Psychosomatolog

Psychosomatolog Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Psychosomatolog, Usługi związane ze zdrowiem psychicznym, Hrubieszowska 7, Warsaw.

Psychosomatologia - połączenie, poszukiwanie spójności, równowagi pomiędzy objawami, fizycznymi dolegliwościami, chorobą, a tym jak to przeżywamy, co mamy zapisanie w pamięci, pomyślane wobec nas przez naszych przodków, jak toczymy nasze życie.

Ciało rodzinyRodzina długo myślała, że każdy mówi osobno.Jedno mówiło ustami.Drugie milczeniem.Trzecie krokiem.Czwarte s...
24/05/2026

Ciało rodziny

Rodzina długo myślała, że każdy mówi osobno.
Jedno mówiło ustami.
Drugie milczeniem.
Trzecie krokiem.
Czwarte snem.
Piąte skórą.
Szóste ciężarem na ramionach.
Ale to nie była prawda.
Mówiło jedno ciało.
Tylko rozpisane na kilka istnień.
Nie miało jednej twarzy, dlatego trudno było je rozpoznać. Nie miało jednego serca, dlatego nikt nie umiał go osłuchać. Nie miało jednej skóry, dlatego każdy drapał własne miejsce, myśląc, że to tylko jego świąd. Nie miało jednego gardła, dlatego każdy krztusił się czymś innym. Nie miało jednej drogi, dlatego każdy utykał w innym progu.
To ciało nie leżało na stole.
Siedziało przy wspólnym obiedzie.
Czekało w przedpokoju.
Milczało w samochodzie.
Zasypiało w osobnych pokojach.
Budziło się w cudzym napięciu.
Przechodziło przez dzieci szybciej niż przez dorosłych.
Rodzina mówiła:
to jego problem,
to jej charakter,
to dziecko jest wrażliwe,
to ojciec jest zamknięty,
to matka przesadza,
to zwykły stres,
to wiek,
to szkoła,
to praca,
to organizacja,
to trzeba po prostu leczyć,
to trzeba zrozumieć,
to trzeba przeczekać.
A ciało rodziny słuchało i milczało.
Nie obrażało się.
Ciało rzadko się obraża.
Ono czeka.
Czeka, aż ktoś zauważy, że rana jednego nie zawsze zaczyna się w jednym. Że ból nie zawsze należy tylko do tego, kto go czuje. Że objaw czasem jest jak słowo wypowiedziane przez niewłaściwe usta, bo właściwych nikt nie dopuścił do głosu.
Ciało rodziny nie pytało, kto zawinił.
Nie znało tego języka.
Znało napięcie.
Znało przepływ.
Znało zatrzymanie.
Znało ciężar.
Znało brak oddechu.
Znało skórę, przez którą wychodzi to, czego dom nie wypowiedział.
Znało serce, które próbowało pracować za rozmowę.
Znało gardło, które pilnowało słów.
Znało brzuch, który trawił nie swoje sprawy.
Znało barki, na które kładziono cudzą dorosłość.
Znało nogi, które chciały iść, ale stały przy starym układzie.
Każdy w rodzinie miał swoje ciało.
Ale nie wszystko, co w nim bolało, było tylko jego.
Czasem jedno nosiło granicę.
Drugie nosiło niewypowiedziane.
Trzecie nosiło serce domu.
Czwarte nosiło lęk przed ruchem.
Piąte nosiło ciężar przejścia.
Szóste nosiło sen, którego nikt nie mógł dospać.
I wszyscy myśleli, że to osobne historie.
Lekarz widział narząd.
Psycholog widział emocję.
Szkoła widziała zachowanie.
Rodzina widziała trudność.
Ksiądz mógł zobaczyć winę.
Dietetyk zobaczyłby rytm jedzenia.
Nauczyciel — brak skupienia.
Terapeuta — mechanizm.
Każdy mógł mieć trochę racji.
Ale ciało rodziny mówiło szerzej.
Nie mówiło jednym objawem.
Mówiło rozmieszczeniem.
Tu zatrzymał się głos.
Tu zastygł krok.
Tu przeciążyło się serce.
Tu skóra pokazała granicę.
Tu barki przyjęły zbyt wiele.
Tu brzuch nosił lęk.
Tu dziecko wypadło z rytmu, bo dorośli nie słyszeli własnego.
Ciało rodziny nie krzyczało od razu.
Najpierw szeptało.
Przez ton głosu przy śniadaniu.
Przez drzwi zamykane trochę za mocno.
Przez dziecko, które za długo siedziało w pokoju.
Przez matkę, która mówiła dużo, ale nie o tym.
Przez ojca, który robił wszystko, ale nie umiał usiąść przy tym, czego nie dało się zrobić.
Przez sen, który nie przychodził.
Przez ciało, które jadło nie z głodu.
Przez śmiech, który przychodził sekundę za wcześnie.
Przez milczenie, które było zbyt dobrze zorganizowane.
Potem mówiło głośniej.
Nie dlatego, że chciało kogoś ukarać.
Ciało rodziny nie zna kary.
Zna tylko brak przejścia.
Jeśli słowo nie przejdzie, przejdzie napięcie.
Jeśli napięcie nie przejdzie, przejdzie objaw.
Jeśli objaw nie zostanie usłyszany, przejdzie na kolejne miejsce.
Jeśli dorośli nie uniosą własnego, dziecko znajdzie sposób, żeby ciało domu stało się widoczne.
Nie z wyboru.
Z miłości?
Z lojalności?
Z biologii więzi?
Z dawnego prawa, które mówi, że małe ciała są najczulszymi membranami domu?
Może ze wszystkiego naraz.
Dziecko nie mówi wtedy:
niosę napięcie rodziny.
Mówi:
boli mnie,
nie chcę,
nie pójdę,
nie mogę zasnąć,
jestem zmęczony,
nie wiem,
zostaw mnie,
chcę jeszcze chwilę,
nic się nie stało.
A ciało rodziny mówi przez nie:
zobaczcie, że coś nie płynie.
Nie patrzcie tylko na dziecko.
Patrzcie, co przez dziecko próbuje się ujawnić.
Nie zabierajcie mu leczenia.
Nie zabierajcie mu pomocy.
Nie zabierajcie mu osobności.
Ale nie zostawiajcie go samego z objawem, który nigdy nie był tylko jego.
Rodzina zaczęła powoli rozumieć, że nie wystarczy pytać:
co komu jest?
Trzeba czasem zapytać:
gdzie mówi ciało rodziny?
Które miejsce stało się gardłem?
Które skórą?
Które sercem?
Które krokiem?
Które snem?
Które ciężarem?
Które dzieckiem stojącym na progu?
Bo ciało rodziny nie zawsze wybiera najmocniejszego.
Często mówi przez najczulszego.
Przez tego, kto pierwszy poczuje zmianę temperatury w domu.
Przez tego, kto nie umie jeszcze oddzielić własnego lęku od cudzego.
Przez tego, kto chce kochać obie strony naraz.
Przez tego, kto nie wie, że można oddać dorosłym to, co należy do dorosłych.
Przez tego, kto nie ma jeszcze języka, więc zostaje mu ciało.
A jednak ciało rodziny nie chce, żeby ktoś został jego ofiarą.
Chce zostać usłyszane.
Kiedy dorośli zaczynają słyszeć, dzieci mogą powoli wracać do własnych ciał.
Skóra może znów być skórą.
Gardło gardłem.
Serce sercem.
Brzuch brzuchem.
Nogi nogami.
Sen snem.
Objaw objawem, który się leczy — a nie jedyną drogą, przez którą dom mówi prawdę.
Wtedy rodzina nie musi szukać winnego.
Może szukać przepływu.
Nie pyta już tylko:
kto choruje?
Pyta:
co zatrzymaliśmy tak długo, że musiało rozproszyć się po nas wszystkich?
Nie po to, żeby się oskarżyć.
Po to, żeby wrócić do żywego języka.
Bo rodzina, która nie umie mówić wspólnym głosem, czasem zaczyna mówić wspólnym ciałem.
I dopiero kiedy ktoś to zobaczy, każdy może powoli odzyskiwać swoje własne.
Swoje serce.
Swoją skórę.
Swoje gardło.
Swój krok.
Swój sen.
Swoje dziecko.
Swoją drogę.
A ciało rodziny, które przez lata musiało być narratorem, może wreszcie przestać opowiadać bólem.

