22/01/2026
Czasem osoby z doświadczeniem DDA mówią: „teoretycznie wszystko jest w porządku, a ja i tak nie potrafię się cieszyć” albo „radość pojawia się na chwilę i natychmiast znika”. To bywa szczególnie frustrujące, bo z zewnątrz trudno to zrozumieć. Warto jednak podkreślić: nie jest to kwestia „niewdzięczności” ani „złego nastawienia”, lecz często konsekwencja wieloletniego funkcjonowania w trybie przetrwania, w którym najważniejsze było utrzymanie kontroli, przewidywanie napięć i minimalizowanie ryzyka. Układ nerwowy uczy się wtedy czujności i nawet gdy realne zagrożenie znika, ciało nadal reaguje tak, jakby trzeba było być gotowym.
W tym kontekście radość może być blokowana przez kilka powtarzalnych mechanizmów. Po pierwsze, tryb „alarmu” stała czujność i skanowanie otoczenia, które utrudniają rozluźnienie i spontaniczność. Po drugie, surowy wewnętrzny krytyk, który natychmiast zamienia przyjemność w ocenę, umniejszanie i porównywanie się „to nic”, „inni mają gorzej”, „mogłeś bardziej”. Po trzecie, poczucie winy związane z odpoczynkiem, wynikające z przekonania, że na spokój trzeba zasłużyć, a przyjemność jest „nagrodą” dopiero po spełnieniu obowiązków. Po czwarte, nadodpowiedzialność i potrzeba kontroli odpuszczanie bywa odczuwane jako ryzyko, bo przez lata „ogarnianie” było sposobem na przetrwanie. Po piąte, autopilot, czyli osłabiony kontakt z własnymi potrzebami i sygnałami z ciała radość jest emocją kontaktu, a trudno ją utrzymać, gdy funkcjonuje się głównie zadaniowo.
Najważniejsze: te mechanizmy nie świadczą o słabym charakterze, ani o tym, że z Tobą jest coś nie tak. To strategie, które kiedyś pomagały przetrwać i utrzymać względne poczucie bezpieczeństwa, a w dorosłości mogą po prostu generować zbyt wysoki koszt emocjonalny. Jeśli chcesz zrobić pierwszy, naprawdę niewielki krok w stronę większej lekkości, wprowadź krótki moment zatrzymania raz lub dwa razy dziennie: zauważ, co dzieje się w ciele, i nazwij jedną minimalną potrzebę, która mogłaby obniżyć napięcie choćby o 10%. Nie chodzi o rewolucję ani „naprawianie siebie”, tylko o odzyskiwanie kontaktu ze sobą w mikroskali. Czasem wystarczy łyk wody, kilka minut ciszy, drobna granica albo spokojny kontakt z kimś, przy kim nie trzeba niczego udowadniać.