Dr Iza Jąderek

Dr Iza Jąderek Edukatorka seksualna, doradca okołotestowy ds. HIV/AIDS Krajowego Centrum ds. AIDS, Agendy Ministra Zdrowia.

Iza Jąderek
Psycholog, psychoterapeuta, seksuolog kliniczny Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, psychoseksuolog Europejskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej i Europejskiej Federacji Seksuologicznej. Certyfikowana nauczycielka uważności / mindfulness programu MBSR (Mindfulness-Based Stress Reduction), nauczycielka programu compassion MBCL (Mindfulness-Based Compassionate Living). Współpracowniczka organizacji pozarządowych (Fundacja Polski Instytut Mindfulness, Fundacja Edukacji Społecznej, Fundacja Promocji Zdrowia Seksualnego, Fundacja Trans-Fuzja, Stowarzyszenie Akceptacja, Stowarzyszenie Przyjaciół i Rodzin Osób z Zaburzeniami Psychicznymi "Pomost"). Prowadzi psychoterapię indywidualną i par, terapię seksualną, treningi mindfulness, szkolenia dla specjalistów i warsztaty dla osób zainteresowanych rozwojem osobistym. Pracuje również jako psycholog w Szpitalu Bielańskim w Warszawie, oraz jako wykładowca w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego, gdzie również kończy doktorat.

Dzisiaj Dzień Kochania Siebie. I tak sobie myślę, czym to Kochanie siebie jest. Za każdym razem, kiedy widzę takie hasło...
13/02/2026

Dzisiaj Dzień Kochania Siebie. I tak sobie myślę, czym to Kochanie siebie jest. Za każdym razem, kiedy widzę takie hasło, mam wrażenie, że sprowadzamy coś bardzo ważnego do estetyki w postaci kubka z napisem "self love" albo do deklracji-hasztagu, który ma nas na chwilę podnieść na duchu.

A miłość to ani nastrój, ani deklaracja, ani tym bardziej emocja. Nie ma takiej wyizolowanej emocji jak miłość - na to, co nią nazywamy, składa się szereg POSTAW i ZACHOWAŃ, jak np. szacunek, bycie w prawdzie, dbanie o siebie, słuchanie się, czyli finalnie codziennych DECYZJI wobec siebie.

To jest to jak siebie traktujemy w małych sprawach i tych całkiem wielkich. Miłość to np:
- powiedzenie „nie”, kiedy chcieliśmy powiedzieć „nie”
- brak przeprosin za cos, za co nie trzeba przepraszać
- nie umniejszenie swojego suckesu, żeby nie wyjść na "za dużo"
- nie udawanie, ze jest ok, jeśli nie jest

ale też miłość do siebie to:
- dbanie o relacje - bo dbając o relacje, mówiąc tym, którzy są dla nas ważni, ze są ważni, to nie tylko dbanie o relacje, ale przede wszystkim o siebie i jakość swojego życia
- przeproszenie kogoś za swoje niemile zachowanie, uznanie go
- ale tez np. przyjecie przeprosin.

Miłość do siebie to tez swiadomosc własnych ograniczeń 🙂
I uczenie się, ze miłość nie jest tożsama z ciągłym samodoskonaleniem. Mam wrażenie, ze dzisiaj miłość ma polegać głównie na "stawaniu się lepsza wersja siebie". I jak juz influenserskim świecie przestały się pokazywać posty o konkurowaniu z innymi osobami, to teraz można konkurować ze sobą z wczoraj. Temu, wg mnie, jest daleko do miłości. Wątpię, czy presja na wynik, na ciśnięcie siebie z naprzemiennym obwinianiem i niezadowoleniem, jest postawą łagodności i dbałości. Wcale w miłości o to nie chodzi, żeby być bardziej produktywnym, bardziej świadomym, bardziej efektywnym, znać się na wszytskim. Miłość to postawa tego, ze potrafię być po swojej stronie również wtedy, kiedy jest niedobrze, kiedy jest zmęczenie lub wyczerpanie. I to ni mniej ni więcej tylko to, ze nie buduję własnej wartości na ciągłym poprawianiu siebie i nie uzależniam prawa do siebie: do regeneracji i przyjemności od listy zrealizowanych zadań.

Więc jeśli miłość do siebie jest czymś w istocie - to odpowiedzią na pytanie: Jak ja ze sobą rozmawiam?

Dzisiaj Dzień Pączka i powiem Wam szczerze, ze dla mnie to w ogóle nie jest temat o pączkach. To jest temat o tym, jak m...
12/02/2026

Dzisiaj Dzień Pączka i powiem Wam szczerze, ze dla mnie to w ogóle nie jest temat o pączkach. T
o jest temat o tym, jak my się w ogóle mamy z przyjemnoscią.