Opowieść jest fragmentem książki: Psychosomatologia - warsztat na granicy światów.

„Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono rządziło twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem.”

Jagnię i podręcznik picia Było kiedyś jagnię, które miało wokół siebie wielu nauczycieli.Przychodzili do niego od świtu....
16/05/2026

Jagnię i podręcznik picia

Było kiedyś jagnię, które miało wokół siebie wielu nauczycieli.
Przychodzili do niego od świtu. Jedni z księgami, inni z gwizdkami, jeszcze inni z linijką, stoperem, podręcznikiem albo serdecznym głosem, który brzmiał jak troska, a był tylko łagodniejszą odmianą rozkazu. Każdy chciał mu pomóc. Każdy wiedział lepiej. Każdy widział, że świat jest trudny, pełen wilków, przepaści, chłodu, obcych łąk, zdradliwych strumieni i źle ułożonego siana. Więc siadali przy nim i zaczynali.
Jeden uczył je, jak pić wodę.
Drugi, jak stawiać kopytka na mokrej ziemi.
Trzeci tłumaczył, jak poprawnie kłaść się w sianie, by nie przemarznąć od spodu.
Czwarty mówił o tym, jak rozpoznawać cień jastrzębia, zanim cień spadnie.
Piąty poprawiał sposób, w jaki jagnię patrzy na trawę, bo podobno nie każda zieleń jest bezpieczna.
Szósty twierdził, że trzeba je nauczyć, jak być bardziej jagnięciem, bo dzisiejsze jagnięta nie umieją już być sobą.
I tylko jagnię nic z tego nie rozumiało.
Nie dlatego, że było głupie.
Przeciwnie.
Było zbyt blisko życia, żeby od razu uwierzyć, że trzeba mu objaśniać własny oddech.
Gdy podchodziło do strumienia, nie myślało:
jak poprawnie spożyć wodę zgodnie z najnowszymi zaleceniami owczych autorytetów.
Po prostu piło.
Gdy wieczorem kładło się w sianie, nie analizowało kąta ułożenia ciała.
Po prostu czuło, gdzie jeszcze jest ciepło po dniu, gdzie pachnie słońce, gdzie można wtulić bok w miękkość, która nie pyta o teorię snu.
Gdy słyszało wiatr, nie zastanawiało się, czy został właściwie zinterpretowany.
Po prostu wiedziało, czy niesie chłód, czy zapach matki, czy zbliżającą się burzę.
Ale świat dorosłych nie ufał tej prostocie.
Świat dorosłych nie wierzył, że coś może wiedzieć przez samo bycie.
Wierzył tylko w to, co nazwane, poprawione, przećwiczone i przekazane z ust do ust przez tych, którzy nosili pieczęcie.
Dlatego jagnię rosło otoczone instrukcjami.
Mówiono mu:
nie pij za szybko, bo się zachłyśniesz.
Nie biegnij tak, bo się przewrócisz.
Nie patrz tam, bo nie wiadomo, co zobaczysz.
Nie leż tak, bo źle ci to zrobi.
Nie milcz tak długo, bo to podejrzane.
Nie becz za cicho, bo nikt cię nie usłyszy.
Nie becz za głośno, bo to przesada.
Nie idź samo, nie wracaj samo, nie śnij za mocno, nie czuj za bardzo, nie ufaj tej łące, nie ufaj tamtej chmurze, nie ufaj nawet sobie, dopóki ktoś większy nie potwierdzi, że dobrze stoisz.
I tak powoli wokół jagnięcia rosło coś dziwnego.
Nie róg.
Nie kopyto.
Tylko obca skóra.
Z początku była cienka jak mgła.
Potem gęstniała.
Aż któregoś dnia jagnię zorientowało się, że nosi na sobie futro, którego nigdy nie wybierało. Szorstkie, ciężkie, pachnące nocą, samotnością i ciągłym nasłuchiwaniem. Gdzieś po drodze tyle razy uczono je, jak nie dać się zranić, że nauczyło się nie tylko uważać, ale i warczeć. Nie tylko widzieć cień, ale być gotowym ugryźć cień, zanim ten w ogóle opadnie.
I wtedy wszyscy wokół odetchnęli z ulgą.
— No, teraz to co innego — mówili.
— Wreszcie silne.
— Wreszcie nie takie miękkie.
— Wreszcie gotowe na życie.
Nikt nie zauważył, że pod futrem nadal bije serce jagnięcia.
Biło cicho i coraz mniej wierzyło własnemu rytmowi.
Nie dlatego, że przestało być jagnięce.
Dlatego, że tyle razy mu tłumaczono, jak ma być sobą, iż zaczęło podejrzewać, że może wcale nie umie.
Aż pewnego dnia wydarzyło się coś bardzo małego.
Jagnię — już prawie niewidoczne pod tym futrem — odłączyło się od stada. Nie z buntu. Ze zmęczenia. Poszło kawałek dalej, tam, gdzie kończyły się instrukcje, bo nikt nie chciał zapuszczać się za stare kamienie. Za nimi nie było akademii. Nie było kursów poprawnego istnienia. Była tylko łąka, trochę siana i strumień, który nie znał żadnych zaleceń.
Jagnię stanęło nad wodą.
Nikt nie mówił mu, jak ma pić.
Nikt nie liczył do dziesięciu.
Nikt nie tłumaczył mechaniki przełykania.
Nikt nie ostrzegał, że źle ustawia szyję, źle rozkłada ciężar, źle ufa własnemu pragnieniu.
I wtedy stało się coś, o czym zapomniało.
Po prostu pochyliło łeb i napiło się.
Woda była chłodna, zwyczajna, prawdziwa. Nie miała komentarza. Nie miała certyfikatu. Nie miała pedagogiki. Po prostu weszła do środka i przypomniała ciału to, co ono wiedziało od początku.
Potem jagnię położyło się w sianie.
Nie konsultowało tej decyzji.
Nie opisywało jej sobie.
Nie pytało, czy dobrze układa boki.
Położyło się i nagle poczuło, że siano nie jest teorią schronienia, tylko schronieniem.
Leżało długo.
I wtedy zrozumiało bez słów coś, czego nikt nie umiał mu nauczyć:
że nie potrzebowało instrukcji, jak być jagnięciem,
tylko ciszy, w której nikt nie przeszkadza jagnięciu być.
Od tego dnia zaczęło wracać nad strumień coraz częściej. Nie po wiedzę. Po przypomnienie. Nad wodą niczego mu nie tłumaczono. W sianie niczego od niego nie wymagano. Łąka nie ustawiała granic jego oddechu. Wiatr nie pytał, czy jest dostatecznie gotowe do życia. A jednak właśnie tam uczyło się najwięcej.
Nie z nauki.
Z prawdy.
Powoli futro utkane z instrukcji zaczęło z niego schodzić. Nie całe. Nigdy nie schodzi całe. Świat raz włożonego lęku nie oddaje tak łatwo. Ale już nie rządziło każdym ruchem. Jagnię coraz lepiej rozumiało, że takie futro było ochroną, a nie istotą. Był odpowiedzią na cudzy niepokój, a nie jego własnym imieniem.
I wtedy pierwszy raz zobaczyło innych.
Mnóstwo istot chodziło po łąkach w obcych skórach. Ptaki, którym tłumaczono latanie tak długo, aż zapomniały, po co mają skrzydła. Konie, które znały wszystkie komendy, ale nie umiały już biec. Psy, które pilnowały nie wiadomo czego, bo od dawna nikt nie powiedział im, czego naprawdę mają strzec. Ludzie, którzy dostali tyle instrukcji istnienia, że zgubili samo istnienie.
Niektórzy patrzyli na jagnię z niedowierzaniem.
— Jak ty możesz tak po prostu pić?
— Jak ty możesz tak po prostu leżeć?
— Jak ty wiesz, że dobrze czujesz?
— Kto ci to powiedział?
— Gdzie to przeczytałeś?
— Kto cię tego nauczył?
A jagnię nie umiało im odpowiedzieć.
Bo jak opowiedzieć wodę temu, kto całe życie dostał tylko podręcznik picia?
Jak opowiedzieć siano temu, kto zna wyłącznie teorię komfortu?
Jak opowiedzieć bycie temu, kto od dziecka słyszał wyłącznie, jak ma być?
Więc nie odpowiadało długo.
Piło.
Leżało.
Oddychało.
I może właśnie dlatego niektórzy zaczynali płakać.
Bo patrząc na nie, przypominali sobie coś bardzo starego. Że kiedyś też tak umieli. Że zanim przyszli nauczyciele z gwizdkami, księgami, wykresami i łagodnym terrorem troski, oni też pili, leżeli, czuli, śnili bez przewodnika. Że nie zawsze potrzebowali być poprawiani. Że nie wszystko, co żywe, wymaga instrukcji.
I może od tego wszystko zaczyna się naprawdę.
Nie od tego, że człowiek nauczy się nowej wersji siebie.
Nie od tego, że dostanie lepszą interpretację.
Nie od tego, że ktoś mądrzejszy pokaże mu, jak ma być bardziej sobą.
Zaczyna się tam, gdzie ktoś przestaje tłumaczyć jagnięciu wodę
i pozwala mu pić.

„Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono rządziło twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem.”

PsychosomatologiaWarsztat na granicy światów- fragment kolejnej książkiCzułość, która czekała w środkuByła w człowieku c...
10/05/2026

Psychosomatologia
Warsztat na granicy światów
- fragment kolejnej książki

Czułość, która czekała w środku

Była w człowieku czułość.
Nie przyszła później.
Nie została wyuczona.
Nie była nagrodą za dojrzałość.
Nie pojawiła się dopiero wtedy, gdy człowiek przeczytał właściwe książki, zrozumiał swoją historię, wybaczył rodzicom, przepracował dzieciństwo albo nauczył się mówić łagodniej.
Była od początku.
Cicha, ciepła, nieco zdziwiona światem.
Nie miała jeszcze imienia. Nie wiedziała, że ludzie nazwą ją kiedyś czułością. Dla niej samej była po prostu naturalnym ruchem życia ku życiu.
Chciała dotknąć policzka matki.
Chciała wtulić się w ojca.
Chciała pogłaskać psa po grzbiecie.
Chciała położyć dłoń na brzuchu, kiedy bolało.
Chciała zatrzymać się przy płaczu.
Chciała przykryć kogoś kocem.
Chciała powiedzieć: „jestem”.
Chciała nie spieszyć się z człowiekiem.
Nie była słaba.
Ludzie często mylą czułość ze słabością, bo widzą w niej miękkość. Ale czułość nie jest miękka dlatego, że nie ma siły. Jest miękka dlatego, że nie musi nikogo pokonać.
Nie musi zwyciężyć.
Nie musi mieć racji.
Nie musi zamienić bólu w projekt.
Nie musi poprawić człowieka, zanim przy nim usiądzie.
Nie musi udowodnić, że zasługuje na miejsce.
Czułość była w człowieku jak mała izba z ciepłym światłem.
Nie wielka sala.
Nie świątynia.
Nie gabinet.
Nie scena.
Izba.
Z drewnianą podłogą, niskim stołem, dzbankiem wody, miską, kawałkiem płótna i krzesłem, na którym można było usiąść bez powodu. W tej izbie nic nie trzeba było natychmiast rozumieć. Można było przyjść z rozdartym kolanem, z zawstydzoną twarzą, z gniewem, z głupim słowem wypowiedzianym za szybko, z wynikiem badania, z tęsknotą, z porażką, z pragnieniem, z ciałem, które nie wiedziało, czy wolno mu jeszcze odpocząć.
Czułość nie pytała najpierw:
dlaczego tak zrobiłeś?
Pytała raczej:
gdzie cię boli?
Nie po to, żeby natychmiast uleczyć.
Po to, żeby człowiek nie został sam przy bólu.
Ale człowiek szybko nauczył się zamykać drzwi do tej izby.
Nie dlatego, że jej nie chciał.
Nie dlatego, że nią gardził.
Nie dlatego, że była nieprawdziwa.
Po prostu świat od początku często mówił mu, że na czułość nie ma czasu.
Najpierw przyszła surowość.
Weszła do człowieka wcześnie, w butach, nie zdejmując płaszcza. Usiadła przy stole i powiedziała:
— Nie przesadzaj.
Czułość podniosła głowę.
— On płacze — powiedziała.
— Wiem — odparła surowość. — Ale jeśli będzie płakał za długo, nikt go nie wytrzyma.
Od tej pory surowość zaczęła pilnować łez.
Nie wszystkie puszczała.
Niektóre cofała do gardła.
Niektóre zamieniała w złość.
Niektóre w żart.
Niektóre w milczenie.
Czułość siedziała w izbie i czekała, aż człowiek przyjdzie po płaczu, ale człowiek coraz częściej przechodził obok drzwi.
Nie teraz.
Potem przyszło zawstydzenie.
Było bardziej eleganckie niż surowość. Nie krzyczało. Nie musiało. Wystarczyło, że uniosło brew.
— Naprawdę tego potrzebujesz? — pytało.
— Naprawdę chcesz, żeby ktoś cię przytulił?
— Naprawdę zabolało cię aż tak?
— Naprawdę chcesz powiedzieć, że się boisz?
Czułość chciała odpowiedzieć:
tak.
Ale człowiek nauczył się odpowiadać szybciej:
nie, nic się nie stało.
Zawstydzenie było zadowolone.
Od tej pory czułość nie mogła już tak łatwo wyjść do pragnienia. Gdy tylko zbliżała się do drzwi, zawstydzenie stawało obok i pytało:
— A jeśli ktoś to zobaczy?
Czułość cofała się nie dlatego, że przestawała być prawdziwa. Cofała się dlatego, że nie chciała narazić człowieka na kolejne upokorzenie.
Potem przyszła odpowiedzialność.
Ta była najtrudniejsza, bo wyglądała szlachetnie. Miała czyste dłonie, prostą postawę i głos, któremu trudno było odmówić.
— Później — mówiła do czułości. — Teraz trzeba się zająć innymi.
I czułość rozumiała.
Trzeba było uspokoić matkę.
Trzeba było nie dokładać ojcu.
Trzeba było być rozsądnym dzieckiem.
Trzeba było pomóc.
Trzeba było nie robić kłopotu.
Trzeba było wytrzymać.
Trzeba było przetrwać dzień, rozmowę, szkołę, dom, relację, pracę.
Czułość nie sprzeciwiała się odpowiedzialności. Sama była przecież zdolna do opieki. Lubiła przykrywać innych kocem. Lubiła nalać herbaty. Lubiła zostać przy kimś, kto drży.
Ale zauważyła, że odpowiedzialność nigdy nie mówiła:
teraz ty.
Zawsze ktoś inny był pierwszy.
Czułość czekała więc w środku z kocem, którego człowiek nie brał dla siebie.
Potem przyszła funkcja.
Funkcja nie była zła. Była po prostu bardzo zajęta.
— Musimy działać — mówiła. — Nie możemy się rozklejać.
To ona nauczyła człowieka wstawać rano, odbierać telefony, prowadzić samochód, pracować, odpowiadać na wiadomości, rozwiązywać sprawy, utrzymywać dom, opiekować się innymi, kończyć książki, przyjmować ludzi, patrzeć uważnie, nie rozpadać się w środku cudzych historii.
Funkcja była użyteczna.
Dzięki niej człowiek przeżył wiele dni, których sama czułość mogłaby nie unieść.
Ale funkcja miała jedną wadę: nie wiedziała, kiedy przestać.
Z czasem zaczęła mówić nawet wtedy, gdy dzień się kończył:
jeszcze.
Jeszcze odpowiedz.
Jeszcze wytrzymaj.
Jeszcze zobacz.
Jeszcze pomóż.
Jeszcze zrozum.
Jeszcze nie kładź się.
Jeszcze nie czuj.
Czułość stała w drzwiach izby i szeptała:
wystarczy.
Funkcja jej nie słyszała.
Albo słyszała, ale uważała, że czułość przyda się później, kiedy wszystko będzie zrobione.
Tylko że wszystko nigdy nie było zrobione.
Potem przyszła walka.
Walka nie znosiła czułości, bo uważała ją za niepraktyczną.
— Jeśli ciało ma niedobór, trzeba je naprawić.
— Jeśli jest słabość, trzeba ją przezwyciężyć.
— Jeśli pojawia się lęk, trzeba go pokonać.
— Jeśli człowiek nie daje rady, trzeba go zmobilizować.
— Jeśli jest błąd, trzeba go usunąć.
— Jeśli jest rana, trzeba ją zaleczyć jak najszybciej, żeby nie przeszkadzała.
Czułość patrzyła na walkę spokojnie.
Wiedziała, że walka czasem jest potrzebna. Są chwile, gdy trzeba działać szybko. Gdy trzeba zatrzymać krwawienie, zamknąć drzwi, uciec, powiedzieć nie, zadzwonić po pomoc, przeciąć przemoc, odejść od stołu, przy którym człowiek jest niszczony.
Ale walka nie umiała być tylko chwilą.
Chciała zostać klimatem.
Zaczęła walczyć także z tym, co prosiło jedynie o uwagę.
Z ciałem.
Ze zmęczeniem.
Ze starzeniem się.
Z łzą.
Z samotnością.
Z potrzebą.
Z własnym odbiciem w lustrze.
Czułość próbowała powiedzieć:
nie wszystko, co słabnie, jest wrogiem.
Ale walka była głośna.
Człowiek długo jej wierzył, bo walka dawała poczucie sprawczości. Można było zacisnąć zęby, ułożyć plan, ruszyć do przodu, poprawić wynik, ukryć drżenie, zapanować nad twarzą.
Czułość nie dawała takiego poczucia.
Dawała coś trudniejszego.
Bliskość.
A bliskość z samym sobą bywa bardziej przerażająca niż walka.
Bo gdy człowiek walczy ze sobą, nie musi od razu poczuć, jak bardzo był sam.
Potem przyszło widzenie.
Widzenie było darem, ale też bywało ostrzem.
Człowiek nauczył się widzieć bardzo dużo. Widział napięcie w cudzych barkach, kłamstwo w oddechu, smutek pod śmiechem, obronę w geście, lęk w słowie wypowiedzianym za szybko. Widział innych, zanim oni sami zdążyli się zobaczyć.
Czułość cieszyła się z widzenia.
Myślała, że skoro człowiek tak dobrze widzi innych, kiedyś zobaczy również ją.
Ale widzenie często szło na zewnątrz.
Do ludzi.
Do ich historii.
Do ich ciał.
Do ich drżenia.
Do ich chaosu.
Do ich dzieci.
Do ich matek, ojców, miłości, objawów, strat.
Czułość czekała, aż wzrok wróci do środka.
Nie wracał od razu.
Człowiek potrafił rozpoznać cudzy brak ciepła, ale własne zmarznięcie nazywał skupieniem. Potrafił zobaczyć cudze odkształcenie, ale własny ścisk nazywał stylem. Potrafił przyjąć cudzy płacz, ale własną łzę traktował jak zakłócenie.
Czułość nie miała o to pretensji.
Czułość rzadko ma pretensje.
Ona raczej czeka, aż człowiek przestanie mylić ostrość spojrzenia z obecnością przy sobie.
Potem przyszła duma.
Duma była cicha.
Nie mówiła: jestem lepszy.
Mówiła:
poradzę sobie sam.
Nie potrzebuję.
Nie będę wołał.
Nie będę się skarżył.
Nie będę robił sceny.
Nie będę używał bólu, żeby ktoś mnie zobaczył.
Nie będę chorobą prosił o miłość.
Nie będę ciężarem.
Czułość szanowała dumę, bo wiedziała, że często chroniła ona człowieka przed upokorzeniem.
Ale z czasem duma zaczęła zamykać nawet te drzwi, przez które mogła wejść łagodność.
Człowiek nie wołał na zewnątrz: ratujcie.
To było dobre.
Ale czasem nie wołał także do środka:
podejdź bliżej.
A czułość była właśnie tym bliżej.
Nie była tłumem biegnącym z pomocą.
Nie była dramatem.
Nie była publicznym odsłonięciem rany.
Była cichym ruchem dłoni na własnym czole.
Była pytaniem:
czego ci brakuje?
Była zgodą na to, że ciało ma swoje lata, kości swoje potrzeby, krew swoje niedobory, serce swoje zmęczenia, prostata swój ciężar, sen swoją prawdę, a głowa po dniu pełnym znaczeń może potrzebować wody, nie kolejnej myśli.
Czułość chciała być bardzo prosta.
Umyć głowę.
Zrobić zupę.
Położyć dłoń na mostku.
Nie sprawdzać telefonu.
Wyjść na spacer.
Usiąść.
Przykryć ciało.
Powiedzieć: dziś już wystarczy.
Nie robić z objawu wroga.
Nie robić z wyniku oskarżenia.
Nie robić z siebie zadania.
Ale człowiek nie zawsze wiedział, że to właśnie ona.
Myślał, że czułość musi być wzniosła.
Że przyjdzie jako wielkie pojednanie, głęboki wgląd, przebaczenie, przełom, rytuał, łzy, które wszystko oczyszczą.
A ona najczęściej przychodziła skromniej.
Jako ciepła woda.
Jako kompot z rabarbaru.
Jako krzesło na tarasie.
Jako chwila, w której nie trzeba niczego zrobić.
Jako zdanie: nie musisz teraz iść dalej.
Jako oddech, który schodzi niżej, bo nikt go nie pogania.
Czułość była w człowieku cały czas.
Nie starzała się tak jak ciało.
Raczej dojrzewała w ciszy, czekając, aż człowiek przestanie się jej bać.
Bo człowiek bał się czułości bardziej, niż myślał.
Bał się, że jeśli będzie dla siebie czuły, rozpadnie się.
Że jeśli przestanie się terroryzować, straci dyscyplinę.
Że jeśli usiądzie obok własnego bólu, nie wstanie.
Że jeśli przyzna, że potrzebuje ciepła, stanie się zależny.
Że jeśli pogłaszcze własne ciało, zdradzi swoją twardość.
Że jeśli powie sobie „biedny byłeś”, cofnie się do dzieciństwa i już z niego nie wyjdzie.
Czułość wiedziała, że to nieprawda.
Ale nie mogła tego udowodnić siłą.
Czułość nie umie wejść przemocą.
Nie umie wyważyć drzwi.
Nie umie krzyczeć głośniej niż surowość.
Nie umie wygrać z terrorem jego własną metodą.
Może tylko być.
Stać po drugiej stronie drzwi.
Czasem pukać bardzo lekko.
Przez wzruszenie przy opowieści o starej kobiecie.
Przez łzę, która przyszła niespodziewanie.
Przez potrzebę umycia głowy po dniu nadmiaru.
