.

Kiedy wsiadam na konia, wsiadam tylko wtedy, kiedy czuję w sobie regulację, spokój i gotowość.
I bardzo świadomie staram się swoim stanem stabilizować konia.
Czasem sama obecność człowieka na grzbiecie konia może działać regulująco.

Powiedziałam Anecie coś jeszcze.

Że jej powrót do siodła jest możliwy.
I że Magia jest dokładnie takim koniem, który może jej w tym pomóc,jeśli tylko będzie chciała.

Zaczęłyśmy więc pracę bardzo powoli.
Najpierw pracowałyśmy z jej ciałem i przekonaniami – w podejściu somatycznym.
Ćwiczenia świadomości ciała.
Ćwiczenia obecności.
Ćwiczenia regulacji.

A potem zaczęłyśmy wprowadzać bardzo małe kroki. Na końcu każdego treningu z ziemi Aneta wsiadała na Magię na 10 minut w stój.
Aneta w tym czasie robiła ćwiczenia, które wcześniej poznała na konsultacjach.
Ćwiczenia oddechowe.
Rozluźnianie ciała.
Obecność.

Po jakimś czasie Aneta zaczęła wsiadać na chwilę na Magię także wtedy, kiedy mnie nie było. Najpierw w stój. Potem w stępie na lonży.

Na jednej z konsultacji online Aneta powiedziała mi coś bardzo ciekawego, że ćwiczenia które robi na koniu zaczęły jej się to trochę kojarzyć z jogą. Że gdy wraca do domu ze stajni czuje się bardziej rozluźniona niż przed jazdą.

Nie muszę chyba mówić co było dalej 🙂
Krok po kroku zaczęłyśmy wprowadzać więcej ruchu, więcej zadań.

Dzisiaj Aneta znowu jeździ na swojej klaczy.
I znowu sprawia jej to ogromną radość.

Czasem największe zmiany nie dotyczą dramatycznych historii.
Czasem dotyczą osób, które po prostu gdzieś po drodze zaczęły wierzyć, że „to już nie dla nich”.

Jeśli jesteś w podobnym miejscu – chcę Ci powiedzieć jedną rzecz.
Twoje myśli o sobie nie zawsze są prawdą o Twoich możliwościach.
Czasem Twoje ciało po prostu potrzebuje trochę czasu, wsparcia i nowych doświadczeń.

Dlatego stworzyłam program, w którym krok po kroku pokazuję dokładnie te narzędzia, z których korzystam w pracy z moimi uczniami.
Możesz przejść tę drogę samodzielnie, ale jest też druga ścieżka – dla osób, które chcą pracować ze mną w małej grupie i mieć moje wsparcie w trakcie całego procesu.

Do 15 marca można jeszcze umówić się na bezpłatną konsultację, jeśli rozważasz dołączenie do takiej grupy.

Jeśli chcesz porozmawiać, napisz w komentarzu: KONSULTACJA.

Odezwę się do Ciebie.

Dziś mam urodziny.I zawsze w takie dni pojawia się ta sama refleksja – patrzymy na PESEL, na datę, na to, ile lat już za...
05/03/2026

Dziś mam urodziny.

I zawsze w takie dni pojawia się ta sama refleksja – patrzymy na PESEL, na datę, na to, ile lat już za nami i zaczynamy myśleć o czasie.

Niektórzy w takich momentach patrzą wstecz z nostalgią.
Czasem z poczuciem, że najlepsze rzeczy już były.

Ja mam dokładnie odwrotnie.

Z każdym kolejnym rokiem moje życie jest coraz ciekawsze.
Coraz pełniejsze.
Budzi się we mnie coraz większa ciekawość świata i ludzi.

I naprawdę nie mogę się doczekać tego, co będzie jutro.
Za miesiąc.
Za rok.
Za dziesięć lat.

Dlaczego?

Bo wiem coś, czego kiedyś nauka jeszcze nie rozumiała.

Przez bardzo długi czas wierzono, że zdolność uczenia się jest domeną dzieci.
Że małe ssaki gatunku ludzkiego uczą się szybko, chłoną wiedzę jak gąbka, a potem – z wiekiem – ta zdolność powoli zanika.

Myślano, że istnieje pewien „okres krytyczny”, po którym mózg przestaje się naprawdę zmieniać.

Dziś wiemy, że to nie jest prawda.

Nasz mózg ma niezwykłą zdolność, którą nazywamy neuroplastycznością.