Co się w nas dzieje, kiedy przed nami pojawia się coś miłego, słodkiego, dostępnego, coś co można po prostu wziąć i zjeść. I czy w głowie rusza cały rydwan: „nie powinnam”, „wezmę najmniejszego”, „od jutra dieta”. A może w zupełnie inna strone: „zjem wszystkie jakie są na raz, bo pączki są tylko raz w roku” ale finalnie nawet nie poczuję smaku. I rzeczywiscie, czasem nawet nie zdążymy poczuć tego smaku, a już się z niego tłumaczymy.

I to wcale nie jest o pączku, ale o napięciu i kontroli przyjemności. I CZY w ogóle można sobie na nią pozwolić i JAK pozwolic: pączek jest mądry - bo pokazuje, ze bywa ze przyjemność jest czymś podejrzanym, czymś co trzeba ograniczać, zasługiwać na nią. A potem jeszcze się swoje odpracowac. A nawet jeśli czujemy te przyjemność przez chwilę, to się zaraz obwiniamy, uzasadniamy, równoważymy czymś „rozsądnym”.

Przyjemność to kompetencja do uczenia się i przy okazji informacja z ciała: to jest dobre, to mnie karmi, to mi służy. I czy mogę być w tej chwili przyjemności spokojnie, bez analizy i dekleracji „poprawy”.

I ten pączek właśnie jest o tyle ciekawy, ze pokazuje w jak się mamy: czy potrafimy wziąć sobie coś, ucieszyć się tym, POCZUĆ SMAK, podziękować sobie, ze robie dla siebie cos miłego?

To jest też bardzo blisko seksualności, choć rzadko to łączymy. Czy mogę sobie pozwolić sobie na przyjemność bez napięcia i bez oceny? Czy mogę chcieć cos wziąć dla siebie? Zadbać, żeby to mieć? I mechanizm jest podobny: kontrola wchodzi szybciej niż czucie.

No wiec, nie chodzi o to, czy zjemy pączka 🙂 ale o to, czy chcemy i decydujemy się zauważyć, z co się z nami dzieje, kiedy pojawia się przed nami cos przyjemnego? Czy umiemy zostać przy tym odrobinę dłużej, zamiast od razu to regulować?

Wiecie, zadań większość z nas była uczona, przyjemności rzadko kto. I myślę dlatego, ze relacja z przyjemnsocia często mówi nam i o nas więcej niż relacja z obowiązkiem.

Wczoraj miałam wielką przyjemność wystąpić na gali Dnia Bezpiecznego Internetu, organizowanej jprzez moją ukochaną Funda...
11/02/2026

Wczoraj miałam wielką przyjemność wystąpić na gali Dnia Bezpiecznego Internetu, organizowanej jprzez moją ukochaną Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę we współpracy z NASK. To dzień obchodzony od 2004 w całej Europie i z setkami różnych inicjatyw lokalnych i krajowych.

Wczoraj w POLIN obecni byli nauczyciele, edukatorzy i osoby, które na co dzień są bardzo blisko związane z dziećmi i młodzeiza, a jednoczenie same funkcjonują w tym samym, intensywnym cyfrowym świecie.

Mówiłam o uważności, która może nas wspierać w kontakcie z siecią i czym tak naprawdę ta uważnośc jest. Tak zatutułowałam swoje wystąpienie:
"Kiedy technologia przyspiesza, a relacje nie nadążają. Uważność jako kompetencja w świecie online".

Dlaczego? Tempo w jakim żyjemy wyprzedza nasze możliwości bycia w kontakcie - i ze soba, i z innymi osobami. Widzę to w pracy terapeutycznej, widzę na szkoleniach, widzę w rozmowach nauczycielami, rodzicami i dzieciakami. Widzę tez we własnym doświadczeniu.

Dużo mówiłam o tym, że kiedy jesteśmy zmęczeni i przebodźcowani, to szukamy odpoczynku. I wydawać by się mogło, ze moglibyśmy sięgnąć po spacer, rozmowę w kimś, a tak naprawdę najczęściej sięgamy po co cos nie wymaga wysiłku, daje szybka ulgę i szybka odpowiedz na wszystko - po internet. I on rzeczywiście daje ulgę: odciąga uwagę, zmniejsza napięcie, pozwala na chwilę „zniknąć”. Robią to dzieci, robią to dorośli.

