Małgorzata Liszyk-Kozłowska

Małgorzata Liszyk-Kozłowska Strona zawodowa i publiczna psychoterapeutki Małgorzaty Liszyk-Kozłowskiej

Czy czujesz się czasami Czarną Owcą ? 🙂W mojej pracy zawodowej bardzo często spotykam się z osobami, które mówią o sobie...
30/12/2025

Czy czujesz się czasami Czarną Owcą ? 🙂

W mojej pracy zawodowej bardzo często spotykam się z osobami, które mówią o sobie wprost: jestem czarną owcą.
Czasem pada to zdanie z ironią, czasem z bezradnością, czasem z bólem.
Często pojawia się też inne słowo: odszczepieniec. Ktoś, kto nie mieści się w swoim stadzie — rodzinnym, zawodowym, społecznym.

Jednocześnie wiem, że doświadczenie bycia czarną owcą nie jest całkowicie obce nikomu z nas.
Każdy choć przez chwilę bywał poza stadem — kiedy się rozwodził, kiedy odchodził z pracy, kiedy zmieniał decyzję, kierunek, dotychczasowy porządek.
Za każdym razem było to naruszenie jakiegoś systemu.
Za każdym razem ponosiliśmy jakiś koszt: w relacjach, w obrazie siebie, w poczuciu przynależności.

Różnica polega na tym, że dla niektórych jest to epizod, a dla innych sposób istnienia.

Gdybym miała spróbować uogólnić to, co najczęściej słyszę, znaleźć wspólne słowa dla wielu osób, z którymi pracuję, to mogłoby to zabrzmieć właśnie tak.

Oto wyznanie czarnej owcy, które szczególnie „nazwało” mi się, po jednej z wczorajszych sesji:

„Nie wiem, kiedy dokładnie stałam się czarną owcą.
Myślę, że bardzo wcześnie.Od dziecka czułam się inna. Jak obserwatorka stada, a nie jego część.
Byłam blisko — ale nie byłam w środku.
Stałam na brzegu, nigdy w centrum. Patrzyłam, słuchałam, rozumiałam.
Z zewnątrz mogłam wyglądać jak inni.
W środku nie czułam się jak oni.
I to mi zostało.
Z czasem zrozumiałam, że do mnie po prostu więcej dociera.
Mam "cienką skórę". Rejestruję pęknięcia, niespójności, drobne przesunięcia, które inni potrafią ominąć albo zagadać. To, co raz zobaczę i zrozumiem, nie daje mi się się już „odzobaczyć”.
Dla mnie słowa takie jak uczciwość, sprawiedliwość, moralność, etyka, prawda ,nie są ozdobą języka ani czymś z innej epoki. One są codzienne. Obecne.
Kiedy coś się nie zgadza, czuję to bardzo wyraźnie. I wiem, że mogłabym to zracjonalizować. Głupia nie jestem. i mogłabym sobie to poukładać, wytłumaczyć, dopasować.
Tylko, i to jest moje „przekleństwo”, że w tej racjonalizacji zawsze widziałabym moment, w którym siebie oszukuję.
A tego kosztu nie potrafię ponieść. Po prostu nie potrafię i już.
I dlatego nie umiem, nie mogę się przefarbować - zbyt źle bym się czuła.
Wiele razy słyszałam, że przesadzam.
Że jestem nadwrażliwa.
Że robię problem tam, gdzie go nie ma.
Że powinnam się dostosować, przymknąć oczy, żyć „jak inni”.
Kiedy nic to nie dawało, zaczęto tłumaczyć mnie mną samą. Moimi emocjami. Moją rzekomą niestabilnością. Pojawiały się sugestie, że coś jest ze mną nie tak. Że może depresja. Że może brak równowagi. Że może po prostu nie do końca normalna.
Zrozumiałam wtedy coś ważnego:
nie chodzi o to, że moje argumenty są nietrafne.
One nawet nie muszą zostać nazwane nietrafnymi.
Wystarczy, że przestanę być traktowana jak ktoś „w pełni wiarygodny”. Jak ktoś normalny. Wtedy nie trzeba już mierzyć się z tym, co mówię.
Widzę też, jak działa większość.
Nie musi być uczciwsza ani bardziej moralna.
Wystarczy, że jest większością. Że jest do siebie podobna. Że się nawzajem utwierdza. To podobieństwo daje jej siłę i poczucie racji.

