10/01/2026
Z każdą wielką zmianą technologiczną jest jak z odjazdem pociągu do krainy złota. Kto pierwszy wskoczy do wagonika, ten ma szansę zająć najlepsze miejsce.
Problem w tym, że w tym pędzie do bycia "mentorem nowego świata", wielu zapomniało o jednej drobnej rzeczy: o empatii i matematyce codzienności przeciętnego Kowalskiego.
Obserwuję dyskusje o autach elektrycznych mam wrażenie, że spora część promotorów tej technologii robi jej gigantyczną krzywdę. Zamiast budować mosty, kopią rowy. Zamiast tłumaczyć, wygłaszają kazania z ambony ustawionej na dachu domu jednorodzinnego z fotowoltaiką na starych zasadach.
Słyszę argument: "Przecież ładowanie jest prawie za darmo, podpinasz w nocy jak telefon i rano masz pełny bak!". To prawda – jeśli masz dom, garaż i panele. Ale ponad 40% Polaków mieszka w blokach. Mówienie mieszkańcowi 4. piętra na warszawskim Ursynowie , że "problem zasięgu nie istnieje, bo ładujesz w domu". Dla kogoś, kto walczy wieczorem o jakikolwiek skrawek miejsca parkingowego pod blokiem, wizja szukania ładowarki na pewno nie jest udogodnieniem i potrzeba jeszcze czasu, a przede wszystkim lepszych cen za prąd by to była sensowna opcja.
Wielu samozwańczych ewangelistów EV zachowuje się tak, jakby odkryli ogień i próbowali go sprzedać jaskiniowcom. "Nadal trujesz dieslem? Jak ci nie wstyd?". Cóż, może i truje, ale ten diesel kosztował 15 tysięcy złotych, a nie 200 tysięcy, i dowozi go do pracy, dzięki której spłaca kredyt za mieszkanie. Atakowanie ludzi za to, że wybierają tańsze i pewniejsze rozwiązanie, to najszybsza droga do tego, by słowo "elektryk" kojarzyło się z elitaryzmem i pogardą, a nie z postępem.
Elektromobilność to przyszłość - czy nam się to podoba, czy nie. Silnik elektryczny jest genialny w swojej prostocie i wydajności. Wygra fizyką, nie ideologią.
Ale ta transformacja potrzebuje mniej akwizytorów wciskających kit, a więcej realistów. Drodzy entuzjaści – jeśli chcecie, żeby ludzie pokochali elektryki, przestańcie im wmawiać, że ich problemy nie istnieją.
Fot. AI