I wtedy bywa ze zapominamy, ze realny kontakt wymaga innych kompetencji niż internetowy: wymaga cierpliwości, wyrozumiałości, znoszenia czasem czyjegoś niedobrego humoru, a czasem świetnego, niezgody, niepewności, innego zdania, ciszy, innych potrzeb. O których zapominamy, bo internet nam granic nie stawia 🙂

I dlatego tak ważne są drobne praktyki, które przywracają nas do bycia w sobie - które nas podłączają do siebie i do drugiej osoby. O takim prostym check-upie, który daje realne doświadczenie kontaktu i obecności, dzięki czemu napięcie nie musi być później regulowane na zewnątrz, przez ekran. Uważność, będę to powtarzać za każdym razem, nie jest narzędziem, jest postawą, której można się uczyć, kompetencją do bycia w świecie, zanim uciekniemy w technologię. Mówiłam wiec o tym, że bezpieczeństwo w internecie zaczyna się dużo wcześniej niż przy telefonie czy komputerze, bo zaczyna się w relacji.

I w świecie, który przpsypiesza nie ma sensu kopać się z koniem. Internet i technologia będą przyspieszać, ale my możemy świadomie się zatrzymać, osadzić w sobie i z tej energii inicjować i odpowiadać na relacje.

Bardzo dziękuję całemu zespołowi Fundacji za lata zaufania, kolejne zaproszenie i nasza piękna relacje.
I to nie koniec! juz jutro prowadzę dla FDDS lekcje na dzieciaków, o uważności (a jakże!) a potem 12 marca!

Na czym polega edukacja seksualna? Vol. 738648242Dziś najdelikatniejsze sprawy. Powiem Wam, ze jeśli jest cokolwiek co m...
09/02/2026

Na czym polega edukacja seksualna? Vol. 738648242

Dziś najdelikatniejsze sprawy. Powiem Wam, ze jeśli jest cokolwiek co mogę sobie wpisać w CV ze słowem sukces, to moment, kiedy wchodzę w piątek do mojej ulubionej szkoły, z która współpracuje juz chyba 4 albo 5 rok, i słyszę od ósmoklasistów: „o! kiedy mamy z panią zajęcia? tęskniliśmy za panią”. I w takiej sytuacji myślę sobie, że coś jednak robimy dobrze. Że relacja, nawet w takiej rzadkiej formie, ale cyklicznej i rozłożonej na lata, ma znaczenie. I dzieci w relacje umieją.

Dla mnie wzrusz. Znam te dzieciaki od kilku lat - towarzyszyłam im kiedy gadaliśmy o biologii dojrzewania, a za chwile będę miała z ta konkretna klasa ostatnie zajęcia. Ja pamietam ich, a oni pamiętają mnie. A w klasie 7, z która miałam właśnie w piątek zajęcia, słyszę tekst: "bo w zeszłym roku pani mówiła, że..." i rzeczywiście tak mówiłam 🙂

Te zajęcia były o bezpieczeństwie.

Chłopcy w pewnej chwili zapytali mnie o co chodzi z aferą Epsteina, a dziewczynki poruszyły temat tego, jak stawiać granice i jak odmawiać.

I w pewnym momencie dotarło do mnie, że to jest ta sama historia.
Z jednej strony pytanie o przemoc i nadużycia, o osoby, które krzywdzą innych, zaspokajając się czyimś kosztem. Z drugiej strony pytania o to, jak chronić siebie, swoje granice, swoje „nie” i swoją gotowość.

To jest ten moment, w którym bardzo wyraźnie widać coś, czego my sami często nie chcemy ogaldac: dzieci nie żyją w próżni. Świat - także ten trudny, przemocowy, pełen nadużyć, pytań, uczenia się granic, rozpoznawania ich, mówienia kiedy chce się całować, a kiedy nie, gdzie jest granica pomiędzy własnym zaciekawieniem i chęcią zrobienia czegoś a granica po drugiej stronie - dociera do nich.

Bezpieczeństwo nie jest czymś, co się po prostu „ma" lub "się wskaże, żeby było".
Bezpieczeństwo to czasownik. Coś czego się uczy i coś, co się robi. I nie polega tylko na mówieniu: „powiedz nie” albo „odmów”. Polega na uczeniu JAK to robić, tak żeby chronić siebie, JAK mówić „nie” bez tłumaczenia się, albo jak przyjąć odmowe lub zakończenie relacji bez obrażania się, nacisku lub odwetu. Także jak rozumieć, że „nie” nie jest przeciwko komuś, tylko informacją o tym, jaka jest między nami różnica. A różnica nie jest ani lepsza, ani gorsza, jest po prostu o poznawaniu się i probie poruszania się na czyimś terytorium.