Przez uśmiech pacjentki, która mówi: „no pewnie”, gdy ktoś pyta, czy chce się ogrzać.
Przez wynik badania, który nie staje się paniką, tylko zaproszeniem do bliższego zamieszkania ciała.
Przez zmęczenie, które już nie chce być nazwane lenistwem.
Przez dziecko wewnątrz człowieka, które nie chce już przechodzić przez zbyt wąskie drzwi.
Czułość pukała.
Czasem przez całe życie.
Aż pewnego dnia człowiek nie miał już siły dalej się bić.
To był ważny dzień.
Nie dlatego, że wszystko zrozumiał.
Raczej dlatego, że terror się zmęczył.
Surowość usiadła pod ścianą.
Walka odłożyła narzędzia.
Funkcja nie znalazła już kolejnego zadania wystarczająco pilnego.
Odpowiedzialność milczała, bo nikt nie wołał z zewnątrz.
Duma nadal stała blisko drzwi, ale już nie zamykała ich na klucz.
I wtedy człowiek usłyszał czułość.
Nie jako głos.
Jako temperaturę.
Coś w środku nie naciskało.
Nie kazało.
Nie oskarżało.
Nie mówiło: tyle lat mnie nie wpuszczałeś.
Nie wypominało.
Nie domagało się przeprosin.
Nie triumfowało.
Czułość nie powiedziała:
wreszcie.
Powiedziała:
jestem.
Człowiek nie wiedział, co zrobić.
Był przyzwyczajony, że każde spotkanie czegoś chce. Każda siła w nim czegoś żądała. Surowość żądała poprawy. Walka żądała zwycięstwa. Funkcja żądała działania. Odpowiedzialność żądała niesienia. Wstyd żądał ukrycia. Duma żądała samowystarczalności.
A czułość niczego nie żądała.
To było prawie nie do zniesienia.
— To co mam teraz zrobić? — zapytał człowiek.
— Nic — powiedziała czułość. — Najpierw posiedź.
Usiadł.
Nie od razu wygodnie. Ludzie, którzy długo byli wobec siebie surowi, nie umieją od razu usiąść przy czułości. Siadają jak goście w domu, który formalnie należy do nich, ale którego dawno nie odwiedzali. Nie wiedzą, gdzie położyć ręce. Nie wiedzą, czy wolno im westchnąć. Nie wiedzą, czy zaraz nie przyjdzie ktoś i nie powie: dość tego, trzeba działać.
Czułość postawiła przed nim szklankę.
Nie wiadomo, czy był w niej kompot z rabarbaru, woda, herbata czy coś jeszcze prostszego.
Było ciepło.
Albo może kwaśno-słodko.
— Nie wiem, czy zasługuję — powiedział człowiek.
Czułość popatrzyła na niego zdziwiona.
— Na co?
— Na to.
— Na szklankę?
Człowiek chciał odpowiedzieć poważnie, ale nie umiał.
Bo nagle zobaczył, jak absurdalne było całe jego życie pod tym względem. Ile razy próbował zasłużyć na coś, co powinno być podane przed rozmową. Na ciepło. Na obecność. Na odpoczynek. Na łagodność. Na to, żeby nie być od razu poprawianym.
— Nie trzeba zasługiwać na ciepło — powiedziała czułość.
Człowiek milczał.
Nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia.
Dlatego, że jeśli powiedziałby za dużo, znowu zamieniłby czułość w rozumienie. A ona nie przyszła po to, żeby zostać zrozumiana.
Przyszła, żeby być przyjęta.
Siedzieli więc razem.
Człowiek i jego czułość.
Za drzwiami nadal był świat.
Domy z wąskimi drzwiami.
Ludzie, którzy chcieli, żeby mówił ostrożniej, niż czuł.
Ciała wymagające uwagi.
Praca.
Dzieci.
Przeszłość.
Kobiety.
Ojciec.
Matka.
Pamięć.
Objawy.
Książki.
Nieodpisane wiadomości.
Niewypowiedziane zdania.
Starzenie się.
Poranki.
Wieczory.
Nic nie zniknęło.
Czułość nie jest magią.
Nie sprawia, że życie przestaje być ciężkie.
Sprawia tylko, że człowiek nie dokłada do ciężaru własnej ręki z batem.
Po jakimś czasie człowiek zapytał:
— Czy ty zawsze tu byłaś?
— Tak.
— Nawet wtedy, kiedy byłem dla siebie okrutny?
— Wtedy najbardziej.
— Dlaczego nie przyszłaś?
Czułość długo milczała.
— Przychodziłam — powiedziała w końcu. — Tylko ty brałeś mnie za słabość.
Człowiek spuścił głowę.
Nie ze wstydu.
Raczej ze smutku po latach, w których najwierniejsza część jego wnętrza stała za drzwiami, a on wpuszczał do środka wszystkich strażników.
Surowość.
Wstyd.
Walkę.
Funkcję.
Dumę.
Odpowiedzialność bez końca.
A czułość czekała.
Prawdziwa.
Piękna.
Nieuszkodzona w swoim rdzeniu.
Może tylko zakurzona.
Może przyciśnięta.
Może bez przejścia.
Może zepchnięta do izby, do której człowiek bał się wejść, bo myślał, że znajdzie tam rozpacz.
A znalazł krzesło.
Szklankę.
Ciepło.
I siebie, który po raz pierwszy od dawna nie musiał być lepszy, żeby zostać przyjęty.
Czułość nie powiedziała mu, że wszystko jest dobrze.
Nie kłamała.
Wiedziała, że nie wszystko było dobrze. Wiedziała o zaniedbanym ciele, o ostrych słowach, o latach milczenia, o pierwszych zdradach własnego głosu, o chorobie używanej czasem jako prośba o widzenie, o relacjach, w których człowiek oddawał za dużo, o dziecku, które kiedyś musiało się ścisnąć.
Ale czułość nie potrzebowała, żeby wszystko było dobrze, zanim mogła usiąść obok.
To właśnie odróżnia ją od surowości.
Surowość mówi:
popraw się, wtedy przyjdę.
Czułość mówi:
przyjdę, żebyś nie musiał poprawiać się przemocą.
I może dopiero wtedy człowiek mógł naprawdę zobaczyć siebie.
Nie jak projekt.
Nie jak winnego.
Nie jak przypadek do naprawy.
Nie jak ciało z parametrami.
Nie jak historię do przepracowania.
Nie jak kogoś, kto powinien już dawno być dalej.
Zobaczył siebie jak kogoś, kto długo wracał z zimna.
A komuś, kto długo wracał z zimna, nie mówi się od razu:
dlaczego tak długo cię nie było?
Najpierw zdejmuje się z niego mokry płaszcz.
Podaje coś ciepłego.
I mówi:
usiądź.
Nie musisz teraz opowiadać wszystkiego.
Czułość właśnie tym była.
Miejscem w człowieku, które mówiło:
usiądź.
Nie po to, żeby zostać na zawsze w bólu.
Po to, żeby wreszcie nie wychodzić z niego samotnie.

„Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono rządziło twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem.”

03/05/2026

Psychosomatologia - warsztat na granicy światów

Człowiek, który ważył cegły

Był człowiek, który przez długi czas myślał, że musi siebie zbudować.
Tak mu mówiono.
Zbuduj siebie.
Zbuduj charakter.
Zbuduj życie.
Zbuduj pozycję.
Zbuduj dom.
Zbuduj pewność.
Zbuduj nazwisko.
Zbuduj spokój.
Zbuduj coś, po czym będzie widać, że jesteś.
Więc próbował.
Zbierał cegły.
Nie wszystkie wybrał sam.
Niektóre dostał bardzo wcześnie, zanim jeszcze umiał je podnieść. Ktoś położył je obok jego łóżka, na progu pokoju, w rękach, na plecach, w brzuchu, w gardle. Ktoś powiedział: to się przyda. Ktoś inny: to twoje. Jeszcze ktoś: tego nie wolno oddać. A on był za mały, żeby zapytać, czy naprawdę.
Pierwsza cegła była po ojcu.
Ciężka.
Miała kolor milczenia. Leżała długo w miejscu, gdzie u innych ludzi rośnie głos. Kiedy próbował mówić o strachu, cegła podnosiła się w gardle i mówiła za niego: nie przesadzaj. Kiedy chciał płakać, mówiła: wytrzymaj. Kiedy chciał poprosić, mówiła: poradź sobie.
Przez wiele lat myślał, że ta cegła jest siłą.
Dopiero później zobaczył, że była także zamknięciem.
Druga cegła była po matce.
Nie była tak twarda z zewnątrz, ale ważyła więcej, niż się wydawało.
Miała na sobie napis: nie zawiedź mnie.
Nosił ją blisko serca. Tak blisko, że czasem myślał, że to serce. Gdy ktoś go potrzebował, cegła robiła się gorąca. Gdy ktoś cierpiał, ciążyła mocniej. Gdy chciał odejść, odpocząć, wybrać siebie, szeptała: jeśli odejdziesz, ktoś się rozpadnie.
Przez wiele lat myślał, że ta cegła jest miłością.
Dopiero później zobaczył, że miłość nie zawsze waży tyle.
Trzecia cegła była po domu.
Z niej zbudowano wiele zdań.
U nas się tak nie robi.
U nas się nie mówi.
U nas trzeba wytrzymać.
U nas nie wolno się wynosić ponad innych.
U nas nie wolno pokazać, że boli.
U nas ludzie jakoś żyją.
Ta cegła była dziwnie praktyczna. Pasowała do wielu miejsc. Można ją było włożyć w relację, w pracę, w milczenie przy stole, w sposób chodzenia, w sposób oddychania. Długo wydawało mu się, że bez niej wszystko się rozsypie.
Dopiero później zobaczył, że ona nie trzymała domu.
Ona trzymała go w domu, z którego dawno powinien był wyjść.
Czwarta cegła była po Kościele albo po czymś, co udawało głos Boga, choć częściej było głosem cudzej kontroli.
Miała zapach winy.
Nie wolno.
Nie wypada.
Nie godzi się.
Powinieneś.
Musisz przebaczyć.
Musisz być dobry.
Musisz być czysty.
Musisz uważać na swoje pragnienia.
Ta cegła była bardzo stara. Nosiło ją wielu przed nim. Miała starte krawędzie od rąk pokoleń, które przekazywały ją sobie jak święty ciężar.
Przez wiele lat myślał, że jest sumieniem.
Dopiero później zobaczył, że sumienie oddycha, a ta cegła tylko naciska.
Były też cegły z dzieciństwa.
Jedna z pierwszego zawstydzenia.
Jedna z pierwszego odrzucenia.
Jedna z głosu nauczyciela.
Jedna z korytarza, na którym ktoś się śmiał.
Jedna z wieczoru, gdy nikt nie przyszedł.
Jedna z dnia, kiedy musiał być dzielny za wcześnie.
Jedna z chwili, gdy zrozumiał, że dorośli też się gubią, ale dzieci płacą za to ciałem.
Cegły gromadziły się w nim latami.
Niektóre układał sam.
Niektóre przynosiło życie.
Niektóre dostał od ludzi, którzy twierdzili, że chcą dla niego dobrze.
Niektóre spadły na niego bez słowa.
Z czasem zaczął z nich coś budować.
Najpierw mur.
Nie wiedział, że to mur.
Myślał, że to charakter.
Człowiek często tak robi.
Układa z dawnych ciężarów coś, co z zewnątrz wygląda jak spójność.
Jestem taki.
Jestem silny.
Jestem odpowiedzialny.
Nie potrzebuję wiele.
Nie ufam łatwo.
Nie pokazuję słabości.
Nie proszę.
Nie płaczę.
Nie wracam.
Nie wybaczam.
Nie daję się.
Nie mówię o sobie za dużo.
Każde „jestem” było cegłą.
Każde „nie” było fugą.
Mur rósł.
Z zewnątrz mógł wyglądać dobrze.
Prosto.
Solidnie.
Męsko albo kobieco.
Rozsądnie.
Dojrzale.
Bezpiecznie.
Jak ktoś, kto wie, gdzie kończy się świat i gdzie zaczyna jego własna twierdza.
Ale w środku robiło się coraz mniej powietrza.
Człowiek nie od razu rozpoznaje, że budując siebie, może się obmurować.
Na początku mur pomaga.
Chroni przed spojrzeniem.
Przed cudzym żądaniem.
Przed powtórzeniem dawnej rany.
Przed prośbą, której nie umiałby odmówić.
Przed bliskością, która mogłaby zobaczyć za dużo.
Mur mówi:
tu jestem bezpieczny.
Ale z czasem to, co chroniło, zaczyna zasłaniać.
Nie widać słońca.
Nie słychać ludzi.
Nie dochodzi czułość.
Nie wychodzi głos.
Człowiek siedzi w budowli z własnej historii i mówi:
taki jestem.
A tak naprawdę nie wie już, gdzie kończy się on, a gdzie zaczynają się cegły.
Pewnego dnia przyszedł moment, w którym nie mógł już dokładać.
Nie dlatego, że zabrakło materiału.
Materiału było aż za dużo.
Właśnie dlatego.
Wszystko ważyło.
Każda nowa decyzja ciążyła jak stara historia. Każde spotkanie uruchamiało jakąś cegłę. Każde słowo drugiego człowieka trafiało w mur i odbijało się echem dawnych głosów.
Ktoś mówił: chodź.
On słyszał: stracisz siebie.
Ktoś mówił: zostań.
On słyszał: będziesz uwięziony.
Ktoś mówił: powiedz prawdę.
On słyszał: zostaniesz zawstydzony.
Ktoś mówił: potrzebuję cię.
On słyszał: będziesz musiał mnie nieść.
Ktoś mówił: kocham.
On sprawdzał, ile taka cegła waży.
I wtedy zrozumiał, że nie może dalej budować siebie z każdej rzeczy, którą w sobie znajdzie.
Usiadł pośród cegieł.
Pierwszy raz nie po to, żeby je układać.
Po to, żeby je ważyć.
To nie było ważenie na wadze.
Nie miał urządzenia, które pokazałoby liczbę. Nie było jednostek. Nie było skali od jednego do dziesięciu. Nie było specjalisty, który powiedziałby: ta cegła to trauma, ta to mechanizm, ta to zasób, ta to obrona, ta to rodzaj przywiązania.
Siedział sam.