To zdolność układu nerwowego do tworzenia nowych połączeń nerwowych.
Do budowania nowych ścieżek.
Do uczenia się nowych sposobów reagowania.

I co najważniejsze – ta zdolność nie znika z wiekiem.

Możemy ją pobudzać przez całe życie.

Można to porównać do treningu mięśni.

Jeśli używamy swoich mięśni, trenujemy je, rozciągamy i wzmacniamy – stają się silniejsze i bardziej sprawne.

Jeśli przestajemy ich używać – słabną, sztywnieją i tracą swoją wydolność.

Dokładnie tak samo działa mózg.

Jeśli przestajemy uczyć się nowych rzeczy, przestajemy ćwiczyć nowe sposoby reagowania i myślenia – nasze schematy się utrwalają.

Ale jeśli zaczynamy trenować nasz układ nerwowy, zaczynamy tworzyć nowe połączenia.

Dlaczego o tym piszę właśnie dzisiaj?

Bo w mojej pracy bardzo często słyszę zdanie:

„W moim wieku to już się nie da.”
„Ja już się nie zmienię.”
„Ja już tak mam.”

Słyszę to szczególnie w pracy z lękiem.

Kiedy ktoś przez lata doświadczał napięcia, trudnych emocji albo trudnych doświadczeń, bardzo łatwo uwierzyć, że tak już zostanie.

Ale neurobiologia mówi coś zupełnie innego.

Jeśli nasze ciało nauczyło się reagować napięciem, lękiem albo zamrożeniem – to znaczy, że kiedyś powstała pewna ścieżka w układzie nerwowym.

A skoro powstała jedna ścieżka…

to możemy stworzyć następną.

Możemy nauczyć ciało nowych reakcji.
Nowych sposobów regulacji.
Nowych sposobów reagowania na stres.

To nie dzieje się od samej wiedzy.

Od wiedzy jeszcze nic się nie zmieniło.

Zmiana zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zaczynamy ćwiczyć.

Dlatego w pracy z osobami, które przychodzą do mnie z lękiem w jeździectwie, nie zatrzymujemy się na rozmowie.

Pracujemy z ciałem.
Z uwagą.
Z regulacją układu nerwowego.

I krok po kroku zaczynamy budować nowe ścieżki.

Dlatego w tym roku zrobiłam sobie dość nietypowy prezent urodzinowy.

Dziś startuje Jeździecka Przestrzeń Wsparcia – program, w którym dokładnie tym się zajmujemy.

Budowaniem nowych reakcji.
Nowych sposobów regulacji.
Nowego poczucia wpływu w relacji z koniem.

Do programu można dołączyć w dowolnym momencie.

Natomiast grupa premium, w której pracujemy bardziej intensywnie i spotykamy się na żywo, jest otwarta tylko do 15 marca i zostało w niej już naprawdę niewiele miejsc.

Jeśli czujesz, że to jest moment, w którym chcesz zacząć budować nowe ścieżki w swoim układzie nerwowym –
zrób sobie prezent na moje urodziny i dołącz do nas.

Link do Jeździeckiej Przestrzeni Wsparcia wrzucam w pierwszym komentarzu pod postem.

A z okazji moich urodzin chcę Wam powiedzieć jedną rzecz.

Niezależnie od tego, ile macie lat.

Wasz mózg nadal potrafi się zmieniać.
Wasz układ nerwowy nadal potrafi się uczyć.

I naprawdę możemy stworzyć dla siebie zupełnie nową przyszłość – jeśli tylko zaczniemy trenować nowe ścieżki.

I to jest chyba jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie odkryła współczesna neurobiologia.

Jestem bardzo ciekawa, co macie do powiedzenia na ten temat.

Czy kiedyś usłyszeliście zdanie:
„W twoim wieku to już się nie da”?

A może jest coś, czego wciąż chcielibyście się nauczyć?
Coś, co chodzi wam po głowie od dawna?

Macie jakieś wielkie plany, pomysły, marzenia na kolejne lata?

Co chcielibyście jeszcze zmienić w swoim życiu?

Bardzo chętnie o was poczytam.

DZIŚ O 19:00 — webinar o lęku w jeździectwieWiększość osób jeżdżących konno nie zdaje sobie sprawy z jednej bardzo ważne...
04/03/2026

DZIŚ O 19:00 — webinar o lęku w jeździectwie

Większość osób jeżdżących konno nie zdaje sobie sprawy z jednej bardzo ważnej rzeczy.

Ogromna część naszych reakcji w siodle nie wynika z techniki.