Narysowałam Im wiec na tablicy tabelkę - podzieliłam ja na dwie części - po jednej stronie napisałam Ciekawość / impuls, a po drugiej Granice.

Historie o przemocy seksualnej, nadużyciach władzy i przekraczaniu granic krążą dziś tak swobodnie, że dzieci je słyszą i zanim ktokolwiek pomoże im je zrozumieć. Są to również realne doświadczenia. Rozmowy o tym, gdzie jestem ja a gdzie ty, gdzie jest granica i kto ją wyznacza, jak chronić siebie, o szacunku, nie robieniu rzeczy kosztem innych osób, o odpowiedzialności, są potrzebne wszystkim - i nie po to, żeby straszyć, tylko po to, żeby uczyć uważności na siebie, druga osobę i odpowiedzialności za własne działania.

A dzieciaki? Kiedy mają bezpieczną przestrzeń do rozmowy, to widać, jak bardzo chcą rozumieć świat i siebie nawzajem. Trzeba tylko chcieć to usłyszeć i razem z nimi unieść. Edukacja nie zaczyna się od tego, że ktoś chce dzieciakom włożyć cos do głowy. Jest od tego, ze ten świat już tam jest a te zajęcia są po to, żeby nie układać go sobie bez oparcia.

ps. a to ja! z kartkami pełnymi pytań ❤

Jest niedziela wieczór, a ja siedzę nad materiałami, notatkami i planem spotkań, czując mieszankę radości i oczekiwania ...
08/02/2026

Jest niedziela wieczór, a ja siedzę nad materiałami, notatkami i planem spotkań, czując mieszankę radości i oczekiwania na coś naprawdę ważnego

Już za dwa tygodnie rusza moje zaawansowane, kilkumiesięczne szkolenie Mindfulness i compassion w praktyce klinicznej. To pierwsza w Polsce długofalowa formuła, która nie traktuje uważności i współczucia jako dodatku do terapii ani jako technik „do wykorzystania”, lecz jako konkretną odpowiedź na realne problemy, z którymi klienci przychodzą do gabinetu. Jest to proces zaprojektowany dokładnie pod realia pracy klinicznej, po to, by doświadczyć, poczuć, osadzić i naprawdę wiedzieć, co, kiedy i dlaczego można zaproponować w swojej praktyce.

Od początku projektowania tego kursu było dla mnie jasne, że jeśli ma on mieć sens, nie może dotyczyć wyłącznie tego, jak terapeuta ma być obecny. Musi dotyczyć również tego, jak pracować z depresją, lękiem, trudnościami w regulacji emocji, napięciem w ciele, seksualnością i relacyjnym cierpieniem, korzystając z mindfulness, compassion i pracy z ciałem jako głównej osi interwencji, czyli poprzez uczenie się zmiany relacji do tego, co ktoś przeżywa.

O tym właśnie mówią badania naukowe: w pracy klinicznej o jakości i trwałości zmiany decyduje nie liczba interwencji, niekoniecznie intelektualizacja i rozumienie, lecz jakość stosunku do własnego doświadczenia, obecność w doświadczeniu i sposób traktowania siebie w nim, jak równiez zwracanie uwagi, ze ciało jest źródłem tresci, przekazow, wspomnień, no i właśnie ten obszar mindfulness i compassion rozwijaja - i nie jako „uczucie do czucia”, ale jako aktywne postawę, kwora zaprasza nas do podjęcia działań wobec siebie.

Ten kurs wyrósł z mojego doświadczenia: z badan naukowych i z doktoratu, w którym mindfulness i compassion były narzędziami pracy z seksualnością, objawami depresyjnymi i lęku, bycia nauczycielką mindfulness i compassion, no i pracy gabinetowej terapeutyczno-seksuologicznej. I to szkolenie jest o tym: jak pracować z lękiem bez jego wzmacniania, jak towarzyszyć depresji, nie redukując jej do „braku zasobów", jak korzystać z praktyk uważności i współczucia w pracy z ciałem, wstydem, seksualnością i regulacją emocji. Jest również o tym kiedy uważności nie należy stosowac, bo to wcale nie jest remedium na wszystko i wręcz są sytuacje, kiedy wprowadzanie jej przyczynia się do pogorszenia stanu osoby, a najlepszym wypadku jej nie pomaga.