Ja też chcę przynależeć.
Bardzo.
Ale wiem, że w moim przypadku przynależność miałaby swoją cenę. A tą ceną byłaby rezygnacja z siebie. Z mojego widzenia świata.
Z mojego wewnętrznego kompasu.

Nie szukam litości ani współczucia - to mnie wręcz drażni i wkurza!.
Potrzebuję szacunku, ale tego raczej, to już wiem, w tym stadzie „białych”nie dostanę, bo naruszam ich porządek. Wystaję i niewygodnie mnie widać i słychać.
Uczę się więc szukać go gdzie indziej. W swojej niezależności. W relacjach, które dopiero buduję. W nowym stadzie, które nie wymaga ode mnie, żebym udawała białą.”

W mojej pracy spotykam wiele czarnych owiec i coraz wyraźniej widzę, że bycie czarną owcą nie mówi tylko tym o człowieku — mówi też sporo o stadzie, w którym przyszło mu żyć czy pracować .
I że każdy potrzebuje stada o jego prawdziwym kolorze 🙂
Czego sobie i Państwu życzę na Nowy Rok i na zawsze 🙂

Uśmiechy 🙂
Małgosia

Ps. te trzy owce wiem, że są paskudne, ale nie udało mi się nic innego wygenerować, a sama za czarną owcę nie byłam w stanie się przebrać, gdyż mam ją w sobie 🙂

Dawno, dawno temu – nie za górami, nie za lasami, tylko nad polskim morzem, w Gdańsku – urodziłam się metodą urwania się...
26/12/2025

Dawno, dawno temu – nie za górami, nie za lasami, tylko nad polskim morzem, w Gdańsku – urodziłam się metodą urwania się z choinki. W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Czyli -bombkowo.

I tak sobie wymyśliłam, ze ta data upoważnia mnie do sporej dawki życia „inaczej”:)
I dlatego dziś, na oczach Państwa, bezczelnie, jawnie i wprost, życzę wszystkiego najlepszego… sobie.
Nie oznacza to, że innym nie życzę:).
Po prostu uczę się wreszcie myśleć o sobie częściej — bez tłumaczeń i bez poczucia winy.

I jeszcze jedno: Szanowna Opatrzności Wyższa — cokolwiek przez to rozumieć i cokolwiek ja przez to rozumiem — mam do Ciebie bardzo krótką, ale konkretną prośbę.
Pozwól mi w swojej łaskawości uczyć się już dalej życia z książek, a nie wyłącznie na własnej skórze. Naprawdę, już mi wystarczy. Dziękuję uprzejmie za każdą lekcję, ale chętnie zacznę korzystać z wystarczającej wiedzy:-).

A jeśli mogę mieć jeszcze jedno marzenie — takie na kiedyś, nie że za chwilę 🙂 - chciałabym zostawić po sobie ślad w pamięciach ludzi.
Taki, po którym zostaje porządek w czyichś sercach. I poczucie, że było trochę lżej.
To takie marzenie, które daje mi poczucie sensu w tym jak staram się żyć prywatnie i daje sens mojej pracy.

A na koniec — zupełnie prywatnie — to zamierzam dalej wisieć w swoim życiu, po swojemu.

PS. Zdjęcie stare, z zeszłego roku.
W tym roku w święta choruję, więc się nie pokazuję.
PS 1. Ha, pojawił się rym -okazało się, że jestem wiejską poetką😂
Ps2.Jak odpowiadać na pytanie, które to urodziny ? Niezmiennie : kolejne 🙂

Uśmiechy 🙂
Małgosia

Prowadziłam kiedyś szkolenia dla nauczycieli o tym, jak mądrze pomagać dzieciom doświadczającym przemocy. Jednym z najtr...
12/12/2025

Prowadziłam kiedyś szkolenia dla nauczycieli o tym, jak mądrze pomagać dzieciom doświadczającym przemocy.
Jednym z najtrudniejszych tematów była rola matki.
Dlaczego?
Bo gdy dziecko przychodzi do szkoły z siniakami, to od niej najczęściej oczekuje się natychmiastowej reakcji. Jakby strach, wstyd i poczucie winy nie miały prawa jej dotyczyć.