Wynika z emocji, które uruchamiają ciało szybciej niż myśl.

Układ nerwowy reaguje zanim zdążymy coś przeanalizować.

Dlatego w jeździectwie tak często pojawia się coś, co trudno nazwać.

Czasem jest to napięcie.
Czasem frustracja.
Czasem złość.
Czasem dezorientacja.

I bardzo często pod tym wszystkim znajduje się coś jeszcze.

Lęk.

Nie zawsze oczywisty.
Nie zawsze nazwany.
Czasem tak subtelny, że osoby jeżdżące konno powiedziałyby:
„Ja się przecież w ogóle nie boję”.

A jednak ciało reaguje.

Lęk w jeździectwie to ogromny temat.
Szeroki, złożony i niezwykle zmieniający perspektywę.

Bo kiedy zaczynamy rozumieć, jak działa układ nerwowy człowieka…

…nagle inaczej zaczynamy rozumieć także konie.

A u koni lęk jest jedną z najważniejszych emocji.
Jednym z głównych motorów zachowania.

Dzisiaj o 19:00 prowadzę darmowy webinar:

„Od lęku do poczucia bezpieczeństwa”

Opowiem o tym:

– czym naprawdę jest lęk w jeździectwie
– dlaczego ciało reaguje szybciej niż myśl
– jak odzyskiwać poczucie bezpieczeństwa w siodle i na ziemi
– jak wygląda proces wychodzenia z lęku krok po kroku

To będzie rozmowa o biologii, regulacji i relacji z koniem.

Jeśli czujesz, że to temat, który może Cię dotyczyć — zapraszam.

Link do zapisu zostawiam w komentarzu.

Jeśli czytasz to na grupie i szukasz linku - kliknij najpierw w oryginalny post na stronie (link znajdziesz w komentarzu)

SPADŁAŚ/EŚ? WSIĄDŹ NATYCHMIAST Z POWROTEM.Chcę dziś rozpocząć dyskusję. Naprawdę. Nie po to, żeby kogokolwiek atakować a...
02/03/2026

SPADŁAŚ/EŚ? WSIĄDŹ NATYCHMIAST Z POWROTEM.

Chcę dziś rozpocząć dyskusję. Naprawdę. Nie po to, żeby kogokolwiek atakować ani udowadniać, że „moja racja jest mojsza”, tylko żeby zatrzymać się przy czymś, co w jeździectwie jest traktowane jak oczywistość. Chciałam dziś mówić o czymś, co jest w jeździectwie bardzo popularne i powszechne — że jeśli ktoś spadnie z konia, mówi się mu: „Wsiadaj od razu z powrotem”. Moje stanowisko jest takie, że zanim ktoś wróci do siodła po upadku, warto sprawdzić regulację — swoją i konia. Wiem, że są instruktorzy i trenerzy, którzy tak robią. Wiem też, że bardzo wielu nadal nie robi. A wy macie własne doświadczenia. Wiecie, co wam pomogło, a co zostawiło ślad. I naprawdę chcę je usłyszeć.

Ile razy po upadku usłyszałaś/eś: „Wsiądź od razu. Inaczej będzie tylko gorzej”?

Ta zasada funkcjonuje jak niepisane prawo. Jest w niej przekonanie, że jeśli nie wsiądziesz natychmiast, lęk zacznie rosnąć. Że trzeba go przeciąć szybko, zanim się „rozkręci”. I jest w tym ziarno prawdy — unikanie potrafi utrwalać strach. Ale to nie jest cała prawda.

Bo między „wsiądź natychmiast” a „wcale nie wsiądę” istnieje jeszcze coś pomiędzy. Sprawdzenie: w jakim stanie jest moje ciało.

Upadek to nie jest tylko wydarzenie mechaniczne. To jest doświadczenie stresowe. W ułamku sekundy włącza się autonomiczny układ nerwowy. Przyspiesza oddech, serce bije szybciej, mięśnie się napinają. Starsze struktury mózgu przejmują ster. To nie jest kwestia charakteru ani „słabej psychiki”. To jest neurobiologia.

I tutaj pojawia się coś, o czym rzadko mówimy: różnica między odpornością a dysocjacją.

Odporność to zdolność przeżycia trudnego doświadczenia, powrotu do regulacji i podjęcia decyzji z poziomu kontaktu ze sobą. Dysocjacja to odcięcie się od sygnałów ciała, żeby przetrwać. Z zewnątrz może to wyglądać tak samo — ktoś wsiada z powrotem. Ale wewnątrz to zupełnie inne procesy.

Jeśli wsiadam w stanie regulacji, czuję strach, ale oddycham, jestem obecna/obecny, mam kontakt z ciałem — to może być doświadczenie budujące. Jeśli wsiadam w stanie zamrożenia, zaciśniętych szczęk i odcięcia od czucia, mogę właśnie utrwalać w sobie schemat: „Ignoruj sygnały. Wytrzymaj. Nie czuj”.

To nie jest trening odwagi. To bywa trening odcięcia.

Druga rzecz to pamięć. W momencie silnego stresu ciało migdałowate zapisuje emocję, a hipokamp kontekst. Jeśli reakcja stresowa nie ma szansy się domknąć — jeśli nie ma chwili na oddech, drżenie, powrót do równowagi — w ciele może zostać coś w rodzaju pętli zagrożenia. Z zewnątrz wszystko wygląda już normalnie, ale ciało nadal jest w czujności. I potem, przy kolejnej jeździe, pojawia się napięcie. Czasem miesiąc później. Czasem pół roku później. I mówimy: „Nie wiem, skąd to się wzięło”.

Ciało pamięta.

I w tym wszystkim jest jeszcze koń.

Często słyszę argument, że jeśli nie wsiądziesz od razu, „nagrodzisz konia za zrzucenie”. Tylko żeby to miało sens, musielibyśmy założyć, że koń zaplanował zrzucenie, przewidział konsekwencje i działał z intencją manipulacji. Konie nie funkcjonują w taki sposób. One reagują na poziom pobudzenia, na bodźce tu i teraz, na napięcie w ciele.

Jeśli doszło do upadku, to najczęściej dlatego, że coś przekroczyło jego aktualne możliwości regulacyjne. Strach, przeciążenie, konflikt sygnałów, nagromadzone napięcie. To nie jest plan. To jest biologia.

I jest jeszcze coś, o czym prawie się nie mówi: współregulacja. Jeśli wracam do siodła w stanie wysokiego pobudzenia, koń to czuje. Nie dlatego, że czyta moje myśli, tylko dlatego, że czyta mój tonus mięśni, oddech, mikrodrżenia. Koń jako zwierzę uciekające jest mistrzem skanowania bezpieczeństwa. Jeździec w trybie przetrwania może podnieść poziom pobudzenia konia. I wtedy tworzy się spirala.

Nie piszę tego, żeby powiedzieć: „Nigdy nie wsiadaj od razu”. Są osoby, dla których szybki powrót do siodła był doświadczeniem korektywnym i realnie pomógł. Ale są też takie, które wsiadły w zamrożeniu i zapłaciły za to miesiącami napięcia.

Może więc pytanie nie brzmi: „Czy wsiąść?”

Może brzmi: „W jakim stanie wracam?”

Czy potrafię rozpoznać, czy jestem w regulacji, czy w trybie przetrwania? Czy ktoś w stajni uczy mnie, jak to sprawdzić? Czy uczymy odporności, czy raczej uczymy ignorowania sygnałów?

Bardzo chcę usłyszeć waszą perspektywę. Ile razy ktoś powiedział wam, żeby wsiąść natychmiast? Co wtedy działo się w waszym ciele? Co zadziałało, a co zostawiło ślad?

W środę na darmowym webinarze będę mówić o tym, jak rozpoznawać stan regulacji i jak podejmować decyzje w siodle z poziomu bezpieczeństwa, a nie presji (link do zapisu na webinar w komentarzu). Ale zanim tam przejdziemy — zatrzymajmy się tutaj.

Jestem naprawdę ciekawa, jak wy to widzicie.

BYŁO TAK ŹLE, ŻE CHCIAŁA SPRZEDAĆ KONIETrudna i emocjonalna historia EwyPracuję z wieloma osobami, które trafiają do mni...
26/02/2026

BYŁO TAK ŹLE, ŻE CHCIAŁA SPRZEDAĆ KONIE
Trudna i emocjonalna historia Ewy

Pracuję z wieloma osobami, które trafiają do mnie w momencie granicznym.

To nie jest moment „chcę się rozwinąć”.
To jest moment: „Jeśli to się nie zmieni, kończę.”

To są osoby, które kiedyś kochały jeździectwo. Dla których stajnia była miejscem radości, sensu, życia. A teraz jest miejscem napięcia, wstydu, lęku, czasem paniki.

I oprócz strachu pojawia się żałoba.

