04/03/2025
Zbierałam się do tego posta jakiś czas.
Nie wiem czy jest on “na miejscu”, ale ostatnie wydarzenia w moim życiu, rozmowy z moimi podopiecznymi bardzo mnie do tego (stety/niestety) zainspirowały.
Wybrałam zawód położnej jeszcze ucząc się w gimnazjum. Może zabrzmi to dość abstrakcyjnie, ale myśl ta przyszła i została ze mną w momencie pielgrzymki gimnazjalistów do Częstochowy. Nie byłam wtedy pewna, jaki profil wybrać w liceum, zawsze czułam się humanistką, uwielbiałam pisać, kocham poezje, ale jednocześnie fascynowała mnie biologia. I pamiętam ten moment do dziś, siedzę w autokarze i tak myślę co robić, i nagle ta myśl, eureka! Zostanę położną! I zostałam.
Poszłam na studia z potrzeby serca i umysłu. Do tej pory czasami czytam sobie sobie podręcznik do fizjologii prof. Jaworek i jestem pod wrażeniem, że tam naprawdę są odpowiedzi na prawie wszystkie pytania, bo jak nie wiem dlaczego coś się popsuło to szukam jak to działa i gdzie mógł pojawić się “błąd”. Za większość przedmiotów i prowadzących jestem naprawdę wdzięczna.
Idąc na studia i na pierwszych praktykach miałam w sobie wiele empatii. Z czasem coraz mniej.
Spytacie dlaczego mniej? Na wielu oddziałach wypalony personel wmawiał nam, że powinnyśmy zmienić zawód, bo roboty dużo, odpowiedzialność ogromna a pieniądze małe. I tak czasami dzień w dzień. Że na nic nie ma czasu. Wykonaj i udokumentuj, to było najważniejsze. Widzenie w pacjencie człowieka schodziło często na dalszy plan a wręcz było źle widziane, bo przecież pacjencie wtedy “wejdą nam na głowę”. Oczywiście nie zawsze, do dziś mam w pamięci, jak na chirurgii opiekowałam się i gawędziłam z cudowną kobietą sparaliżowaną od pasa w dół, jak śpiewałam kolędy z umierającą Panią w DPS-ie…
Kiedy poszła do pracy dopiero wtedy realnie zobaczyłam jak bardzo brakuję w szpitalu na wszystko czasu. Byłam zła, że muszę wybierać pomiędzy moim pójściem do toalety a moich podopiecznych. Czasami w czasie 12 godzinnego dyżuru ledwo znalazłam 5 minut na zjedzenie w podczas robienia dokumentacji posiłku. A i tak później wracałam do domu i tuż przed zaśnięciem przypomniałam sobie, że obiecałam kobiecie na sali 41 pomóc przystawić dziecko do piersi i tego nie zrobiłam. A naprawdę robiłam co mogłam.
I tak z czasem z powodu przemęczenia, frustracji, braku zrozumienia, wsparcia, pomału przychodziło wypalenie.
Ja wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak ważne jest przywiezienie mamie noworodka po cięciu cesarskim. (Myślałam sobie, przecież sobie odpocznie).
Nie wiedziałam, jak ważna jest obecność męża po porodzie. (Przecież podobno Ci faceci tylko przeszkadzają nam w pracy).
Nie wiedziałam jak bardzo potrzebne jest wsparcie w karmieniu piersią na starcie (Wyjdą do domu to przecież pomoże im na spokojnie położna POZ, w szpitalu nie ma na to czasu).
W dodatku przyszła pandemia. I nagle procedury stały się ważniejsze niż człowiek.
Do tej pory pamiętam jak sama osobiście “walczyłam” w drzwiach z ojcami, którzy chcieli choć na chwilę zobaczyć swoje partnerki i nowo narodzone dzieci. Dziś się tego wstydzę, ale wtedy tego ode mnie wymagano i uważałam, że robię właściwie.
A później sama zostałam mamą. I do bycia położną w szpitalu już nie wróciłam i nie wiem czy wrócę.
W ostatnim czasie miałam też wątpliwą przyjemność być po tej drugiej stronie medalu. Z jednej strony jako rodzina osoby chorej, umierającej. Jako pacjentka w trakcie trudnej diagnostyki. Jako położna czy koleżanka słuchając Waszych historii. Jako obserwująca pewne profile na instagramie. I przepraszam, ale moje doświadczenia są w większości złe. I jestem z tego powodu bardzo zła, zawiedziona i rodzi się we mnie bunt, jak można tak traktować człowieka.
I wiem, że w wielu miejscach jest lepiej. I że to wszystko to moje osobiste doświadczenia. I jestem ogromnie wdzięczna, każdej osobie pracującej w szpitalu, moim koleżankom, które robią tam świetną robotę, często kosztem swojego zdrowia psychicznego i fizycznego, hejtu ze strony współpracowników. Dzięki Wam ten świat jest lepszy. Ja nie mam tej siły, wolę pracować na własnych zasadach w środowisku, tu mi lepiej, tu czuję się bezpiecznie. Współczuję też tym wypalonym. Jak naprawdę Was rozumiem. Wiem, że łatwiej jest dać tym noworodkom na szybko butelkę, kiedy płaczą, bo jest ich 10 a Ty od 2h nie byłam w toalecie a potrzebujesz. I nie powiem, że wszystko jest kwestią organizacji, bo nie jest. Naprawdę nie chcę teraz stać się szpitalną hejterką. Bardzo chciałabym jednak współpracy, chęci zauważenia problemu, pracy krok po kroku na tyle na ile się na, autorefleksji, przysłowiowej empatii. Bo argument, że “tak zawsze było i po co to zmieniać” mnie nie przekonuje. Niestety często zauważamy to dopiero, jak sami stajemy się pacjentami bądź rodziną pacjenta.
Mea culpa