09/04/2026
Właśnie się dowiedziałam, ze Barbara Nowacka zdecydowała, ze program edukacji zdrowotnej, owszem, będzie obowiązkowy, ale z wyłączeniem edukacji seksualnej, gdyż jak to p. Ministra uzasadniła "nie chce politycznej awantury".
Czyli państwo mówi, że najtrudniejsze i najbardziej potrzebne tematy można oddać walkowerem, ze względu na własny interes polityczny, bo nie społeczny.
Dlaczego to to zła decyzja i o co w tym chodzi?
1) To jest decyzja robiona pod święty spokój, a nie pod dobro dzieci
Jeżeli ministra/minister mówi, że komponent zdrowia seksualnego ma być nieobowiązkowy, bo to budzi awanturę, to znaczy, że kryterium nie jest to czego potrzebują dzieci, rodzice i szkoły, tylko: to co jest politycznie dla „nas” lepsze.
Innymi słowy, nie zarządza się szkołą z perspektywy rozwoju i potrzeb dzieciaków, tylko z perspektywy gaszenia politycznego pożaru. Czyli dalej - zajmujmy się tym co się dzieje miedzy nami - społecznością polityków, a nie tym co wiemy z poziomu rozwoju psychoseksualnego, wiedzy, konieczności edukacji, danych z badan.
2) Najbardziej potrzebujace dzieci oberwą największym kosztem jako pierwsze. Dlaczego? Jeśli coś jest nieobowiązkowe, to korzystają z tego głównie dzieci z domów, gdzie rodzice mają świadomość istostnosci tego obszaru, nie boją się tematu, chcą z dzieckiem jakoś o tym rozmawiać, rozumieją, po co to jest, zadają pytania, mają wole, żeby wyrazić zgodę.
Komu się dostanie? Właśnie tym dzieciom, które najbardziej tej edukacji potrzebują:
- z domów gdzie jest przemoc lub kiedy dzieci doświadczają przemocy ze strony osób "poza domowych, ale bliskich"
- z domów, gdzie jest wokół tego tematu tabu
- z domów, gdzie nie rozmaiwwa się o relajach, emocjach, bliskości i jej budowaniu
- z domów gdzie ciało, nagość, fizjologię i anatomię się zawstydza
- ale tez dzieci, które uczą się o relacjach, wyglądzie ciała, seksie z p***ografii, TikToka, Instgarama i rozmów miedzy soba.
Czyli, innymi słowy, mamy taka sytuacje: polityka / system najpierw odbiera obowiązkowość, a potem dziwi się przemocy, sextingowi, nadużyciom, presji, wczesnym ciążom, totalnemu chaosowi w relacjach
3) To zostawia rodziców samych z tematem, do którego sami często nie mają ani przygotowania, ani narzędzi
To mnie wkurza chyba najbardziej - pani Ministra mówi „rodzice mają decydować”. No świetnie, tylko że ogromna część rodziców sama nie dostała żadnej edukacji seksualnej ani relacyjnej. Wiec skąd oni mają wiedzieć:
- czym jest zgoda i jak rozmawiać o tej zgodzie
- jak mówić o granicach, jak ich uczyć, jak je wyrażać
- jak wyjaśnić presje seksualna
- jak zareagować i jak wytlumazyc co to jest, niekoniecznie zabierając telefon, kiedy dziecko natrafi na p***ografie
- jak porozmawiać o piersiach, miesiączce, polucjach, erekcjach, o całym dojrzewaniu bez zawstydzania?
Wiec teraz państwo mówi: „to rodzina się tym zajmie”, po czym nie daje rodzinie żadnego wsparcia systemowego
4) Najgorsze chyba jest to, co ta decyzja symbolicznie komunikuje - czyli
jeżeli coś jest obowiązkowe to mamy jasność: to jest ważne, to ci się przyda, to jest fundament twojej wiedzy, zdrowia i bezpieczeństwa. No i teraz jeżeli seksualność i relacje są opcjonalne to komunikat jest taki: „to nie jest aż tak ważne", "w sumie może ci się nie przydać".
To dość powiedzieć, absurd, bo w edukacji dot zdrowia seksualnego są:
- granice i rozpoznawanie przemocy, rozpoznawanie presji
- czym jest zgoda, umiejętność powiedzenia „nie” i umiejtgnosc powiedzenia "tak"
- szacunek do własnego ciała i w ogóle stosunek do niego, znajomość ciała, również jego budowy, funkcjonowania, tego co świadczy o zdrowiu, jakie są sygnały choroby
- pierwsze relacje
- orientacja seksualna i tożsamość płciową, kim jestem, kto mi się podoba, jak sobie z tym radzić, jak kochać
- internet i p***ografia.
Czyli ni mniej ni więcej dokładnie to, co później wpływa na zdrowie psychiczne (!), samoocenę, bycie w relajach i ich jakość, przemoc, nadużycia, lubienie siebie, umiejętność powiedzenia o potrzebach, przyjmowanie ich ze strony innych
5) Jeszcze taka myśl o przywodztwie.
Moim zdaniem jest słabe, bo akurat lider nie jest od tego, żeby nie było awantury. Wprost przeciwnie. Lider jest od tego, żeby udźwignąć awanturę. Wiec pani Ministra rob unik i odpuszcza.
A potem się dziwimy i zwalamy winę na rodziców (zupełnie niepotrzebnie), którzy mówią "nie będę rozmawiać z dzieckiem o przemocy, bo ten temat nas nie dotyczy". No super, tylko brak rozmowy nie usuwa problemu, tylko oddaje dziecko i rodziców algorytmom i rówieśnikom
6) Dziecko dostaje komunikat „z tym masz sobie poradzić sam/sama”
Jeżeli temat relacji, granic, dojrzewania, zgody, ciała i seksualności jest nieobowiązkowy albo okrojony „żeby nie było awantury”, to dziecko bardzo szybko uczy się, ze to są tematy, z którymi musi sobie radzić samo. Tylko ono nie umie. Skąd ma umieć?
Każde dziecko potrzebuje mądrego, troskliwego opiekuna i przewodnika. Kogoś kto powie, na twoim bezpieczeństwie mi zależy.
Państwu, jako dorosłemu, chyba nie zależy.
I ta młoda, zagubiona osoba, zostaje sama z pierwszą presją na bliskość, pierwszym pocałunkiem, seksem, mówieniem o potrzebach, pierwsza miesiączka, zabezpieczeniem, zabezpieczeniem przed ciążą, pierwszym pytaniem „czy to było ok?”, pierwszym lękiem „czy ze mną jest coś nie tak?”.
To jest ogromny problem, bo dziecko jest w chaosie i nikt go z niego nie wyprowadza.
7) Rodzic dostaje jeszcze więcej lęku i jeszcze mniej wsparcia i dostaje również ukryty komunikat: „radź sobie sam". Nie mam watplwisc, ze wielu rodziców naprawdę chce dobrze, ale ani nie ma języka; boi się powiedzieć za dużo albo za mało, bo nie wie co jest za dużo, albo za mało, wiec lepiej nie mówić nic; sam ma wstyd wokół seksualności; nie wie jak nawet zacząć rozmowę; nie rozumie świata sextingu, presji online, p***o i relacji nastolatków, bo - tak, to akurat prawda, za jego czasów było inaczej i nie on ma obowiązek łatania tej dziury.
Finalnie mamy obrazek
- dziecko zostaje jeszcze bardziej samo
- rodzic zostaje sam
- szkoła musi radzić sobie sama i często jest bezradna
- ale za to politycy maja mniej kłopotu