Żałoba po sobie sprzed wypadku.
Po tej wersji siebie, która wsiadała bez zastanowienia.
Po swobodzie, która kiedyś była naturalna.
Żałoba po wielkiej miłości i pasji.

Historia Ewy zaczyna się właśnie tam.

Ewa miała dwa konie. Startowała amatorsko. Kochała to. To była jej przestrzeń mocy, sprawczości i radości.

Aż do dnia, kiedy w terenie jej koń potknął się o korzeń. Stracił równowagę tak gwałtownie, że przewrócił się razem z nią. Zrobili coś w rodzaju wspólnego fikołka.

Ewa złamała kręgosłup. Rękę w kilku miejscach. Miała uszkodzone biodro. Trafiła na blok operacyjny. Potem miesiące rehabilitacji.

Rehabilitacja trwała długo. Powoli wracała do chodzenia, do codzienności. W domu czekały dwa konie.

I kiedy w końcu była fizycznie w stanie pojechać do stajni, okazało się, że to nie ciało jest największym problemem.

To był lęk.

Nie tylko o to, że znowu może spaść.
Ale o to, że jeśli znowu coś się stanie, nie będzie mogła zadbać o rodzinę.
Nie będzie mogła pracować.
Nie będzie mogła zadbać o swoje konie.

Do tego dochodziło poczucie winy: że nie daje koniom tego, na co zasługują i czego potrzebują.

Próbowała wracać z trenerami. Próbowała „po prostu się przełamać”. Próbowała udawać przed sobą, że jest okej.

Nie było okej.

Momentem przełomowym był dzień, w którym weszła do stajni tylko po to, żeby nakarmić konie… i poczuła, że boi się wejść do boksu własnego konia.

Nie jazdy.
Nie galopu.
Boksu.

Wróciła do domu roztrzęsiona. I opowiedziała o tym swojej koleżance ze stajni, tej która pomagała jej w opiece nad końmi w trakcie rekonwalescencji.

I to właśnie ta koleżanka powiedziała jej:

„Słuchaj, jest taka osoba, która pracuje z takimi sytuacjami. Z lękiem po wypadkach. Z powrotami do koni. Może spróbuj.”

Ewa nie była wtedy w miejscu „jestem gotowa na proces”.
Była w miejscu: „Nie mogę opiekować się moimi końmi, muszę je sprzedać.”

I wtedy się ze mną skontaktowała.

Pierwsze miesiące naszej pracy nie miały nic wspólnego z jazdą. Miały wszystko wspólnego z regulacją.

Podjęłyśmy decyzję, że przez trzy miesiące Ewa nie wchodzi do stajni.

To nie był unik. To było przerwanie pętli alarmowej.

Opieką nad końmi zajęła się rodzina i koleżanka. A my pracowałyśmy nad tym, żeby jej ciało zaczęło znowu czuć bezpieczeństwo – poza stajnią, bez koni.

Nad oddechem.
Nad napięciem w miednicy.
Nad przekonaniami, które mówiły: „To się znowu stanie.”

Po dwóch miesiącach powiedziała mi przez telefon:

„Ja już nie wytrzymam. Chcę tam wejść. Choć na chwilę.”

I weszła.

Weszła do boksu. Wyczyściła konie. Przytuliła je. Spędziła z nimi czas bez presji.

Powiedziała potem, że to była najpiękniejsza chwila od dnia wypadku.

Nie dlatego, że lęk zniknął.
Ale dlatego, że nie był już jedyną rzeczywistością.

Pół roku później była w stanie spacerować z końmi do lasu w ręku.

I powiedziała mi coś, co zapamiętałam:

„Wystarczy mi to. Mogę być z nimi z ziemi. Już nie potrzebuję wsiadać. Tak jest dobrze, nie sądziłam, że będzie tak dobrze.”

To był moment redefinicji jej relacji z końmi. Przerwałyśmy treningi, bo przecież to był wielki sukces.

Kilka miesięcy później zadzwoniła znowu.

Powiedziała, że od tygodni chodzi z myślą, że chce znowu wsiąść. I że boi się, że jeśli spróbuje, wszystko wróci.

Zaczęłyśmy więc od zera.

Udawałyśmy, że Ewa nic nie wie o jeździe.

Najpierw samo wsiadanie. Na chwilę. Głaskanie konia. Zejście. Potem bardzo delikatne lonże w stępię i samodzielne krótkie jazdy na roundpenie. Potem bardzo proste jazdy w stepie na ujeżdżalni.