To szkolenie jest tak długie i intensywne, bo ma być bezpieczne - dla specjalisty, i dla osoby, która korzysta z tej pomocy, z pełna świadomością możliwości i granic tego podejścia. I dlatego jest to proces jednocześnie dla beneficjentów tej pracy i dla pomagaczy, po to, by się wzmacniać, a nie wypalać, ożywiać, a nie trwać, uczyć się obserwować ciało i za nim podążać, zamiast je omijać.

Zostało swoja droga JEDNO jedyne wolne miejsce, może kogoś woła 🙂

A ja? Odpalam światło dla moich Uczstniczek i się ogromnie na te wspólną drogę i podróż ciesze ☀️🧚

Coraz częściej myślę, że problem z osławionym „well being” wcale nie polega na tym, że nie wiemy, jak o siebie dbać. Wie...
04/02/2026

Coraz częściej myślę, że problem z osławionym „well being” wcale nie polega na tym, że nie wiemy, jak o siebie dbać. Wiedzy mamy dziś aż nadto, a jednak bardzo często między tą wiedzą a codziennością nie wiemy jak zbudować most, zwłaszcza kiedy tyle rzeczy ciągle nas k**i. I zwykle nikt nas nie uczył, jak przełożyć intencję na życie.

I tu pojawia się paradoks: „well being” nie istnieje bez „well doing”. Dobrostan nie przychodzi z samego pocieszania się, afirmacji, dowiedzenia się wszystkiego z kolejnej ksiazki. Chcemy, żeby nam było lekko, ale to lekko ma przyjść bez zaangażowania i bez realnego zadbania o siebie.

Każda roślina zwiednie, jeśli nie robić: nie sprawdzać czy ma wodę i dostep do swiatla. Nawet kaktusa można ususzyc.

Well doing nie jest przyczyną dobrostanu, jest konsekwencją tego jak traktujemy własne zobowiązania wobec siebie na co dzień. Tego, czy siebie słuchamy, czy siebie zostawiamy na koniec kolejki (czego wielu z nas też było uczonym, bo dbanie o siebie miał być egoizmem). Czy uczymy się wyłączać radio z oczekiwań, zadań i celów i pozwalamy sobie się usłyszeć, być ważni nie tylko w teorii, ale tez w tych „drobnych”, codziennych wyborach, które nie domagają się natychmiastowej uwagi. Jeśli w codzienności nie ma miejsca na mnie - na obecność i intencję robienia dobrze sobie i dla siebie - to żaden dobrostan nie tylko długo się nie utrzyma, ale się nawet nie rozpocznie.

I o ile well-being bywa dziś hasłem albo manifestem, o tyle well-doing jest dla mnie paradoksalnie czymś znacznie prostszym i bliższym, jest o żywym zainteresowaniu sobą i gotowości, żeby siebie raz za razem spotykać.

Dzisiaj jest Imbolc, pradawne celtyckie święto, które wyznacza i celebruje połowę drogi między zimą (zimowym przesilenie...
01/02/2026

Dzisiaj jest Imbolc, pradawne celtyckie święto, które wyznacza i celebruje połowę drogi między zimą (zimowym przesileniem) a wiosną (wiosenną równonocą). Samo słowo podobno oznacza „w brzuchu”.

Jeszcze nic się nie zaczęło, ale też nie da się już udawać, że wszystko zostaje po staremu. I ja bardzo lubię myśleć o Imbolc nie jako o święcie natury, tylko jako o progu i o rozpoznawaniu tego, co zaczyna się dziać w ciele.

To bardzo specyficzny czas. Zupełnie nic jeszcze nie widać, a jednocześnie nie da się nie widzieć, że nic się nie zmienia. I co ważne: to wcale nie jest moment na działanie. To raczej moment, w którym zaczyna być jasne, czego już dłużej nie da się nosić w brzuchu. Nie w sensie emocjonalnego banału, tylko w sensie bardzo dorosłym i bardzo cielesnym. Brzuch to nie są tylko „emocje”. To dosłownie zdolność trawienia i trawienia życia: decyzji, relacji, tempa, zobowiązań oraz ról, które przyjęliśmy czasem z rozpędu, czasem z lojalności, a czasem z czegoś bardzo prawdziwego, co po prostu z czasem się zmieniło.

I dlatego interocepcja nie jest pojęciem z ezoteryki, tylko jednym z najbardziej niedocenianych obszarów naszej świadomości. Ale mamy tu wyraźną sprzeczność interesów.