Brał cegłę do rąk.
I pytał.
Czy to jest moje?
Nie w sensie: czy wydarzyło się w moim życiu.
Wiele rzeczy wydarza się w życiu człowieka, ale nie wszystko jest nim.
Pytał głębiej:
czy to mnie buduje, czy tylko przygniata?
Czy to jest fundament, czy ciężar?
Czy to jest pamięć, czy wyrok?
Czy to jest granica, czy mur?
Czy to jest odpowiedzialność, czy cudzy lęk włożony mi w ręce?
Czy to jest miłość, czy obowiązek przebrany za miłość?
Czy to jest siła, czy zbroja, której zapomniałem zdjąć?
Czy to jest serce, czy cegła położona na sercu?
To było odkrywanie.
Nie poznawanie siebie w takim sensie, w jakim człowiek poznaje swoje cechy, skłonności, słabości, typy, wzorce i historie.
Odkrywanie było inne.
Bardziej jak zdejmowanie ziemi z czegoś, co było przykryte. Jak odsłanianie schodów pod piaskiem. Jak odgarnianie liści z progu, którego dawno nikt nie widział. Jak wyjmowanie cegły po cegle z miejsca, które przez lata uchodziło za twarz.
Człowiek nie pytał już:
jaki jestem?
Pytał:
co we mnie nie jest mną, choć przez lata tak się przedstawiało?
To było trudniejsze.
Bo łatwiej jest dołożyć definicję niż odłożyć ciężar.
Łatwiej powiedzieć: jestem taki, niż zobaczyć, że „taki” był tylko starym sposobem przetrwania.
Wziął do rąk cegłę po ojcu.
Była zimna.
Przez wiele lat budował z niej swoją powagę. Układał ją w głosie, w plecach, w sposobie milczenia. Dzięki niej ludzie nie podchodzili za blisko. Dzięki niej nie musiał tłumaczyć, że czasem się boi. Dzięki niej mógł udawać, że niczego nie potrzebuje.
Ważył ją długo.
Zobaczył, że nie cała jest do wyrzucenia.
Była w niej wytrzymałość.
Była zdolność stania w trudzie.
Był jakiś rdzeń, który nie rozpadł się przy pierwszym wietrze.
Ale była też martwa część.
Zakaz łez.
Pogarda dla prośby.
Lęk przed miękkością.
Milczenie, które raniło tych, którzy czekali na słowo.
Więc nie odłożył całej cegły.
Rozbił ją.
Nie młotem gniewu.
Raczej powoli, cierpliwie, jak ktoś, kto rozdziela ziarno od kamienia.
Zostawił wytrzymałość.
Odłożył zakaz czułości.
Potem wziął cegłę po matce.
Ta była cieplejsza.
I bardziej niebezpieczna.
Bo cegły z miłości trudniej odłożyć niż cegły z przemocy. Człowiek czuje wtedy, że jeśli odłoży ciężar, zdradzi osobę, od której go dostał.
Trzymał ją przy piersi.
Słyszał:
nie zawiedź mnie.
Słyszał także:
bądź blisko.
Słyszał:
nie odchodź.
Słyszał:
jeśli pójdziesz swoim życiem, moje życie zostanie puste.
Przez wiele lat myślał, że niesienie tej cegły jest dowodem serca.
Teraz zobaczył, że serce nie potrzebuje cegły, żeby pamiętać.
Miłość nie musi oznaczać noszenia cudzej niemożności.
Odłożył cegłę bardzo ostrożnie.
Jakby odkładał śpiące dziecko.
I wtedy poczuł ból.
Bo odłożenie ciężaru nie zawsze daje natychmiastową ulgę.
Czasem najpierw pojawia się żałoba.
Przez lata człowiek nie wie, kim będzie bez ciężaru, który uważał za miłość.
Potem wziął cegłę z napisem: muszę.
Ta była ogromna.
Z niej zbudował wiele lat.
Muszę wytrzymać.
Muszę zrozumieć.
Muszę pomóc.
Muszę nie zawieść.
Muszę być silny.
Muszę wiedzieć.
Muszę nie potrzebować.
Muszę dokończyć.
Muszę jeszcze trochę.
Muszę nie robić kłopotu.
Cegła była tak ciężka, że nie potrafił długo trzymać jej w dłoniach. Położył ją na ziemi i usiadł obok.
Patrzył na nią jak na starego pana domu.
Przez lata rządziła wszystkim.
Nie była zła od początku.
Kiedyś pomogła mu przeżyć. Dzięki niej wstawał, kiedy nie miał siły. Robił rzeczy, które trzeba było zrobić. Nie rozpadał się przy innych. Był potrzebny, skuteczny, odpowiedzialny.
Ale „muszę” ma jedną wadę.
Nie wie, kiedy skończyć.
Chce być potrzebne nawet wtedy, gdy człowiek mógłby już powiedzieć: chcę, wybieram, nie chcę, nie mogę, nie teraz, nie moje.
Pod cegłą „muszę” znalazł coś małego.
Nie od razu rozpoznał.
Było przykryte, blade, trochę zgniecione.
To było „chcę”.
Nie wielkie.
Nie egoistyczne.
Nie kapryśne.
Po prostu żywe.
Dziwnie było zobaczyć, że własne „chcę” przez lata leżało pod obowiązkiem jak roślina pod kamieniem.
Nie wiedział jeszcze, co z nim zrobić.
Ale nie przykrył go z powrotem.
To był początek.
Potem brał następne cegły.
Cegłę wstydu.
Ta była lepka.
Nie chciała się odkleić od dłoni. Mówiła: nie patrz na mnie, ale jednocześnie sprawiała, że wszystko patrzyło przez nią. Każde pragnienie robiło się podejrzane. Każda nagość niebezpieczna. Każda prośba zbyt odsłonięta. Każde słowo o sobie za duże.
Ważył ją i zobaczył, że wstyd nie zawsze był wrogiem.
Czasem chronił delikatność przed światem, który był zbyt brutalny.
Ale wstyd pozostawiony sam sobie zaczyna bronić także przed życiem.
Zostawił z niej ostrożność.
Odłożył pogardę dla siebie.
Cegła gniewu była gorąca.
Parzyła.
Chciał ją odrzucić od razu, bo bał się, że zrobi komuś krzywdę.
Ale kiedy ją zważył, odkrył, że w środku jest granica.
Nie cała.
Dużo było tam starego ognia, który palił na oślep. Ale w samym środku leżało zdanie: nie wolno już dalej przez mnie przechodzić.
Zostawił to zdanie.
Odłożył ogień, który chciał spalić każdego, kto przypominał dawną ranę.
Cegła lęku była lekka i ciężka jednocześnie.
Dziwna.
Jakby nie miała masy, a jednak odbierała siłę. Nie dało się jej ustawić stabilnie. Gdy kładł ją na ziemi, turlała się. Gdy chował ją pod innymi cegłami, w nocy wracała do rąk.
Lęk nie chciał być budulcem.
Lęk chciał być usłyszany.
Gdy wreszcie położył go przed sobą i powiedział: widzę cię, cegła zmniejszyła się trochę.
Nie zniknęła.
Ale przestała udawać fundament.
Cegła z napisem: taki jestem — była najpodstępniejsza.
Wyglądała jak prawda.
Miała dobrze wyryte litery.
Taki jestem.
Nieufny.
Zamknięty.
Samowystarczalny.
Niecierpliwy.
Surowy.
Niezależny.
Trudny.
Zawsze odpowiedzialny.
Zawsze gotowy.
Zawsze trochę osobno.
Przez lata pokazywał tę cegłę ludziom jak dokument tożsamości.