Nie spieszyłyśmy się, żeby przechodzić do kłusa.
Nie chciałyśmy na siłę wracać do galopu.
Nie przyspieszałyśmy powrotu do formy.

Pracowałyśmy nad relacją: ruch konia – ruch człowieka.

Uczyła się znowu czuć. Zauważać napięcie. Wybierać miękkość.

Potem sama zaproponowała, że chce spróbować jeździć bez wędzidła.

Powiedziała, że jeśli jej ciało się zepnie, nie chce zrobić koniowi krzywdy. Że kiedy koń zrobi gwałtowny ruch ona może go szarpnąć. Że chce żeby koń mógł je zaufać.

Zaczęłyśmy jazdy na kantarze. Wszystko szło w dobrym kierunku.

To był ogromny progres.

I wtedy życie zrobiło kolejny zwrot.

Ewa dostała świetną pracę za granicą. Decyzja o wyjeździe była radosna, ale też pełna napięcia. Nowe miejsce. Nowa stajnia. Nowi ludzie. Nowy kontekst.

Zmiana środowiska często aktywuje stare mechanizmy.

Wyjechała razem z rodziną i z końmi.

Nie mogłam już do niej przyjeżdżać. Ale pracowałyśmy dalej.

Część sesji bez koni – regulacja w nowym środowisku, praca z napięciem związanym z adaptacją.
Część przez kamerę – kiedy Ewa jeździła, ja obserwowałam, zadawałam jej zadania, regulowałam tempo procesu, dawałam wskazówki.

I właśnie w tej nowej przestrzeni wydarzyło się coś niezwykłego.

Zmiana kontekstu pozwoliła jej przestać porównywać się do „dawnej siebie”.

Wprowadziłyśmy elementy Working Equitation. Zaczęła budować tory przeszkód. Tworzyć zadania, które angażowały konie w sposób kreatywny. Bawić się ruchem.

Nowe miejsce dało jej świeżość.

Z czasem wokół niej zaczęła tworzyć się społeczność. Regularne spotkania. Wspólne budowanie torów. Mini zawody.

To rozrosło się do małej regionalnej mikroligii.

Ewa – która kiedyś bała się wejść do boksu – stała się organizatorką wydarzeń.

Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy, powiedziała:

„Gdyby nie ten wypadek, pewnie nigdy nie odkryłabym tego wszystkiego.”

To nie znaczy, że wypadek był dobry.

To znaczy, że trauma nie zamknęła jej życia. Stała się punktem przebudowy.

To właśnie nazywamy wzrostem potraumatycznym.

Nie wracasz do starej wersji siebie.
Budujesz nową.

Jeśli jesteś dziś w miejscu, w którym lęk podpowiada Ci rezygnację — chcę Ci pokazać, że to nie musi być koniec.

Właśnie o tym będę mówić na webinarze
4 marca o 19:00.

Webinar jest darmowy.

Tym razem spotykamy się na żywo na Zoomie.
Nie będzie powtórki.
Nie będzie nagrania do obejrzenia później.
To będzie jedno, konkretne spotkanie — tu i teraz.

Rejestracja jest ultraszybka. Wejście na webinar to jedno kliknięcie w link.

Opowiem o moim podejściu do regulacji.
O tym, jak pracujemy z układem nerwowym.
Jak budować pewność siebie z koniem krok po kroku.
Jak wracać po trudnych doświadczeniach.
I jak pracować z napięciem, nawet jeśli nie masz za sobą wypadku, ale w trakcie jazdy masz blokady i ciało przejmuje kontrolę.

Niezależnie od tego, czy lęk Cię paraliżuje, czy po prostu towarzyszy Ci w tle — znajdziesz tam konkretne rozwiązania.

To ostatni darmowy webinar z tej serii.
Robię sobie po nim przerwę.

Tym razem liczba miejsc jest ograniczona, więc decyduje kolejność zgłoszeń.

Jeśli chcesz dołączyć — zapraszam Cię serdecznie.

Spotykamy się w środę, 4 marca o 19:00.

Link do rejestracji znajdziesz w komentarzu.

Adres

Szczytno
12-100

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 08:00 - 22:00
Wtorek 08:00 - 22:00
Środa 08:00 - 22:00
Czwartek 08:00 - 22:00
Piątek 08:00 - 22:00
Sobota 08:00 - 22:00
Niedziela 08:00 - 22:00

Telefon

+48535535570

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Jeździecka Przestrzeń Wsparcia - Katarzyna Jasińska umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Jeździecka Przestrzeń Wsparcia - Katarzyna Jasińska:

Udostępnij