Z badań wiemy, że zdolność rozpoznawania sygnałów z ciała - np. przeciążenia zanim zmieni się wypalenie, złości zanim zamieni się w wycofanie i urazę, głodu zanim przejdzie w rozdrażnienie - realnie wpływa na jakość naszego życia. Ale kulturowo i społecznie mamy tu dużo do nadrobienia, bo często byliśmy uczeni, że ciało należy kontrolować, żeby „nic nie było czuć i nie było widać”, bo nas "za bardzo odsłania". A prawda, choć niewygodna, jest taka, ze ciało bardzo często wie wcześniej, że czegoś już nie trawi, zanim my jesteśmy gotowi to nazwać.

To jest właśnie ten moment, kiedy jeszcze nie zmieniasz pracy, jeszcze nie kończysz relacji, jeszcze nie podejmujesz decyzji, ale ten twój brzuch przestaje współpracować z udawaniem, że wszystko jest „w sumie okej”.

I bycie na progu nie zaprasza do nowych postanowień, natychmiastowych nazw dla tego co się dzieje, ani wdrożeń robionych na „hura”. Zaprasza raczej do zwyczajnej-niezywczajnej uczciwości wobec pierwszych sygnałów: zmęczenia, niechęci do wstawania i zebrania się, żeby cos zrobić, ciągłego „zapominania” czegoś, westchnień na samą myśl, że coś znowu trzeba coś unieść, z kimś coś wyjaśnić i porozmawiać.

Kiedy czegoś nie trawimy, nie znika to samo, tylko zostaje w nas jak ciężar, który nosimy coraz dłużej i bywa, ze coraz bardziej wbrew sobie.

I ja widzę to w taki sposób, ze Imbolc zadaje pytanie, które nie jest ani duchowe, ani coachingowe, a mocno do środka siebie:
- czego już nie chcę dalej nosić, skoro moje ciało jasno pokazuje, że tego nie trawi?

I na dziś, serio, nie musisz nic z tym robić, wystarczy, ze zobaczysz i nie przeciągniesz na to zasłony.

Więc raz jeszcze: jeśli dasz swojemu ciału dziś głos, co powie dziś jako pierwsze?

Powiem Wam, że pisanie książki to jest naprawdę bardzo zazdrosna kochanka.To pisanie to jest relacja. Relacja z ciałem, ...
27/01/2026

Powiem Wam, że pisanie książki to jest naprawdę bardzo zazdrosna kochanka.

To pisanie to jest relacja. Relacja z ciałem, uwagą, pragnieniem, cierpliwością, frustracją i wkurzeniem. Wymaga delikatności, uważności i zdolności do otwartych, zaciekawionych powrotów.

Ta moja kochanka domaga się obecności. Chce być wybierana codziennie, nawet na chwilę; nie podoba jej się, gdy ją odkładam „na jutro”, potrafi być hojna i okrutna tego samego dnia, a przy tym absolutnie nie znosi pośpiechu ani instrumentalnego traktowania.

Bywa czuła (choć ostatnio rzadko), a bywa taka, ze patrzę na nią w złości i na chwilę zostawiam.

Ale potem wracam, bo wiem, ze tam jest moje serce, zaangażowanie, radość i życzliwość.

I chyba właśnie dlatego ta książka nie powstaje obok mojego życia, ale w samym jego środku.

Przyjemność to kompetencja, nie uczucieMam ostatnio sporo rozmów na temat przyjemnosci. Temat wraca w gabinecie, na szko...
26/01/2026

Przyjemność to kompetencja, nie uczucie

Mam ostatnio sporo rozmów na temat przyjemnosci. Temat wraca w gabinecie, na szkoleniach, mentoringu i często słyszę pytanie: jak te przyjemność poczuć?, albo żal je już jej nie ma. Często tez pojawia się oczekiwanie, ze można zrobić dla siebie jedna, wyizolowaną rzecz i łatwo odzyska się do niej dostęp.
I zwykle za tym stoi przekonanie, że przyjemność się po prostu pojawia, albo nie. Jak impuls albo „chemia”, albo coś co powinno wrócić samo, kiedy tylko będziemy mniej zestresowani, bardziej wypoczęci albo w lepszej relacji.

Tylko że z przyjemnością to nie jest taka prosta sprawa.

Przyjemność nie jest wyłącznie reakcją organizmu. Jest KOMPETENCJĄ - zdolnością naszego systemu nerwowego do odbierania bodźców w sposób, który nie wymaga natychmiastowej kontroli, tłumaczenia, poprawiania albo wycofywania się z niego.