Kiedy ktoś chciał podejść bliżej, mówił:
taki jestem.
Kiedy ktoś mówił, że go zranił, mówił:
taki jestem.
Kiedy życie prosiło go o zmianę, mówił:
taki jestem.
Teraz zważył tę cegłę i zobaczył, że to nie dokument.
To była etykieta przyklejona do starych obron.
Nie odłożył jej od razu.
Człowiek boi się odłożyć „taki jestem”, bo wtedy przez chwilę nie wie, kim jest.
A niewiedza o sobie może być bardziej przerażająca niż najcięższa tożsamość.
Siedział więc długo.
Aż w końcu odwrócił cegłę na drugą stronę.
Z tyłu nie było napisu.
Było puste miejsce.
Puste miejsce okazało się bardziej żywe niż cała definicja.
Tam mógł pojawić się człowiek.
Nie gotowy.
Nie nazwany.
Nieudowodniony.
Ale obecny.
Z czasem zobaczył, że budowanie siebie nie polega na tym, żeby wszystkie cegły ułożyć w jedną imponującą konstrukcję.
Niektóre cegły są do fundamentu.
Na przykład odpowiedzialność, ale bez niewoli.
Wytrzymałość, ale bez zakazu łez.
Granica, ale bez muru.
Pamięć, ale bez wyroku.
Wierność, ale bez zdrady siebie.
Czułość, ale bez rozlewania się.
Siła, ale bez przemocy wobec własnej bezradności.
Niektóre cegły są do progu.
Z nich człowiek uczy się przechodzić.
Z domu dzieciństwa do własnego domu.
Z winy do odpowiedzialności.
Z milczenia do słowa.
Z wstydu do obecności.
Z ciężaru do wyboru.
Z „muszę” do „chcę”.
Niektóre cegły są do pieca.
To było ważne odkrycie.
Nie wszystko, co ciężkie, trzeba zostawić zimne.
Niektóre dawne elementy mogą stać się miejscem ciepła, jeśli nie wmurować ich w pierś, tylko ułożyć tak, by ogrzewały.
Ból może stać się czułością wobec innych.
Samotność może stać się zdolnością słuchania.
Wstyd może stać się delikatnością w dotykaniu cudzych ran.
Strata może stać się miejscem, w którym człowiek nie wyśmiewa już cudzej tęsknoty.
Ale niektóre cegły nie są do niczego.
Nie w jego domu.
Cudze oczekiwania.
Cudzy lęk włożony w jego ręce.
Wina za życie innych.
Zobowiązanie, żeby nigdy nie odejść od czyjegoś cierpienia.
Zakaz własnej radości.
Nakaz bycia większym, niż był.
Te cegły trzeba odłożyć.
Nie z pogardą.
Niektóre nawet z wdzięcznością.
Bo może kiedyś naprawdę pomogły przetrwać.
Ale przetrwanie nie zawsze nadaje się na dom.
To też odkrył.
Można przeżyć dzięki czemuś, co później trzeba odłożyć, żeby zacząć żyć.
Przez wiele dni, miesięcy, może lat, ważył cegły.
Nie była to praca widowiskowa.
Nikt nie widział wielkich postępów.
Z zewnątrz czasem wyglądało, jakby siedział wśród gruzów.
Ktoś mógłby powiedzieć:
zamiast się budować, on tylko przegląda stare rzeczy.
Ale to nie były stare rzeczy.
To były elementy, które przez lata udawały jego samego.
Każda odłożona cegła odsłaniała trochę skóry.
Trochę oddechu.
Trochę miejsca.
Trochę twarzy.
Zaczęło się okazywać, że człowiek nie jest tym, co na sobie nosił.
Nie jest sumą cegieł.
Nie jest nawet budowlą.
Jest tym, kto waży.
Tym, kto rozpoznaje.
Tym, kto może powiedzieć:
to zostaje,
to odchodzi,
to było moje kiedyś, ale już nie musi być mną,
to było cudze od początku,
to mnie chroniło, ale teraz mnie więzi,
to bolało, ale może stać się ciepłem,
to jest ciężkie, ale nie jest złe,
to wyglądało jak serce, ale było kamieniem położonym na sercu.
Pewnego dnia zrozumiał, że nie zbuduje siebie tak, jak buduje się ścianę.
Nie będzie równej konstrukcji.
Nie będzie idealnej bryły.
Nie będzie domu bez szczelin.
I dobrze.
Bo szczeliny wpuszczają światło.
Z cegieł, które naprawdę wybrał, powstało coś skromniejszego, niż się spodziewał.
Nie twierdza.
Nie pomnik.
Nie wieża.
Raczej miejsce.
Mały próg.
Kawałek podłogi.
Piec.
Stół.
Kilka ścian, ale nie za wysokich.
Okno.
Drzwi, które można otworzyć od środka.
To nie było „ja” jako zamek.
To było „ja” jako dom, w którym można mieszkać.
Nie wszystko było skończone.
Nie musiało.
Na zewnątrz nadal leżały cegły, których jeszcze nie zważył. Niektóre wracały w snach. Niektóre podnosił raz po raz, bo nie umiał zdecydować. Niektóre były tak stare, że nie wiedział, czy należą do niego, czy do całego rodu.
Ale już nie budował z nich ślepo.
To była różnica.
Człowiek nie musi pozbyć się całej historii, żeby być wolny.
Musi przestać mylić historię z materiałem obowiązkowym.
Musi móc wziąć cegłę do ręki i powiedzieć:
zobaczę, czym jesteś.
Nie każda cegła, którą noszę, jest mną.
Nie każda cegła, która była we mnie, musi zostać we mnie.
Nie każda cegła, która mnie uformowała, ma prawo mnie dalej zamykać.
To było jego odkrywanie.
Nie poznanie w lustrze.
Nie definicja.
Nie odpowiedź na pytanie: kim jestem?
Raczej powolne odsłanianie miejsca, które było pod ciężarem.
I może właśnie dlatego pewnego dnia, gdy ktoś zapytał go:
— Z czego się zbudowałeś?
Nie umiał odpowiedzieć szybko.
Popatrzył na swoje ręce.
Na cegły odłożone obok.
Na próg.
Na piec.
Na okno.
Na wolne miejsce tam, gdzie dawniej stał mur.
I powiedział:
— Nie wiem, czy się zbudowałem. Raczej odłożyłem dość ciężaru, żeby zobaczyć, gdzie byłem od początku.
To była prawda.
Bo człowiek nie powstaje dopiero wtedy, gdy ułoży siebie z cegieł.
Człowiek często jest pod nimi.
Czeka.
Nie jako gotowa postać.
Nie jako idealne „ja”.
Raczej jako żywe miejsce, do którego nie było dostępu, bo wszystko było zbyt ciężkie.
Ważenie cegieł nie było więc budową w zwykłym sensie.
Było odsłanianiem.
Cegła po cegle.
Aż w końcu człowiek poczuł, że może oddychać nie dlatego, że ma już doskonały dom.
Tylko dlatego, że przestał być murem.

Adres

Hrubieszowska 7
Warsaw
01-209

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 10:00 - 16:00
Wtorek 10:00 - 22:00
Środa 10:00 - 16:00
Czwartek 10:00 - 15:00
Piątek 10:00 - 15:00

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Psychosomatolog umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Psychosomatolog:

Udostępnij