30/03/2026
Dziś zapraszam Cię do refleksji - jak reagujesz na materiały dodawane przez psychologów, psychoterapeutów, coachów? Czy to, co wybierasz służy Ci i do czego? Co Cię "zatrzymuje"?
Załączam zamiast obrazka tekst koleżanki po fachu na ten temat. Może wesprze i Twoje rozmyślania?
Moje są podobne. Również - jak widzisz - nie opisuję tutaj historii pacjentów. Osobista historia pacjenta to intymny skarb, nienaruszalny i nieużywalny, chociaż bardzo inspirujący, a pewnie dla wielu ciekawy.
Nie opowiadam w swoich social mediach historii z gabinetu. Nie publikuję anegdot z sesji, nie wyciągam dialogów, nie pokazuję „jak to wygląda od środka”. Nie dlatego, że nie miałabym czym zaciekawić ludzi. Właśnie dlatego, że mogłabym.
Gabinet jest miejscem, którego nie da się podejrzeć. Nie da się tam zajrzeć z ciekawości, nie da się podejrzeć kulis, nie da się zobaczyć „jak pracuje terapeuta”, jeśli nie jest się osobą, która naprawdę po to przychodzi. I właśnie to działa jak magnes. Tajemnica sprzedaje się świetnie. To, co niedostępne, budzi ciekawość. To, co uchylone, ale nie do końca odsłonięte, przyciąga uwagę.
Tak samo sprzedaje się prywatność. Dom, rodzina, bliscy, codzienność. To ociepla wizerunek, buduje zaangażowanie, zwiększa zasięgi. Tylko że moi bliscy nie są częścią mojej oferty. Nie są dodatkiem do marki osobistej. Nie są treścią.
I pewnie tak, tracę na tym. Może mam mniej odsłon, mniej reakcji, mniej „internetowej skuteczności”. Ale naprawdę uważam, że są zawody, w których nie wszystko powinno stawać się contentem.
Nie chcę, żeby osoba, która przychodzi do mnie po wsparcie, kiedykolwiek przeczytała mój tekst i pomyślała: czy to o mnie? Nawet jeśli zmieniłabym szczegóły. Nawet jeśli połączyłabym kilka historii. Nawet jeśli nikt poza nią nie miałby szans się domyślić.
I myślę też o tych, którzy dopiero rozważają terapię albo inną formę pomocy. Kiedy widzą kolejne „historie z gabinetu”, cytaty z sesji, scenki „z życia terapeuty”, nawet jeśli częściowo albo całkowicie zmyślone, nie mają skąd wiedzieć, gdzie kończy się kreacja, a zaczyna czyjaś prawdziwa historia. A to naprawdę może podkopywać zaufanie.
Dla mnie poufność nie jest ozdobnikiem tego zawodu. Nie jest hasłem do bio. Ma być realna. Ma być odczuwalna. Ma być czymś, czego nie sprzedaje się za większy zasięg, więcej serduszek i lepsze wyniki w internecie.
I chyba warto świadomie wspierać tych twórców, którzy pokazują swoją pracę bez naruszania cudzych granic. Tak, żeby wpuszczanie odbiorców na zaplecze czyjejś historii nie stawało się najbardziej kuszącym przepisem na sukces.