31/03/2026
💔 ważne słowa dla wszystkich pracujących w gabinetach.
Z notatnika psychoterapeutki: Terapeuta też (a może jednak?:) człowiek
W naszej pracy każdego dnia wchodzimy w wewnętrzny świat wielu osób. Słuchamy o trudnych emocjach, powtarzających się schematach relacyjnych i głębokim lęku o więź. Zrozumiałe wydaje się, że w pewnym momencie pojawia się zmęczenie. Wiele osób pracujących w obszarze pomocy psychologicznej wpada w pułapkę przekonania, że nasza gotowość do rozumienia drugiego człowieka jest niewyczerpana. Rzeczywistość bywa inna.
Empatia, która stanowi fundament każdego procesu terapeutycznego, jest zasobem odnawialnym, ale nie jest nieskończona. Kiedy łapiemy się na tym, że trudno nam wykrzesać z siebie współodczuwanie, to bardzo ważny sygnał. To czerwona flaga, która mówi, że nasze zasoby się wyczerpują. W dyskusjach o pracy z traumą pojawia się bardzo trafna metafora, która świetnie opisuje to zjawisko - mówi się tam o "wypożyczaniu własnego układu limbicznego". W gabinecie niejako użyczamy pacjentom naszego układu nerwowego i naszej zdolności do regulacji emocji, by pomóc im pomieścić to, co bolesne lub unikane. Każda taka pożyczka ma jednak swoją cenę i obciąża nasz własny system.
Kiedy jesteśmy zmęczeni i tracimy dostęp do naszej empatii, łatwiej o błąd. Możemy użyć niewłaściwego słowa, rozminąć się z doświadczeniem pacjenta albo nie zauważyć, że na jego twarzy pojawił się cień zranienia. To ludzkie i naturalne. Zdarza się to każdemu z nas, niezależnie od lat spędzonych w zawodzie. Pytanie nie brzmi, czy popełnimy błąd, ale co z nim zrobimy, gdy już się wydarzy.
Czasem po sesji zostaje w nas niepokój. Przypominamy sobie moment, w którym użyliśmy słowa mogącego zaboleć - na przykład nazwaliśmy czyjąś reakcję "sztywną" albo "odciętą" - i przypominamy sobie, jak w ułamku sekundy zmienił się wyraz twarzy tej osoby. Nosimy potem to zmartwienie przez cały tydzień. Z mojej perspektywy powrót do takich momentów bywa niezwykle leczący. Zamiast omijać niewygodny temat, można wnieść go do przestrzeni gabinetu.
Można powiedzieć po prostu: "Złapałam się na tym, że na naszym ostatnim spotkaniu użyłam słowa, które mogło być trudne. Widziałam zmianę na pani twarzy. Zastanawiam się, czy możemy się przy tym na chwilę zatrzymać".
Takie postawienie sprawy zdejmuje z nas ciężar bycia nieomylnym ekspertem. Pokazuje, że relacja to miejsce, w którym można popełniać błędy, a potem je bezpiecznie naprawiać. To odciążające doświadczenie, które modeluje to, co staramy się budować w naszych pacjentach.
Czasem jednak nasze własne zmęczenie i lęk sprawiają, że tracimy ostrość widzenia. Zastanawiamy się, czy to my sami nakręcamy swoje obawy, czy faktycznie doszło do pęknięcia w przymierzu terapeutycznym. Wtedy z pomocą przychodzi bezpieczna superwizja.
Zmęczenie i pomyłki nie oznaczają, że z naszym warsztatem jest "coś nie tak". To po prostu dowód na to, że wykonujemy głęboko angażującą pracę, w której głównym narzędziem jesteśmy my sami. Robienie miejsca na własną omylność i dbanie o to, by regularnie odzyskiwać dostęp do własnej empatii, to podstawa, która pozwala nam bezpiecznie towarzyszyć innym.