A przecież bywa tak, że ona sama jest ofiarą przemocy i jest przerażona.
Bywa, że czuje się bezradna emocjonalnie, prawnie, finansowo.
To jej nie usprawiedliwia. Absolutnie. I nie o tym piszę.
Piszę o tym, że jeśli naprawdę chcemy pomóc dziecku, czasem trzeba najpierw zobaczyć właśnie ją.

Bo matka jest jak gałąź, na której stoi dziecko.
Bywa, że jest jedyną gałęzią, na której ono jeszcze może stać.
Jeśli ta gałąź już pękła i jeszcze ją dociążymy — złamie się szybciej.
A wtedy dziecko spada. I nie ma gdzie stanąć.

Drugim tematem była przemoc między dziećmi.
I pytanie, które wciąż wraca:
kto tu właściwie jest ofiarą?
Czy zawsze tylko ten, kto „oberwał”?

Pamiętam chłopca, który przez długi czas obrażał większego kolegę.
Słowami, ironią, drobnymi ukłuciami, których dorośli często nie widzieli. Umiał celnie trafić w czułe punkty.
Aż w końcu tamten nie wytrzymał i uderzył. I nagle wszystko stało się proste: sprawca i ofiara. Cała wcześniejsza historia zniknęła.

A przecież przemoc rzadko zaczyna się w jednym momencie.
Czasem ten, który krzyczy, robi to z bezradności.
A ten, który wygląda na słabszego, potrafi ranić po cichu — długo i skutecznie.

I tu pojawia się pytanie, którego zwykle nie chcemy sobie zadać:
czy my, dorośli, naprawdę nigdy nie mieliśmy momentu, w którym mieliśmy dość?
Tak bardzo dość, że przez głowę przeszła myśl, by kogoś uderzyć — choć tego nie zrobiliśmy.
Ja mówię wprost: miałam i pewnie jeszcze nie raz będę mieć. Jednak nie idę za emocją, jestem w stanie ją zahamować, bo my, dorośli, mamy hamulce.
Dziecko jeszcze nie.
Ono jest zalane emocjami, których nie umie rozładować inaczej.
Dlatego nie wystarczy je ukarać. Trzeba mu pomóc nauczyć się innego sposobu reagowania.

Ale jeśli ktoś doświadcza ciągłego naruszania swojego bezpieczeństwa emocjonalnego i godności, to czy naprawdę nie wymaga to zrozumienia?
Czy naprawdę wystarczy wskazać jednego winnego tego, co się stało, i zamknąć sprawę?

Rzeczywistość nie jest czarno-biała — a pomoc ?
Ta prawdziwa zaczyna się tam, gdzie nie uciekamy od złożoności:).

Uśmiechy:)

Małgosia

Sławetne „stawianie granic”.Ten moment, gdy ktoś mówi: „Zmień terapeutę, bo odkąd chodzisz na terapię, bardzo się zmieni...
09/12/2025

Sławetne „stawianie granic”.
Ten moment, gdy ktoś mówi: „Zmień terapeutę, bo odkąd chodzisz na terapię, bardzo się zmieniłaś. Na gorsze!”

Krzyczą, krzyczą, krzyczą…
Najczęściej ci, którzy na Twoim „nie” najwięcej stracili.

A w rzeczywistości wygląda to tak:
dźwigasz swoje symboliczne 100 kilogramów przez lata. I nagle siada na tym wszystkim np. mała mucha — gram więcej. Niby nic, a jednak ten gram sprawia, że ciężar wypada Ci z rąk. Masz dosyć. Idziesz na terapię.

Zaczynasz rozumieć, że jeśli nie zaczniesz stawiać granic, będzie tylko ciężej.
I tu właśnie zaczyna się zmiana — Twoja.
Ale! Uwaga! I tu się zaczyna!
Bowiem zaraz za ową zmianą, pojawia się opór tych, którzy dotąd korzystali z Twojej ciszy, uległości i dostępności.