Jeśli przez lata funkcjonowaliśmy w trybie nadodpowiedzialności, czujności, działania a nie odczuwania, „ogarniania” zamiast pozwalania sobie odbierać, to brak ZDOLNOŚCI do doświadczenia przyjemności (zauważcie: nie brak przyjemności) jest informacją.
Tą zdolność nie znika dlatego, że „coś z nami jest nie tak”. Zdolność do jej doświadczania znika, bo nasz układ nerwowy funkcjonował w trybie kontroli, wymuszenia spokoju, uczenia się zachowania bezpieczeństwa kosztem siebie. I do dziś to robi, bo tak pamięta. Układ nerwowy nie ma przycisku „włącz i wyłącz” dlatego proste porady w stylu „zrób jedna rzecz dla nerwu błędnego” tak rzadko cos zmieniaja.

Dodatkowo: przyjemność nie wraca na poziomie decyzji ani deklaracji. Wraca tam, gdzie nasze ciało (czyli nasz układ nerwowy, nasz pierwszy język, którym poznawaliśmy świat, wcale nie głowa) ma warunki, żeby zostać w określonym doświadczeniu, zamiast się z niego ratować.

I być może właśnie dlatego tak wiele osób mówi: „wszystko rozumiem, ale niewiele się zmienia”.
I to się zgadza w zasadzie, bo samo rozumienie nie zawsze przekłada się na zdolność przeżywania. I dlatego nie wystarczy po prostu „bardziej chcieć”, „bardziej się otworzyć” ani „przestać analizować”. Od rozumienia zjawisk nasz świat wewnętrzny rzadko się zmienia.

Rozumienie to jedno a zdolność do czucia i bycia w przyjemności to zupełnie inny poziom pracy - potrzebny tak pracy, jak i w relacjach romantycznych, z bliskimi, i w relacji ze sobą.

I zostawiam Wam pytanie, które często otwiera ważne procesy:
czy w Twoim życiu było więcej sytuacji, w których uczono Cię, jak działać i wytrzymywać, czy takich, w których uczono Cię, jak pozwalać sobie na przyjemność?

Dziś podobno jest dzień czułości. W tej definicji nie wiem, co to dokładnie znaczy, ale wiem jedno: ze mylimy czułość z ...
19/01/2026

Dziś podobno jest dzień czułości.
W tej definicji nie wiem, co to dokładnie znaczy, ale wiem jedno: ze mylimy czułość z ucieczka/czułostkowością a wrzucamy je często do jednego worka.

Czułość wcale nie polega na tym, że wszystko jest miłe, łagodne i na pewnie nie polega na tu, ze zawsze jest miękko. Jeśli tak jest, to jest to karykatura czułości. Czułość to zdolność bycia w kontakcie z tym, co jest, również wtedy, gdy jest niewygodne, nieprzyjemne, nieładne, niespójne albo jeszcze zupełnie nienazwane. Czułość to sposób odnoszenia się do siebie, w którym nie trzeba się poprawiać, przyspieszać ani „dobrze przeżywać”.

Czułostkowość za to często pojawia się tam, gdzie trudno wytrzymać napięcie. To taki moment, kiedy zamiast zostać z tym nieprzyjemnym doświadczeniem, przykrywamy je miłym zdaniem, narracją w stylu „wszystko jest po coś” albo kiedy wygładzamy, żeby nie widzieć istoty tego, co się naprawdę wydarzyło. I - to nie zawsze jest zła intencja - ale zwykle brak chęci / pojemności na bycie w tym, co akurat jest.

Bycie czułą / czułym dla siebie nie oznacza:
- że zawsze siebie rozumiemy
- że sobie wszystko wybaczamy
- że odpuszczamy odpowiedzialność za to, co potrzebujemy zrobić
- że mówimy do siebie wyłącznie językiem, który usprawiedliwia i szuka wymówek.

Czułość bywa jedną z bardziej wymagających postaw, jakie można wobec siebie przyjąć. Paradoks polega na tym, że udawanie, iż nie ma decyzji do podjęcia, zwykle okazuje się formą sabotażu, a wcale nie przejawem czułości. Innymi słowy, czułość wobec siebie czasem oznacza zatrzymanie się wtedy, gdy najchętniej pchnęlibyśmy się dalej. Innym razem z kolei oznacza jednak zrobienie dokładnie tego, czego najbardziej nie chcemy zrobić, i wcale nie po to, aby się zmuszać, tylko po to, żeby w końcu nie uciekać.

Podobnie, czułość polega raczej na tym, że nie oszukujemy się co do tego w jakim miejscu naprawdę jesteśmy - widzimy to jasno i uczymy się brać za siebie odpowiedzialność. Jeśli cos jest przejawem czulosci, to właśnie to, ze widzę siebie i uczę się zrobić dla siebie cos, co będzie uczciwe, choć trudne, zgodne ze mną choć nie zawsze na dany moment przyjemne. Dbanie o siebie nie polega wyłącznie na tym, ze lekko leżę na kanapie lub udaje, ze cos nie ma znaczenia.

