28/12/2025
Dziś byłam z Lenką u groomera, tylko przyciąć pazury.
Na ścianie wielki ekran, a na nim zdjęcia psów: perfekcyjnie ostrzyżone, wręcz artystyczne. Efekt łatwy do pokazania, do ocenienia, polubienia.
I wtedy przyszła mi myśl:
żyjemy w świecie, w którym nagradza się to, co krzyczy wizualnie, a tak trudno zobaczyć to, co pracuje w ciszy.
W mojej pracy nie ma zdjęć „po”, kiedy ktoś wychodzi z rytuału Lomi. Nie sięgam po telefon, żeby „złapać efekt”. Nie dlatego, że się nie da, tylko dlatego, że nie wolno.
Bo kiedy człowiek wychodzi z takiej przestrzeni, jest poruszony, otwarty. Czasem wrażliwy jak dopiero co narodzone maleństwo.
Każdy rytuał wymaga domknięcia, nie flesza, nie zdjęcia. Nie da się pokazać światu „jak było”.
Nawet wcześniejsze umawianie się na coś takiego nie miałoby sensu, bo to, co się wydarza, nie jest do pokazania.
To się wydarza w środku.
Więc czym mogę się podzielić? Moją satysfakcją.
Dobrym słowem, które ktoś napisze po czasie. Powrotem, bo powrót jest formą zaufania. Wiadomością prywatną, choć nie zawsze, bo są bardzo osobiste. Zdaniem rzuconym mimochodem na dowidzenia:
„dobrze, że tu przyszłam”.
To są moje „efekty końcowe”.
Moja praca jest niemierzalna, nie da się jej zamknąć w kadrze.
Nie da się jej pokazać bez utraty sensu.
Ale jest też niezwykle wartościowa.
Bo są takie spotkania i takie procesy, które nie potrzebują widzów, potrzebują świadka.
Lomi Healing nie ma twarzy, ma ciszę, która potrafi leczyć.