Bo przed terapią byłaś wygodniejsza — dla innych.
A teraz wychodzisz z kąta ( to miejsce na miotłę a nie Ciebie !), wyrastają Ci skrzydła i chcesz być wygodniejsza dla siebie. Hurra! 🙂
I masz decyzję i odwagę nazywać rzeczy wprost, czarno na białym.
W końcu 🙂
Gratuluję 🙂

Uśmiechy 😉
Małgosia


Emocjami i myślami nie mogę wyjść z kina. Obejrzałam  film „Norymberga”, opowiadający o procesie norymberskim. Niesamowi...
07/12/2025

Emocjami i myślami nie mogę wyjść z kina. Obejrzałam film „Norymberga”, opowiadający o procesie norymberskim. Niesamowity film. Wybitny. Bardzo polecam. W tym filmie jedną z głównych postaci jest Hermann Göring, a to, jak został pokazany — prawdziwy w swoim zachowaniu, niewykreowany, nieudawany — niesie ciężar, który trudno jest mi strząsnąć z pamięci.

Na tej samej fali obejrzałam również film „Hannah Arendt”, pokazujący jej obecność i refleksje z procesu Adolfa Eichmanna w Jerozolimie. Eichmann był jednym z głównych organizatorów Zagłady — urzędnikiem odpowiedzialnym za logistykę deportacji milionów Żydów do obozów śmierci. Jeśli filmu jeszcze nie znacie, poszukajcie go na którejś z platform. Obejrzenie obu tych historii — Göringa w Norymberdze i Eichmanna w Jerozolimie — to wyjątkowa dawka refleksji nad dobrem, złem i naturą ludzką, pokazana z dwóch zupełnie różnych perspektyw.

Arendt twierdziła, że zło nie ma głębi. Nie jest mroczną otchłanią ludzkiej natury ani tajemniczą siłą, którą trzeba zgłębiać. Uważała, że zło jest płytkie, powierzchowne i rodzi się raczej z bezmyślności, konformizmu i braku refleksji.

Jej słynne określenie „banalność zła” — często mylnie rozumiane — nie oznacza, że zło jest zwyczajne. Oznacza, że powstaje z myślowej pustki. Człowiek czyni zło nie dlatego, że intensywnie nad nim rozmyśla, ale dlatego, że nie myśli wcale. Nie zadaje pytań moralnych, unika odpowiedzialności, dopasowuje się do systemu, wykonuje polecenia, a potem racjonalizuje swoje działania.

Dlatego Arendt mówiła, że zło jest „płaskie” i „bez korzeni”.
To dobro ma korzenie.
Dobro może wyrastać z refleksji, z myślenia, z odwagi cywilnej i z wewnętrznego zobowiązania moralnego. Może sięgać głęboko, przemieniać świat u podstaw, wywracać istniejący porządek. Rodzi się z decyzji wymagających odwagi, często z gotowości poniesienia konsekwencji — zwłaszcza w systemach, które nagradzają posłuszeństwo, a karzą za niezależność.

Na koniec zostawiam Was z jednym z najistotniejszych i najmocniejszych dla mnie zdań Arendt, szczególnie mi ostatnio bliskiego i ważnego:

„Działanie jest jedynym sposobem, w jaki ludzie ujawniają, kim są.”

Małgosia

Na zdjęciu : Hannah Arendt- jedna z najważniejszych filozofek XX wieku, zajmująca się naturą władzy, totalitaryzmu i odpowiedzialności moralnej. Sama była pochodzenia żydowskiego i trafiła do obozu internowania dla Żydów we Francji, skąd udało jej się uciec.

Słowa.Niby tylko dźwięk.A jednak potrafią unieść — albo z hukiem rzucić na ziemię.Ktoś coś mówi. Obiecuje.Czasem po to, ...
01/12/2025

Słowa.
Niby tylko dźwięk.
A jednak potrafią unieść — albo z hukiem rzucić na ziemię.

Ktoś coś mówi. Obiecuje.
Czasem po to, żeby poczuć się ważnym.
Czasem, żeby przez chwilę zobaczyć siebie w lepszej wersji.
Czasem — zupełnie bezmyślnie.

A my te słowa bierzemy serio.
Bardziej serio niż ten ktoś, kto je wypowiedział.
Układamy je w sobie, traktujemy jak zapowiedź, jak kierunek naszego życia czy działań.
I wtedy, kiedy te słowa nie mają ciągu dalszego, kiedy zostają nam odebrane…
to nie jest tylko brak spełnionej obietnicy.
To pęknięcie w miejscu, które miało być bezpieczne.

Najtrudniej jest wtedy, gdy ktoś zabiera swoje słowo bez słów.
Bez odwagi powiedzenia: „Przepraszam, zmieniłam zdanie”.
Kiedy zamiast szczerości dostajemy milczenie, unik, zaskoczenie.
Albo przerzucenie odpowiedzialności na nas — jakbyśmy to my czegoś nie zrozumieli.
Wtedy tracimy nie tylko obietnicę.
Tracimy wiarę, że relacja opiera się na uczciwości, a my w niej jesteśmy WAŻNI — godni szacunku dla nas i naszego życia.

Bo co w relacji waży więcej niż słowo wypowiedziane odpowiedzialnie?
Słowo, które nie jest zabawą, tylko wyborem.
Słowo, które ktoś naprawdę unosi — aż do końca.

Ja nie widzę nic ważniejszego.
Słowa są czasem jak grunt pod nogami drugiego człowieka.

Dlaczego o tym piszę?
Bo mając swoje lata — wiem z doświadczenia, o czym piszę.
Ale też dlatego, że „zdrada wartości słów” to jeden z najczęściej powracających wątków w mojej pracy.
Uważajmy na wypowiadane słowa. Ważmy je.
Bo to nieprawda, że liczą się tylko czyny.
Słowa również są czynami — bo niosą skutek.
W sercu. I w naszym życiu.

Uśmiechy 🙂
Małgosia

Ps. To zdjęcie ze spaceru po jednym z warszawskich parków (nie pamiętam jego nazwy:-( ) .
Rzeźba o nadanym przez mnie tytule: "wiara czyni cuda:-) - nawet drzewa mają skrzydła 🙂."

“Małgosia… czy Ty to znasz?Czy Ty znasz ten stan, kiedy ból nie chce przejść przez słowo, tylko przez ciało?Kiedy emocja...
25/11/2025

“Małgosia… czy Ty to znasz?
Czy Ty znasz ten stan, kiedy ból nie chce przejść przez słowo, tylko przez ciało?
Kiedy emocja — także ta z najstarszego bólu — zaczyna się podnosić nie w myśli, nie w zdaniu, tylko w ruchu?”

“Czy ty kiedykolwiek pozwoliłaś, żeby ciało zrobiło z tobą to, czego sama nie potrafisz wobec siebie zrobić?
Żeby Twoja ręka uniosła się, zanim zrozumiesz dlaczego?
Żeby dłoń spoczęła na brzuchu, biodrach, piersiach… nie po to, by oceniać, jak zmienił je czas, tylko by poczuć to, co pod nimi mieszka?”

“Czy kołysałaś się kiedyś tak długo, że to kołysanie stawało się językiem?
Czy pozwoliłaś, żeby ciało drżało przed tobą, zanim cokolwiek nazwiesz?
Czy byłaś kiedyś w tej pierwotnej emocji — takiej, która nie zna słowa ‘wypada’, ani ‘nie wypada’?
Która po prostu jest. Zanim ją ocenisz. Zanim ją zrozumiesz.”

“Małgosia… czy Ty to znasz?”

A potem, ta tancerka, bo nią jest, odsłania przede mną kawałek siebie — i kawałek prawdy o tańcu, którego nie tańczy się dla widzów:

“Wiesz… Pina Bausch powtarzała, że nigdy nie interesowało jej, jak człowiek tańczy.
Interesowało ją tylko: dlaczego.
Dlaczego ciało nagle sztywnieje.
Dlaczego opada.
Dlaczego wyrywa się jak do ucieczki.
Dlaczego drży, choć nikt go nie dotyka.
Dlaczego coś w środku chce się wyrwać, pokazać
“Czy ty jesteś w stanie zobaczyć swoje własne ‘dlaczego’?
Czy kiedykolwiek zatańczyłaś coś, czego nikt nie miał oglądać?
Co istnieje tylko dlatego, że Ty czujesz?
Czy dałaś sobie prawo do tańca, który nie jest piękny — ale jest prawdziwy?”

A ja siedzę naprzeciw niej w absolutnej ciszy.
Ciszy, w której czuję, że te słowa dotknęły czegoś, co od dawna było we mnie zamknięte.
Nie wiem, czy wieczorem w łazience odważę się wejść w to, o czym mówiła.
Nie wiem, czy ciało mnie wpuści.
Ale spróbuję…


A teraz powiem coś ja.
Bo te słowa nie są tylko dla mnie.

A dla Ciebie, który to czytasz…
czy to ma dla Ciebie znaczenie?
Czy coś w Tobie drgnęło, poruszyło się, zabolało albo przypomniało o sobie?
Czy rozumiesz, o czym ta kobieta mówiła do mnie — a co ja teraz przekazuję Tobie?

Bo może te pytania są także do Ciebie.
Może Ty też wiesz — albo dopiero masz się dowiedzieć — co w Twoim ciele czeka na ruch, zanim doczeka się słów.

Uśmiechy 🙂
Małgosia

Ps. W komentarzu link do tańca serca Piny Bausch

.

Swoje zdanie uzgodnij  ze … sobą. I w pełni je popieraj 😉W komentarzach pod poprzednim postem ktoś napisał, że „przyznaw...
18/11/2025

Swoje zdanie uzgodnij ze … sobą.
I w pełni je popieraj 😉

W komentarzach pod poprzednim postem ktoś napisał, że „przyznawać to można się tylko do winy”.
W punkt!
Bo kiedy słyszę: „przyznam ci się”, to spodziewam się wyznania o czymś trudnym.
O złamanej granicy.
O kłamstwie.Że się kogoś skrzywdziło.
O czymś, co faktycznie wymaga odwagi, żeby to wypowiedzieć.

A ludzie używają tego samego słowa, kiedy mówią… o sobie.
O swojej orientacji.
O swoich potrzebach.
O tym, co im nie odpowiada.

„Przyznałem się, że jestem gejem.”
„Przyznałam się, że czegoś nie chcę.”
„Przyznałem się, że coś mi przeszkadza.”

Przyznałeś się?
Do czego?
Do własnej prawdy?

Kiedy mówimy „przyznaję się”, wchodzimy w rolę winnych.
Jakby nasza autentyczność wymagała wyjaśnienia.
Jakby pełna wersja nas samych była czymś, za co trzeba przepraszać.

A przecież prawda o nas nie potrzebuje zgody ani rozgrzeszenia.
Potrzebuje tylko jednego:

żeby ją wypowiedzieć bez zaciśniętego gardła.
Prosto z serca.

Bo prawdziwe „przestępstwo” pojawia się gdzie indziej.

Popełniamy je wtedy, kiedy milczymy.
Kiedy siedzimy w cudzych głowach zamiast w swoim sercu.
Kiedy omijamy siebie, żeby nie zakłócić czyjegoś komfortu.
Kiedy tłumimy to, kim jesteśmy, żeby było „łatwiej” innym.

To jest ta właściwa zdrada — wobec siebie.

Więc przestańmy się „przyznawać”.
Zacznijmy mówić.

Mówić, kim jesteśmy.
Mówić, czego chcemy i czego nie chcemy.
Mówić bez przeprosin, bez tłumaczenia się, bez pytania o pozwolenie.

Bo siebie nie przedstawia się w trybie winy.
Siebie się pokazuje. Prawdziwie. Odważnie. Bez lęku.
Wszystkim, którzy teraz podnoszą głowę, dmucham w skrzydła 😉. A w komentarzu wklejam ponownie słowa- afirmację, którą stworzyłam na zamówienie „ kobiety na zakręcie”:)

Uśmiechy 🙂
Małgosia

Ps. To zdjęcie, bo prawda gorzej się „sprzedaje”, niż koty. Stąd moja Luśka w roli głównej - może pomoże w „głoszeniu prawdy” ? 🙂

Siedziała przede mną kobieta. Matka dorosłego syna.Powiedziała, że jej syn zrobił coming out. Nie była w stanie powiedzi...
14/11/2025

Siedziała przede mną kobieta. Matka dorosłego syna.
Powiedziała, że jej syn zrobił coming out. Nie była w stanie powiedzieć - mój syn jest gejem.
I dodala, że ona nie wie, czy potrafi to przyjąć. Zaakceptować go TAKIM.
Bo jej mąż - „ to zdecydowanie nie”.

Zapytałam więc spokojnie:
„Czy to znaczy, że zastanawia się Pani, czy chce własnego syna takim, jakim on jest naprawdę?”
Z jego prawdą, z jego lękiem przed odrzuceniem, z jego odwagą -
i z całym ryzykiem, jakie niestety w Polsce niesie tak szczere odsłonięcie siebie i życie w świetle dziennym a nie w ukryciu?

To pytanie ją zatrzymało.
Bo dotąd zakładała, że to ona decyduje, czy "chce" swojego syna.
Jakby dorosły człowiek był kimś, kogo można przyjąć albo nie - a on miałby wciąż czekać na decyzję.

A przecież jeśli ktoś nie jest przyjmowany takim, jakim jest,
z jego sposobem patrzenia na świat,
z tym, co dla niego ważne,
z różnicami, które po drugiej stronie mogą wydawać się trudne, odrzucane -to w pewnym momencie może po prostu odejść.

Bo tak działa każda relacja.
W pewnym momencie każda osoba może podjąć decyzję, że nie chce już być tam, gdzie nie ma dla niej miejsca.
Niezależnie od tego, czy mówimy o rodzinie, związku, przyjaźni czy więzi, która miała trwać „z definicji”.

Pójść tam, gdzie czuje się widziana.
Gdzie nie musi tłumaczyć się z własnego życia.
Gdzie nie próbuje się jej „naprawiać”, dopasowywać do cudzego obrazu.

I to jest coś, o czym my, rodzice, często zapominamy:
Dorosły człowiek ma już możliwość i prawo odejść.
Nie dlatego, że przestaje kochać -
ale dlatego, że miłość nie wystarcza, gdy w relacji nie ma zrozumienia, przyjęcia i uznania.
Może ograniczyć kontakt.
Może zniknąć na jakiś czas albo na zawsze.
Bo jego „pesel” już dawno dał mu wolność, której nie miał jako dziecko.

Kiedy nie akceptujemy dorosłych dzieci, ryzykujemy nie to, że przestaną nas kochać.
Ryzykujemy to, że nie będą chciały z nami być.

A to dwie zupełnie różne rzeczy.

Uśmiechy:)
Małgosia

Odważę się dziś otworzyć puszkę Pandory… a właściwie dwie walizki.To prawda, że my – kobiety – częściej chodzimy na tera...
06/11/2025

Odważę się dziś otworzyć puszkę Pandory… a właściwie dwie walizki.

To prawda, że my – kobiety – częściej chodzimy na terapię. Łatwiej nam zdjąć maskę bez poczucia, że naruszamy społeczne oczekiwania. Bo przecież kobiecie wolno być wrażliwą, a od mężczyzny oczekuje się, że będzie twardy.
Konsekwencją tego jest to, że u mężczyzn znacznie później diagnozuje się np. depresję. Ale dziś nie o tym.

Dziś o czymś, co często słyszę od kobiet:
„On Mi pomaga przy dziecku.”
I tu się zatrzymuję. Bo to sformułowanie zawsze we mnie coś porusza.

Mi pomaga ????

Pal sześć, że słyszę, że pomaga też w sprzątaniu, zakupach czy gotowaniu – ludzie różnie dzielą obowiązki więc takie słowa często oddają ich ustalenia, jak dzielą obowiązki za rzecz domu.
Jedno wnosi więcej pieniędzy, drugie więcej zaangażowania w organizację codziennego funkcjonowania.
Jednym słowem – każde wnosi inny rodzaj pracy na rzecz domu. Pracy!

Ale w przypadku dziecka nie chodzi o pomoc – chodzi o obecność.

Kiedy pracuję z dorosłymi, zawsze prędzej czy później rozpakowujemy kawałek dzieciństwa. Najpierw pojawia się słowo rodzice, a potem otwieramy dwie niezależne od siebie walizki – jedną z napisem „mama”, drugą „tata”.
I często ta druga… jest pusta. Albo niemal pusta.
Zasysa swoją pustką tęsknotą, żalem za niespełnieniem. Czasami wywołuje złość i łzy.

To taka moja refleksja na dziś: obowiązki możemy dzielić różnie. Ale bycia z dzieckiem – już nie.
Bo wspólne doświadczenia: wyjazdy, spacery, rozmowy, wspólne czytanie czy śmiech – to coś, czego nie da się podzielić nierówno.
To znaczy można, ale z konsekwencjami…
Każde dziecko potrzebuje dwóch walizek: jednej z napisem mama i drugiej z napisem tata.
I w tworzeniu ich my, rodzice, nie jesteśmy w stanie się wyręczyć.

Uśmiechy :)
Małgosia

Kobieta, 45 lat.Dwadzieścia lat związku.Dom, dziecko, pies, wakacje, praca.I mnóstwo siniaków na duszy. Ich nie widzę, a...
04/11/2025

Kobieta, 45 lat.
Dwadzieścia lat związku.
Dom, dziecko, pies, wakacje, praca.
I mnóstwo siniaków na duszy. Ich nie widzę, ale patrzą na mnie jej smutne oczy Zgaszone...
I ten ściśnięty, jak pęknięty na pół ,głos:

„Przecież ja go kocham. Dlaczego on tak źle mnie traktuje?”

I jeszcze:

„Czuję się w jego życiu jak wycieraczka, przez którą on przechodzi, zostawiając na mnie cały brud”.

Zadałam tylko jedno pytanie:
„Czy to jest miłość, jeśli uczucie, którym darzysz drugiego człowieka, sprawia, że przestajesz kochać i szanować samą siebie?”.

Nie wiem, czy przyjdzie na kolejne spotkanie.
Czasem jedno pytanie potrzebuje długiego czasu na odpowiedź. I ja to rozumiem.
Każdy z nas ma w swoim życiu zakręty, do których dociera — i przez chwilę, dłuższą lub krótszą, musi w nich pozostać, zanim je przekroczy.

Uśmiechy :)
Małgosia

01/11/2025

Dawno temu poprosiłam kobietę, by napisała list, który chciałaby dostać od nieżyjącego już od lat, taty.
Powiedziała, że nie jest w stanie go napisać.
Minął chyba rok od naszego ostatniego spotkania.
Dzisiaj w nocy dostałam od niej mail. Odrobiła zaległą „pracę domową”.
Poryczałam się czytając go. Mój Tata też nie żyje od prawie 20 lat... Jak brzmiałby mój list?
Zapytałam, czy mogę go upublicznić.
Otrzymałam zgodę.
Oto on:

„Wiem, że nie zawsze byłem tym, kogo potrzebowałaś. Wiem, że Cię raniłem, i to boli mnie teraz tak, jak Ciebie bolało wtedy. Nie umiałem inaczej. Niosłem własny ciężar, którego nie rozumiałem i którego nie chciałem Ci przekazać – a jednak to zrobiłem.

Dziś chciałbym, żebyś wiedziała, że widzę w Tobie kobietę, która przeszła przez wiele, a mimo to potrafi dawać ciepło i mądrość. Jestem Ci wdzięczny, że nie zamknęłaś przede mną drzwi, kiedy mogłem być dla Ciebie choć przez chwilę wsparciem.

Patrzę na Ciebie i widzę, że uzdrowiłaś więcej, niż ja kiedykolwiek potrafiłem. Widzę też, jak dobrym człowiekiem jest Twoja córka – i wiem, że to dzięki Tobie.

Nie chcę już, żebyś nosiła we mnie ból. Zostaw go tutaj, ze mną. Ty idź dalej – lekko. Nie musisz mnie usprawiedliwiać, nie musisz mnie karać. Wystarczy, że pozwolisz sobie żyć spokojnie. To byłoby dla mnie największym pojednaniem.”

Uśmiechy :)
Małgosia

Ps. A dlaczego ten filmik? Bo to była piękna chwila: spokojna i do uśmiechu:).
Śmierć o której dzisiaj bardziej niż zwykle myślimy, jest też źródłem cenienia życia:).


Adres

Warsaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Małgorzata Liszyk-Kozłowska umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Małgorzata Liszyk-Kozłowska:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram

Kategoria