25/12/2025
Zwycięstwo światła nad ciemnością
W czasie Bożego Narodzenia zawsze czuję, jak świat robi cichy pstryk – jakby niewidzialny przełącznik przestawiał pokój z „półmroku” na „świt w trybie oszczędnym”. Nazywam to początkiem nowego kręgu słonecznego: kalendarz tego nie zarządził, to nasze ciała, jak stare anteny, wyłapują ten zwrot światła skórą, kośćmi, a nawet tą zabawną, wewnątrzwątrobową intuicją. Nasi przodkowie wiedzieli to bez opasek fitness: Celtowie, Słowianie, Egipcjanie, Etruskowie, Indianie – wszyscy gromadzili się wokół tej samej nowiny: Słońce pokonało noc, znów podpisało z nami umowę o ciepłej współpracy. My, Słowianie, nazywaliśmy to Szczodrymi Godami i oddawaliśmy cześć Welesowi, który umiał i korzenie strzec, i stada, i baśnie opowiadać i drogi poszerzać. Łamano chleb, śpiewano pieśni, dzieci mrużyły oczy od prezentów jak od pierwszego śniegu. Potem przyszedł nowy krój dla starego sensu: chrześcijaństwo objęło te dni i nadało im imię. Ale imię to tylko ubranie, oddech święta jest głębiej, w piersi.
Dziś, oczywiście, wszystko się skomplikowało: nad nami lecą plastikowe renifery, w supermarketach na duchowość obowiązuje promocja „minus 70%”, i wydaje się, że cisza to towar deficytowy. Lodówka klęcząca na zawiasach spowiada nas częściej niż ksiądz, a kuchenka z chrzęstem rozgrzesza niedosoloną winę karpia. Nie mam nic przeciwko sałatkom – jestem za sensem, który trzeba żuć dłużej niż jakiekolwiek sałatki warzywno-majonezowe. Jeśli wierzyć mojemu sercu-perkusiście, dzisiejsze bicie to marsz-parada na cześć światła, ale grać prosi nie głośniej, tylko czyściej: nastroić struny, żeby nie fałszowały.
Dla tych co lepiej słyszą – wyobraźcie sobie, że orkiestra świata wreszcie trafiła w tonację; dla wzrokowców – jak ciemny kąt pokoju nagle złapał słonecznego zajączka; dla kinestetyków – jak dłoń ogrzała się o kubek i przypomniała sobie, że ciepło ma kształt.
Kiedyś pokłóciłem się z sąsiadem o miejsce do parkowania. Staliśmy jak dwa bałwany z gorącymi sercami, para buchała z ust, argumenty ślizgały się jak po lodzie. A potem zobaczyłem w jego bagażniku małą choinkę, przewiązaną czerwoną wstążką, i to, jak troskliwie przykrywa ją starym kocem. W środku coś pstryknęło – ten sam zimowy przełącznik. Wybaczyłem. Nie z wielkoduszności, a z jasności: obaj w tamtej chwili byliśmy chłopcami niosącymi do domu kawałek lasu.
Właśnie po to są Szczodre Gody: nie po to, by dowodzić racji, lecz by zauważyć człowieka pod jego kurtką argumentów. Mówią, że Jezus nie urodził się 24 grudnia. W dzieciństwie ważne było dla mnie „kiedy”. Teraz ważniejsze jest „po co”. Jeśli święto jest punktem wejścia, to wejście otwiera się naraz do kilku pokoi. W jednym jest Betlejem, w drugim – Weles, w trzecim – twoja babcia, która trzy razy przesoliła barszcz, bo wspominała dziadka, którego już nie ma z nami. Wszystkie te pokoje łączy jeden korytarz i pachnie on chlebem, igliwiem i odrobiną elektryczności świeżych zmian.
Tak, nowoczesność kocha jarmark próżności, ale nawet na hałaśliwym bazarze można usłyszeć cienki dzwoneczek własnego sumienia. Dzwoni nienatrętnie, jak czajnik, który próbuje wyjaśnić, że jest wulkanem na emeryturze i zagotowuje się nie z kaprysu, tylko według grafiku natury.
Gdyby zapytać Welesa, gdzie jest jego świątynia, być może wskazałby na wasze stopy: ot, chodzicie – więc służycie. Gdyby zapytać niemowlę, gdzie jest jego królestwo, wskaże palcem wasze milczenie: tam, gdzie słowa nie zdążyły jeszcze wszystkiego zepsuć. A ja, Twardowski, odpowiem po prostu: dziś jest dzień, w którym warto wyjąć z kieszeni kamienie urazy, wzajemne paragony pretensji, i rozłożyć je na parapecie. Niech poleżą w świetle. Kamienie na świetle stają się lżejsze. Przebaczyć – to nie skasować pamięć, to zwolnić strażnika, który od dawna pilnuje pustego pokoju.
Sobie przebaczyć trudniej, bo jesteśmy dla siebie bardziej nieubłagani niż dla wrogów. Ale skoro Słońce co roku wstaje, to i my możemy spróbować od małego: nie besztać się za niedoskonały plan, lecz pochwalić za uczciwą próbę. I tak, życzę ci powodzenia w nadchodzącym kręgu. Ale uparcie i z miłością życzę też kilku ostrożnych upadków. Bo sukces często uczy nas bielić sufit pychy i zapominać o fundamencie. A porażka to grzeczna ziemia, która cicho mówi kolanom: „Tak wygląda oparcie”. Siniak jest podpisem rzeczywistości pod twoim dyplomem dorastania.
Niech w nowym słonecznym roku trafią ci się pytania bez natychmiastowych odpowiedzi, żeby uszy nauczyły się słuchać, oczy – widzieć, a ręce – robić. Niech zmęczy cię próżny hałas i zrozumiesz, że cisza to nie pustka, tylko pokój, w którym światło mieszka bez zbędnych słów. Jeśli dziś będziecie łamać chleb, pamiętajcie, że chleb łamie nas miękko, gdy twardniejemy. Jeśli będziecie śpiewać – śpiewajcie fałszywie, ale razem, bo w chórze nawet chrypka brzmi jak chór aniołów w filcowych kapciach. Jeśli będziecie obdarowywać – podarujcie komuś swoją uwagę, rozwińcie ją jak papier, szeleśćcie długimi rozmowami. A gdy w nocy wyjdziecie wynieść śmieci, podnieście wzrok: gwiazdy świecą bez paragonów i kart gwarancyjnych, a my jakoś im wierzymy.
Przytulam słowem, ściskam dłoń myślą, przykładam ciepłe ramię intencją. Ze świętem światła nad nocą, z pamięcią o narodzinach sensu w każdym z nas i z dobrą żartobliwością na wypadek zbyt poważnych twarzy. Wszystkim czytelnikom i wszystkim moim przyjaciołom – zdrowia, jasności, odwagi kochać i mądrości, by w porę zamilknąć. Niech wasze domy będą pełne chleba i pieśni, a serca – ścieżek, którymi zawsze można wrócić do siebie.
Z ciepłem,
Przemysław Twardowski