02/10/2024
Refleksje terapeuty – odsłona 28
Przez kilka lat wspólnej podróży terapeutycznej całkiem dobrze poznałam panią Y. Wiedziałam jak się czuła, gdy opowiadała o angażowaniu się pełnym sercem w pracę zawodową. Rozumiałam co przeżywała, gdy przedstawiała swoje codzienne życie jako zaaferowanej i poświęcającej się dla rodziny matki i żony. Bez trudu mogłam sobie wyobrazić, jaką była koleżanką i przyjaciółką, jaki klimat emocjonalny rozsiewała wokoło, jak czuli się z nią jej bliscy i ci trochę dalsi.
Mogłam to wszystko wiedzieć, bo identyczną postawę prezentowała wobec mnie.
Pani Y, nie będzie mnie za tydzień w dniu naszej sesji, co z tym robimy? Oczywiście przenosimy spotkanie na inny termin, na który pani Y. była gotowa przyjść choć dobrze pamiętałam, że zwykle wtedy miała inne zobowiązania. Jeśli zdarzyło mi się być w trochę gorszej formie i komentarze na temat przeżyć pani Y. formułowałam z wysiłkiem i niemocą, zdawała się reagować na nie z większym niż zazwyczaj zaciekawieniem, jakby chcąc uchronić mnie samą przed uczuciem dyskomfortu. Limit nieobecności na sesjach nigdy nie był problemem, ponieważ pani Y. tylko raz odwołała spotkanie gdy wypadło jej zebranie w szkole u dziecka, a i wtedy dość szeroko wyjaśniała powód swojej nieobecności. Zawsze na czas, w gotowości do eksplorowania swojego wewnętrznego świata, po prostu idealna pacjentka. Wiedziałam, że w razie trudności w codziennym życiu ona zawsze jakoś sobie poradzi, a w naszej relacji zrobi wszystko aby nie dopuścić do tego, żeby mi odmówić, wyrazić niezadowolenie albo choćby zniecierpliwienie.
Irvin D. Yalom jest autorem książki „Kat miłości” którą w początkach swojej drogi zawodowej pochłonęłam w dwa wieczory, potem jeszcze raz, a i później kilkukrotnie do niej wracałam. W czasie pracy z panią Y. ten tytuł wracał do mnie za każdym razem gdy musiałam wykonać swoje niewdzięczne zajęcie polegające na pokazaniu mojej pacjentce, że na nic się zdadzą jej starania i poświęcenie. Może odmawiać sobie prawa do odpoczynku, przyjemności i szacunku jeszcze przez długie lata, ale nie zmieni to jej życia w sposób, w jaki tego pragnęła. Cały misternie konstruowany plan, zapewne w dużej części nieświadomy ale jakże precyzyjny, miał ostatecznie się okazać fikcją. Tylko jak jej to powiedzieć, żeby nie przestraszyć, nie spłoszyć, nie odbierać wartości jej wysiłkowi a jednocześnie jasno przekazać, że założenie które uczyniła prowadzi donikąd. Jak być tym „katem miłości” z wyczuciem, nie raniąc pani Y. zbyt mocno a jednocześnie na tyle dotykając jej czułe emocjonalnie miejsce, żeby przestała płacić zbyt wygórowaną cenę za coś, co miało nigdy nie nastąpić. Konia z rzędem temu kto potrafi przekazać drugiemu trudną prawdę o jego życiu, urealnić upragniony i wytęskniony cud, ale bez jednoczesnego uśmiercania nadziei na lepszą przyszłość. Wiele razy zastanawiałam się jak to zrobić, by zostać przyjętą jako osoba której słowa ostatecznie przynoszą ulgę, równocześnie pomagając pani Y. radzić sobie z trudnymi przeżyciami. Jak to przekazać, że choćby pani Y. starała się jeszcze bardziej i jeszcze dłużej i jakimś sposobem stała się naprawdę perfekcyjną żoną, matką, pracownicą czy przyjaciółką, to nigdy nie będzie kochana przez ludzi tak, jak pragnie być kochane dziecko, któremu zabrakło wystarczającego macierzyńskiego zaangażowania. A stać się to nie może, ponieważ każdy z nas ma tylko jedno dzieciństwo i choć można próbować na różne sposoby kompensować sobie niedoskonałości i braki jakich się wtedy doświadczyło, to próba odnalezienia w innych osobach kogoś, kto zastąpi tego upragnionego i kochającego bezwarunkowo rodzica jest z góry skazana na porażkę. Myślę że pani Y. starała się odnaleźć taka osobę w swojej szefowej, ale szukała jej także we mnie, dlatego z poświęceniem i bez szemrania dostosowywała się do stawianych przed nią propozycji i oczekiwań, których część sama odgadywała, zanim ja zdążyłam o nich pomyśleć. W istocie, ileż smutku było w pani Y, smutku dziecka które miało poczucie że nie jest kochane, więc założyło sobie że jeśli stanie się idealne i solidnie zapracuje, w końcu doświadczy wytęsknionej bliskości i miłości. Jak silnej tęsknoty za tymi uczuciami musiała doświadczać, choć na zewnątrz pani Y. miała szczere poczucie, że ona ze swej natury „taka po prostu jest” – miła, uczynna, pomocna, życzliwa, wyrozumiała. Już samo założenie że można zapracować sobie na miłość poprzez wyrzeczenie, poświęcenie, zaangażowanie czy perfekcjonizm jest zaprzeczeniem istoty miłości jako takiej, ponieważ człowiek jest nią obdarowywany po prostu dlatego, że jest. I tyle wystarczy. Dlatego właśnie pani Y. potrzebowała czasu na nawiązanie kontaktu z tą swoją dziecięcą częścią, aby ją w sobie rozpoznać, zrozumieć i ukoić, zamiast nadal wchodzić w powtarzalny schemat stawiania siebie na drugim miejscu, licząc że jeśli odpowiednio się postara, jej pragnienia w końcu się spełnią.
To była długa podróż, wymagająca stopniowego przygotowania pani Y. na opatrywanie starych ran, których istnienia nie była w pełni świadoma. Krok po kroku, raz z bólem i strachem a innym razem z odwagą albo złością, pani Y. godziła się z tym czego w jej życiu zabrakło i jednocześnie żegnała z tym, co miało nigdy się nie wydarzyć. Uczyła się radzenia sobie ze stratą w sposób dla siebie najlepszy, bo rozwojowy. Trudna to była droga, pełna napięć i poruszeń, smutku i żalu, by ostatecznie w zgodzie ze sobą pani Y. rozwinęła macierzyńską postawę wobec samej siebie, by odtąd mogła mieć poczucie, że jest wystarczająca.