To ma znaczenie w relacjach, ponieważ wpływa na to, czy jesteśmy w nich obecni, czy jedynie reagujemy. Ma tez znaczenie w pracy i w prowadzeniu biznesu, ponieważ decyduje o tym, czy bierzemy odpowiedzialność, czy tylko ją omijamy. Ma również znaczenie w odpoczynku, bo pozwala odróżnić regenerację od unikania. No i wreszcie znaczenie w podejmowaniu decyzji, zwłaszcza tych, których nie da się już odłożyć.

Czułość nie zawsze jest miła, ale bardzo często bywa uczciwa.

"Nie brakuje nam relacji. Tych mamy aż nadto. Brakuje nam więzi" - to zdanie powiedziałam na szkoleniu w Akademii Psycho...
16/01/2026

"Nie brakuje nam relacji. Tych mamy aż nadto. Brakuje nam więzi" - to zdanie powiedziałam na szkoleniu w Akademii Psychologii Przywództwa.

Żyjemy w czasach, w których na poziomie relacji mamy więcej ludzi wokół siebie niż kiedykolwiek. Relacji mamy aż nadto - mamy zespoły, znajomych, współpracowników, partnerów w projektach, grupy na komunikatorach i dziesiątki rozmów w tygodniu. Kiedy tak to wyliczam, wygląda to jak solidna siec: gęsta, aktywna i pełna kontaktów. A jednak wiele osob, a szczególnie liderzy, specjaliści i te osoby, które o dzień prowadzą innych i bierze na siebie wiele zadań, doświadcza poczucia pustki.

Czy dlatego, ze cos z tymi „relacjami” jest nie tak? albo ze są „nieprawdziwe”? Wcale nie. Poczucie pustki nie bierze się z braku ludzi wokół nas, ale z braku więzi.

Relacja to struktura. Można ją utrzymywać latami: pracować razem, mieszkać razem, mijać się pod jednym dachem, wymieniać zadania i obowiązki. Relacja ma swoją logistykę, historię i wspólne sprawy. I nie zawsze wymaga, żebyśmy byli emocjonalnie dostępni. Wystarczy, ze dowozimy i funkcjonujemy.

Więź działa inaczej. Potrzebuje obecności i nie tej rozumianej jako „jestem obok”, ale takiej która mówi: „jestem tutaj z tobą i dla ciebie”. Potrzebuje prawa do potrzeb, gotowości do odsłonięcia choć odrobiny prawdy o sobie, zdolności do zatrzymania się na chwilę w świecie, który ciagle pędzi. I nie powstaje od ilości rozmów, ale od jakości doświadczenia miedzy osobami.

I tu zaczyna się problem. Wielu z nas perfekcyjnie radzi sobie w relacjach, a jednocześnie nie ma żadnej praktyki więzi. Trudno się dziwić: kultura i tempo życia uczą nas czegoś zupełnie odwrotnego, aż w końcu zapominamy jak to jest być blisko.
W pracy uczymy się kontroli, odpowiedzialności, szybkich decyzji i samowystarczalności, a w domu często nosimy w sobie zmęczenie, frustracje i brak jakiejkolwiek ochoty na proste czynnosci. Kontakt z własnymi potrzebami jest ograniczony, więc nie mamy też dostępu do sygnałów drugiej osoby. A kiedy nie mamy kontaktu z potrzebami i umiejętnością proszenia (i nie o prośbę o wykonanie zadania tu chodzi, ale o obecność dla nas) nie mamy też więzi.

Więzi nie da się stworzyć pomiędzy jednym callem a spotkaniem na lunchu, w biegu pomiędzy zadaniami, rolami i planem dnia. Więź potrzebuje otwartości i gotowości uczenia się bycia z kimś bez roli i w decyzji, że chcemy być z kimś w sposób odrobinę bardziej prawdziwy niż to, w czym funkcjonujemy przez cały dzień: a samodzielności, niezależności i doskonałym radzeniu sobie.

Nie brakuje nam relacji, brakuje nam więzi. A to jest podstawa niezależnie od tego, gdzie w życiu jesteśmy i czym się w życiu zajmujemy.

- - - - -
Z tymi właśnie obszarami: więzią, regulacją i obecnością, w kontekście leadershipu i odpowiedzialności zawodowej, pracuję dziś najczęściej.

Adres

Warsaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Dr Iza Jąderek umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Dr Iza Jąderek:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram