Dr Iza Jąderek

Dr Iza Jąderek Edukatorka seksualna, doradca okołotestowy ds. HIV/AIDS Krajowego Centrum ds. AIDS, Agendy Ministra Zdrowia.

psycholog | psychoterapeutka | seksuolog kliniczny PTS | psychoseksuolog Europejskiej Federacji Seksuologicznej i Europejskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej | nauczycielka Mindfulness & Compassion |
Członkini Zarządu PTS i Komisji Etyki PTP ISTDP Iza Jąderek
Psycholog, psychoterapeuta, seksuolog kliniczny Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, psychoseksuolog Europejskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej i Europejskiej Federacji Seksuologicznej. Certyfikowana nauczycielka uważności / mindfulness programu MBSR (Mindfulness-Based Stress Reduction), nauczycielka programu compassion MBCL (Mindfulness-Based Compassionate Living). Współpracowniczka organizacji pozarządowych (Fundacja Polski Instytut Mindfulness, Fundacja Edukacji Społecznej, Fundacja Promocji Zdrowia Seksualnego, Fundacja Trans-Fuzja, Stowarzyszenie Akceptacja, Stowarzyszenie Przyjaciół i Rodzin Osób z Zaburzeniami Psychicznymi "Pomost"). Prowadzi psychoterapię indywidualną i par, terapię seksualną, treningi mindfulness, szkolenia dla specjalistów i warsztaty dla osób zainteresowanych rozwojem osobistym. Pracuje również jako psycholog w Szpitalu Bielańskim w Warszawie, oraz jako wykładowca w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego, gdzie również kończy doktorat.

Właśnie się dowiedziałam, ze Barbara Nowacka zdecydowała, ze program edukacji zdrowotnej, owszem, będzie obowiązkowy, al...
09/04/2026

Właśnie się dowiedziałam, ze Barbara Nowacka zdecydowała, ze program edukacji zdrowotnej, owszem, będzie obowiązkowy, ale z wyłączeniem edukacji seksualnej, gdyż jak to p. Ministra uzasadniła "nie chce politycznej awantury".

Czyli państwo mówi, że najtrudniejsze i najbardziej potrzebne tematy można oddać walkowerem, ze względu na własny interes polityczny, bo nie społeczny.

Dlaczego to to zła decyzja i o co w tym chodzi?

1) To jest decyzja robiona pod święty spokój, a nie pod dobro dzieci

Jeżeli ministra/minister mówi, że komponent zdrowia seksualnego ma być nieobowiązkowy, bo to budzi awanturę, to znaczy, że kryterium nie jest to czego potrzebują dzieci, rodzice i szkoły, tylko: to co jest politycznie dla „nas” lepsze.
Innymi słowy, nie zarządza się szkołą z perspektywy rozwoju i potrzeb dzieciaków, tylko z perspektywy gaszenia politycznego pożaru. Czyli dalej - zajmujmy się tym co się dzieje miedzy nami - społecznością polityków, a nie tym co wiemy z poziomu rozwoju psychoseksualnego, wiedzy, konieczności edukacji, danych z badan.

2) Najbardziej potrzebujace dzieci oberwą największym kosztem jako pierwsze. Dlaczego? Jeśli coś jest nieobowiązkowe, to korzystają z tego głównie dzieci z domów, gdzie rodzice mają świadomość istostnosci tego obszaru, nie boją się tematu, chcą z dzieckiem jakoś o tym rozmawiać, rozumieją, po co to jest, zadają pytania, mają wole, żeby wyrazić zgodę.

Komu się dostanie? Właśnie tym dzieciom, które najbardziej tej edukacji potrzebują:
- z domów gdzie jest przemoc lub kiedy dzieci doświadczają przemocy ze strony osób "poza domowych, ale bliskich"
- z domów, gdzie jest wokół tego tematu tabu
- z domów, gdzie nie rozmaiwwa się o relajach, emocjach, bliskości i jej budowaniu
- z domów gdzie ciało, nagość, fizjologię i anatomię się zawstydza
- ale tez dzieci, które uczą się o relacjach, wyglądzie ciała, seksie z p***ografii, TikToka, Instgarama i rozmów miedzy soba.

Czyli, innymi słowy, mamy taka sytuacje: polityka / system najpierw odbiera obowiązkowość, a potem dziwi się przemocy, sextingowi, nadużyciom, presji, wczesnym ciążom, totalnemu chaosowi w relacjach

3) To zostawia rodziców samych z tematem, do którego sami często nie mają ani przygotowania, ani narzędzi

To mnie wkurza chyba najbardziej - pani Ministra mówi „rodzice mają decydować”. No świetnie, tylko że ogromna część rodziców sama nie dostała żadnej edukacji seksualnej ani relacyjnej. Wiec skąd oni mają wiedzieć:
- czym jest zgoda i jak rozmawiać o tej zgodzie
- jak mówić o granicach, jak ich uczyć, jak je wyrażać
- jak wyjaśnić presje seksualna
- jak zareagować i jak wytlumazyc co to jest, niekoniecznie zabierając telefon, kiedy dziecko natrafi na p***ografie
- jak porozmawiać o piersiach, miesiączce, polucjach, erekcjach, o całym dojrzewaniu bez zawstydzania?

Wiec teraz państwo mówi: „to rodzina się tym zajmie”, po czym nie daje rodzinie żadnego wsparcia systemowego

4) Najgorsze chyba jest to, co ta decyzja symbolicznie komunikuje - czyli

jeżeli coś jest obowiązkowe to mamy jasność: to jest ważne, to ci się przyda, to jest fundament twojej wiedzy, zdrowia i bezpieczeństwa. No i teraz jeżeli seksualność i relacje są opcjonalne to komunikat jest taki: „to nie jest aż tak ważne", "w sumie może ci się nie przydać".

To dość powiedzieć, absurd, bo w edukacji dot zdrowia seksualnego są:
- granice i rozpoznawanie przemocy, rozpoznawanie presji
- czym jest zgoda, umiejętność powiedzenia „nie” i umiejtgnosc powiedzenia "tak"
- szacunek do własnego ciała i w ogóle stosunek do niego, znajomość ciała, również jego budowy, funkcjonowania, tego co świadczy o zdrowiu, jakie są sygnały choroby
- pierwsze relacje
- orientacja seksualna i tożsamość płciową, kim jestem, kto mi się podoba, jak sobie z tym radzić, jak kochać
- internet i p***ografia.

Czyli ni mniej ni więcej dokładnie to, co później wpływa na zdrowie psychiczne (!), samoocenę, bycie w relajach i ich jakość, przemoc, nadużycia, lubienie siebie, umiejętność powiedzenia o potrzebach, przyjmowanie ich ze strony innych

5) Jeszcze taka myśl o przywodztwie.
Moim zdaniem jest słabe, bo akurat lider nie jest od tego, żeby nie było awantury. Wprost przeciwnie. Lider jest od tego, żeby udźwignąć awanturę. Wiec pani Ministra rob unik i odpuszcza.
A potem się dziwimy i zwalamy winę na rodziców (zupełnie niepotrzebnie), którzy mówią "nie będę rozmawiać z dzieckiem o przemocy, bo ten temat nas nie dotyczy". No super, tylko brak rozmowy nie usuwa problemu, tylko oddaje dziecko i rodziców algorytmom i rówieśnikom

6) Dziecko dostaje komunikat „z tym masz sobie poradzić sam/sama”
Jeżeli temat relacji, granic, dojrzewania, zgody, ciała i seksualności jest nieobowiązkowy albo okrojony „żeby nie było awantury”, to dziecko bardzo szybko uczy się, ze to są tematy, z którymi musi sobie radzić samo. Tylko ono nie umie. Skąd ma umieć?
Każde dziecko potrzebuje mądrego, troskliwego opiekuna i przewodnika. Kogoś kto powie, na twoim bezpieczeństwie mi zależy.
Państwu, jako dorosłemu, chyba nie zależy.

I ta młoda, zagubiona osoba, zostaje sama z pierwszą presją na bliskość, pierwszym pocałunkiem, seksem, mówieniem o potrzebach, pierwsza miesiączka, zabezpieczeniem, zabezpieczeniem przed ciążą, pierwszym pytaniem „czy to było ok?”, pierwszym lękiem „czy ze mną jest coś nie tak?”.

To jest ogromny problem, bo dziecko jest w chaosie i nikt go z niego nie wyprowadza.

7) Rodzic dostaje jeszcze więcej lęku i jeszcze mniej wsparcia i dostaje również ukryty komunikat: „radź sobie sam". Nie mam watplwisc, ze wielu rodziców naprawdę chce dobrze, ale ani nie ma języka; boi się powiedzieć za dużo albo za mało, bo nie wie co jest za dużo, albo za mało, wiec lepiej nie mówić nic; sam ma wstyd wokół seksualności; nie wie jak nawet zacząć rozmowę; nie rozumie świata sextingu, presji online, p***o i relacji nastolatków, bo - tak, to akurat prawda, za jego czasów było inaczej i nie on ma obowiązek łatania tej dziury.

Finalnie mamy obrazek
- dziecko zostaje jeszcze bardziej samo
- rodzic zostaje sam
- szkoła musi radzić sobie sama i często jest bezradna
- ale za to politycy maja mniej kłopotu

Wczoraj był Światowy Dzień Zdrowia. W tym roku pod hasłem "Together for health. Stand with science". I tak sobie myślę, ...
08/04/2026

Wczoraj był Światowy Dzień Zdrowia. W tym roku pod hasłem "Together for health. Stand with science". I tak sobie myślę, jak dużo za każdym razem i zewsząd mówi się o tym, żeby „dbać o siebie” i mam wrażenie, że to zdanie bywa czasem zaskakująco puste, jeśli nie wiemy, jak w ogóle rozpoznać czego nam potrzeba.

Zdrowie akurat nie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy pojawia się objaw albo wynik naszego badania wychodzi poza normę. Zdecydowanie częściej zaczyna się dużo wcześniej, w tych drobnych sygnałach, które nasze ciało, nasz organizm wysyła przez cały dzień i na co dzień:
- czy rozpoznaję, że jestem zmęczona/y, zanim dojdę do ściany?
- czy czuję głód i sytość, zanim zacznę jeść automatycznie?
- czy umiem zauważyć napięcie w plecach, zaciśniętą szczękę rano lub płytki oddech, ścisk w brzuchu, zmęczenie, zanim nazwę to po prostu „normalnym dniem” lub zanim padnę chora/y?
- czy potrafię usłyszeć i uznać własne słowa „mam dość” albo "dziś juz nie", "mam pod korek" i dać temu miejsce?

Banał? No nie.
- głód, który łatwo zagłuszyć kawą, bo „jeszcze tylko jeden call” - kto nie był w tym miejscu?
- sytośc, której nie zauważamy, bo jemy w biegu i przy ekranie
- napięcie barków i szczeka która jest ściśnięta od rana, i które nie biorą się znikąd, tylko zwykle są śladem długotrwałego przeciążenia, mobilizacji i stresu, który organizm cały czas próbuje „unieść”
- rozdrażnienie, taka elekrycznosc i poczucie, ze wszystko drażni bardziej niż zwykle.

To wszystko ma ogromne znaczenie dla zdrowia. Jeśli takich właśnie sygnałów /informacji nie zauważamy dużo łatwiej jedziemy ponad zasoby: śpimy za mało, jemy nieadekwatnie do potrzeb, dłużej utrzymujemy się w stanie mobilizacji, trudniej się regenerujemy, gorzej koncentrujemy, nie zapamiętujemy, szybciej wpadamy w drażliwość, krzyczymy na bliskich bo nie dajemy rady z ilością rzeczy i po prostu wybuchamy, impulsywność albo apatię i emocjonalne odcięcie.

To wszystko są realne procesy fizjologiczne - mój / twój układ nerwowy, hormonalny i odp***ościowy nie działają w wyizolowaniu od codziennych sygnałów z ciała, a raczej na nich jadą.
Im dłużej ignorujemy informacje o zmęczeniu, głodzie, przebodźcowaniu tym większy koszt dla nas. I nie, utrata snu nie jest "małym" problemem. A czasem się płaci wlanie niewyspaniem, tym ze się wybudzamy, sen nie przynosi regeneracji od dawna, nie umiemy rozmawiać, czytanie jest wysiłkiem i powtarzamy jedno zdanie piąty raz, pijemy 9ta kawę, chorujemy, bo odp***ość nam spada. A potem płaci się również tym, że coraz trudniej poczuć przyjemność i zwykłą obecność w sobie lub kogoś przy nas i nas przy drugiej osobie.

I obok tego wszystkiego jest jeszcze druga rzecz, która dziś wydaje mi się ważna.

O zdrowiu bardzo często wypowiadają się osoby, które mają ogromną widoczność, ale niekoniecznie jakiekolwiek przygotowanie, żeby odróżnić własne doświadczenie od wiedzy. To, że ktoś po jednej zmianie diety, jednym suplemencie czy jednym porannym rytuale poczuł się lepiej, jest po prostu jego doświadczeniem. Jednostkowe doświadczenie bywa wspaniale, cenne, inspirujące, ba, czasem nawet wzruszające. No ale to, że coś „u niej zadziałało”, nie jest tym samym co dane, badania, mechanizmy i to co umiemy dziś rozumieć dzięki nauce.

Widoczność nie jest kompetencją, a liczba obserwujących nie jest metodologią. Podobnie, powtarzalna narracja w internecie nie jest tym samym co rzeczywiście wiemy z badań o stresie, regeneracji, odżywianiu, śnie czy pracy układu nerwowego.

I dlatego lubie to tegoroczne hasło i życzyłabym żeby przypominało o dwóch rzeczach jednocześnie: o uczeniu się umiejętności słuchania własnego ciała i nie podważania go w kolejnej sekundzie, w której mówi, i umiejętności odróżniania wiedzy od dobrze opowiedzianej influenserskiej historii.

Jestem zdania, ze czasem njabardizej prozdrowotne jest zatrzymanie się, żeby probować usłyszeć co organizm mówi już od dawna, a dopiero potem "zrobić cos dla siebie".

Dziś będzie o dyscyplinie, która w naszym świecie jest tak negatywnie nabudowana, ze być może czas ją odczarować. A to w...
29/03/2026

Dziś będzie o dyscyplinie, która w naszym świecie jest tak negatywnie nabudowana, ze być może czas ją odczarować.

A to wszystko dlatego, ze wczoraj i dziś jest kolejny zjazd mojego szkolenia dla terapeutów Mindfulness i Compassion w praktyce klinicznej - gdzie przyglądamy się własnej praktyce, temu co i jak robimy, temu czym jest praca nad sobą i że to jest wysiłek.

Mam wrażenie, ze dyscyplina dotyka takiego miejsca, w którym język psychologii, doświadczenie ciała i kontekst kulturowy trochę się nam rozjechały. Dyscyplina ma w sumie dość kiepską prasę i wg mnie wcale nie dlatego, ze nam szkodzi, ale dlatego ze samo słowo kojarzy nam się z przymusem, presją i przekraczaniem siebie, aniżeli z troską o siebie. I w zasadzie od dawna to słowo rozumiane jest, jako cos negawtynego i z jakimś napięciem i dewaluacją, pt „muszę się ogarnąć, zdyscyplinować, bo inaczej jestem beznadziejna/y”, albo "brakuje ci dyscypliny", jako krytyka. No i wtedy i to słowo i sama postawa traktowana jest przez nas jako ocena, albo jako atakowanie siebie, a nie jako część z nas, która jest dorosła, może podejmować decyzje i być konsekwentna.

I w sumie chyba dlatego nasza kultura zrobiła zwrot w stronę łagodności i odpuszczania i „bądź dla siebie dobra/dobry”. Tyle tylko, że trochę wg mnie wylaliśmy dziecko z kąpielą i zaczęliśmy traktować dyscyplinę jak coś podejrzanego i opresyjnego.
A dyscyplina taka nie musi być, pytanie właśnie jakie nadajemy jej znaczenie i z czym się kojarzy.

Psychologicznie rzecz biorąc dyscyplina jest zdolnością do utrzymania kierunku mimo chwilowego braku motywacji. Czyli jest to jest funkcja REGULACYJNA, a nie opresyjna. Czyli nie polega na tym, że się zmuszamy, tylko na tym, że jesteśmy w stanie zostać przy czymś, co jest dla nas ważne, nawet kiedy chwilowo nam się zupełnie nie chce, kiedy pojawia się opór albo rozproszenie.

I mindfulness to pięknie pokazuje 🙂

W praktyce uważności nikt nie mówi: „praktykuj tylko wtedy, kiedy masz na to ochotę i czujesz flow”. Zupełnie nie! Wręcz przeciwnie: jedną z kluczowych postaw jest regularność, codziennie najlepiej kilkadziesta minut. Czyli wracanie, siadanie na poduszce medytacyjnej nawet wtedy, lub przede wszystkim wtedy, kiedy umysł ucieka, ciało jest niespokojne i zmęczone, a my mamy wrażenie, że „to nie działa” i ze najlepiej się położyć.

To jest właśnie dyscyplina, ale nie taka, która nas łamie, tylko taka, która nas umie trzymać. Czyli można być powiedzieć, ze to jest dyscyplina bez agresji czy przemocy, taka która nie mówi: „masz to zrobić idealnie”, tylko: „wróć jeszcze raz”, "wróć na tyle ile możesz", "zrób to chociaż 5 minut, jęli dziś nie dasz rady więcej". I to jest ogromna różnica.

Z perspektywy układu nerwowego dyscyplina jest też formą budowania bezpieczeństwa: powtarzalność, rytm, przewidywalność to są elementy, które nas bardzo regulują. Kiedy mamy w swoim życiu coś, do czego wracamy regularnie (praktyka, ruch, jedzenie o określonych porach, sen), nasz układ nerwowy przestaje być w ciągłym trybie reagowania na chaos i to jest moment, w którym dyscyplina przestaje być czym opresyjnym i wymierzonym przeciwko nam, a zaczyna być strukturą, która nas wspiera, niesie i trzyma 🙂

Kulturowo mamy jeszcze jeden ciekawy wątek. Żyjemy w świecie natychmiastowej gratyfikacji, czyli szystko ma być szybko, przyjemnie i najlepiej bez wysiłku, wiadomo. I w takim kontekście dyscyplina zaczyna wyglądać jak relikt przeszłości, który wymaga wyrzeczeń.

Szczęśliwie bym powiedziała, ciało, emocje i procesy psychiczne nie działają w tej okrutnej logice natychmiastowej nagrody. Regulacja, zmiana nawyków, pogłębianie kontaktu z sobą to wszystko dzieje się w czasie i wymaga powtarzalności. Dlatego mogłabym powiedzieć coś, co brzmi trochę przewrotnie: dyscyplina jest formą długoterminowej życzliwości wobec siebie. Kiedy siadamy do praktyki, albo do zrobienia czegoś dla siebie, albo do pracy której nie chcemy juz sabotować w nieskonczosnosc, kiedy idziemy na spacer, kiedy kładziemy się spać zamiast scrollować, to nie robimy tego przeciwko sobie.

Robimy to dla siebie - tylko nie dla tej części, która chce natychmiastowej ulgi, tylko dla tej, która potrzebuje stabilności, zdrowia i lagodnsci wobec siebie..

Oczywiście, wiadomo, dyscyplinę bardzo łatwo zepsuć, wystarczy, że się zapędzimy i zaczniemy atakować izaczyna się sztywność, brak elastyczności, no i ignorowanie sygnałów z ciała, i wtedy to już nie jest regulacja, tylko przemoc na siebie ubrana w ładne słowo. I dlatego dojrzała dyscyplina zawsze ma w sobie dwa elementy: kierunek i elastyczność.

Kierunek, czyli wiem, co jest dla mnie ważne i do tego wracam.
Elastyczność, czyli potrafię sprawdzić, czy dzisiaj forma, w jakiej to robię, jest dla mnie wspierająca, czy mnie rozjeżdż. I może najważniejsze: dyscyplina nie jest przeciwieństwem wolności - ona jest warunkiem pewnego rodzaju wolności. Wolności takiej, w której nie jesteśmy zdani tylko na to, czy nam się chce, czy się nie chce, czy mamy dobry dzień, czy może mamy gorszy, tylko mamy w sobie coś, co potrafi nas przeprowadzić przez różne stany i w tym sensie dyscyplina to jest relacja ze sobą, w której możemy na sobie polegać.

Miejcie piękna niedziele, a ja zmykam do mojej grupy! W ten wknd pracujemy z lękiem i stresem 🙂 i robię z grupą wywrotki dotyczące rozumienia i pracy z tymi stanami 🙂

Ja dziś z prywatą, nie-prywatą i pytaniem-refleksją do nas. Co Wy na to?Bo obserwuje w sobie taką sytuację: coraz części...
20/03/2026

Ja dziś z prywatą, nie-prywatą i pytaniem-refleksją do nas. Co Wy na to?

Bo obserwuje w sobie taką sytuację: coraz częściej otwieram internety, chcę przejrzeć znajome profile, posty i czyjeś relacje i dosłownie po chwili odkładam telefon. Zostawiam niemalże po jednym zdaniu i nie chce mi się w ogóle wracać i zwykle nie wracam.

Próbuje czytać i mam wrażenie, że wszystko jest poprawne, ładnie brzmi, konstrukcja zdania co prawda wszędzie taka sama, ale nawet poprawna a wiecie co w tym jest - dla mnie - najgorszego - że w tych słowach nie ma życia i ktoś mówi do mnie bez obecności.

I tak się zastanawiam, gdzie jest życie a gdzie go nie ma i czego my w ogóle poszukujemy?
Czy poszukujemy życia, czyli więzi, czy poszukujemy "poprawności", w której nie ma relacji i wszystko dzieje się po wierzchu?
Pisanie do kogoś poprzez własne profile jest dla mnie formą relacji, a to wszystko wygenrowaone przez AI jest trochę tak, jakby chcieć być blisko, ale używając bliskoznaczacych słów i bez realnego odsłonięcia i przezywania tej bliskości.

Bo ja tak sobie dalej myślę:
- ze przecież nie wszystko co gładkie i ładne jest prawdziwe
- nie wszystko co daje "treść" zaprasza do dawania temu uwagi, czasu, energii, zaangażowania
- i ze przecież to co nas zatrzymuje najczęściej w relacjach tych prawdziwych i realnych, w tych, w których chcemy być - to koszt emocjonalny i coś, co idzie ze sprzeczności, ryzyka i doświadczenia.

I mam tez wrażenie, że skrolowanie dlatego tez jest tak popularne, męczące i uzależniające i tak łatwe (!), bo wiele rzeczy jest "poprawnie" napisanych, ale mało rzeczy jest naprawdę przeżytych.

I mam tak, ze coraz mniej rzeczy chcę czytać nie dlatego, że są słabe, ale dlatego, że zwyczajnie nie ma w nich nikogo. Nie są podłączone, nie mam jak poznać tej osoby i zobaczyć jaka ona jest jak tworzy za nią tylko algorytm.

I to pisanie - dzielenie się wiedza, refleksja - to dla mnie nie tylko wrzucenie posta i zwykły komunikat, ale ślad czyjej obecności, czyjejś psychiki, ze ktoś tu był, poczuł, ułożył po swojemu. A te posty algorytmowe dla mnie są takie niezamieszkane 😉.
No i dla kogo czytelnik jest ważny i kogo traktuje - nie wiem jak to nazwać: poważnie?

Ciekawa jestem, jak Wy to czujecie.
Czy my dziś jeszcze szukamy w słowach człowieka, czy wystarczy nam, że te słowa brzmią poprawnie?

Dzisiaj Dzień Mężczyzn. I myślę o czymś, co ostatnio ciągle krąży w internecie, czyli o tej całej opowieści o „kobiecej”...
10/03/2026

Dzisiaj Dzień Mężczyzn.

I myślę o czymś, co ostatnio ciągle krąży w internecie, czyli o tej całej opowieści o „kobiecej” i „męskiej energii”, z ktorej to wynika, ze kobieta powinna być miekka, intuicyjna i przyjmująca, a mężczyzna zdecydowany, prowadzący i sprawczy. Brzmi to czasem bardzo atrakcyjnie, bo podawane z nutką „psychologii”, a kiedy się temu przyjrzeć bliżej, to wychodzi na generator bardziej eleganckiej wersji tych samych szkodliwych (dla nas wszystkich) stereotypów.

Mężczyźni mają być zawsze inicjujący, twardzi, ogarnięci, nie „miękcy”, nie proszą o pomoc, najlepiej zawsze mają sobie ze wszystkim radzić, i wiedzieć co robią i jak robią, no i tylko prowadzić.

Dlatego dziś jak myślę o życzeniach, to wolności od bardzo ciasnych definicji tego, kim powinien być „prawdziwy mężczyzna”. Żeby tym dorosłym i ich synom dawać wolność na bycie jednocześnie silnym i wrażliwym, sprawczym i czułym, zdecydowanym i łagodnym - a przede wszystkim bez konieczności wybierania między jednym a drugim.

I wszystkim mężczyznom i ich synom życzę dotyku i totalnego wyprzytulania!

Dzień Kobiet zawsze mnie trochę cieszy, trochę bawi, a trochę budzi niezgodę. Bo jednego dnia w roku dostajemy kwiaty, ż...
08/03/2026

Dzień Kobiet zawsze mnie trochę cieszy, trochę bawi, a trochę budzi niezgodę.

Bo jednego dnia w roku dostajemy kwiaty, życzenia i zapewnienia, że jesteśmy wspaniałe.
A przez pozostałe 364 dni bardzo wiele kobiet próbuje być trochę mniejsze, trochę cichsze, trochę mniej wymagające, a jeszcze bardziej wamagajace od siebie, żeby wszystkim wokół było wygodniej.

Także może mały eksperyment, od dziś na co dzień:
- nie przepraszać za to, że się ma zdanie
- nie tłumaczyć się z tego, że czegoś się chce
- nie zastanawiać się przez pół godziny, czy wypada powiedzieć „nie”

I poza tym zrobić coś totalnie zwyczajnego: pójść ze sobą na kawę, zjeść coś dobrego, ściągnąć gorset czyichś oczekiwań, rozluźnić brzuch i zacząć oddychać. I celebrować ten dzień nie z mężczyznami, ale może czując obecność innych kobiet.

Więc to jest mój kwiatek: żebyśmy coraz rzadziej zadawały sobie pytanie, czy jesteśmy „takie jak trzeba” a coraz częściej zadawały inne:
czy ja w tym życiu, w tym miejscu dzisiaj, jestem po swojej stronie?

Dzisiaj rozpoczęła się pierwsza edycja mojego prawie rocznego szkolenia Akademii Seksualności. Zdążyłam o 8.00 pstryknąć...
07/03/2026

Dzisiaj rozpoczęła się pierwsza edycja mojego prawie rocznego szkolenia Akademii Seksualności. Zdążyłam o 8.00 pstryknąć zdjęcie i kabel do projektora się zepsuł 😀

To był jeden z tych dni kiedy po kilku godzinach pracy ma się poczucie, że coś zaczyna oddychać. Rozmawiałyśmy o seksualności w procesie terapeutycznym, o seksualności jako żywotności i o tym, dlaczego w gabinecie tak często pojawia się dopiero wtedy, kiedy staje się problemem, choć w rzeczywistości jest jednym z najbardziej podstawowych wymiarów ludzkiego doświadczenia.

Ale to wszystko ma w sumie znaczenie drugorzędne. Najważniejsza rzecz, jaka sie wydarzyła nie dotyczyła ani teorii, ani merytoryki czy slajdów. Kiedy usłyszałam od każdej z Osób, ze „doświadczają” o czym mówimy i że to wszystko mogą poczuć w ciele, to pomyślałam sobie, że jesteśmy w najlepszym możliwym miejscu. Nie w analizowaniu, nie w rozumieniu z poziomu głowy, ale w byciu w realnym ucieleśnionym kontakcie z tym, co dzieje się w sobie i w drugiej osobie, a to dla pracy psychoterapeutycznej ogromna różnica.

Pierwszy dzień za nami, kolejne fajne przed nami! 🪩

W najbliższą sobotę zaczyna się moja pierwsza edycja Akademii Seksualności!Ogromnie się cieszę - i siedzę, i kończę osta...
05/03/2026

W najbliższą sobotę zaczyna się moja pierwsza edycja Akademii Seksualności!

Ogromnie się cieszę - i siedzę, i kończę ostatnie materiały, case'y, ćwiczenia.
To jest projekt, o którym myślałam od dawna. W mojej pracy terapeutycznej i szkoleniowej temat seksualności pojawia się bardzo często, a jednocześnie w wielu gabinetach nadal jest obszarem omijanym, odkładanym na później, pełnym zagubień i watpliwości - czy robić, kiedy robić, jak mówić, co mówić, jak nie urazić.

I najważniejsza rzecz: podczas wielu szkoleń i warsztatów widzę też coś jeszcze. Bardzo często osoby, które uczę i spotykam na swojej drodze mówią, że seksualność bywa przedstawiana i pojawia się głównie wtedy, gdy staje się objawem albo problemem do rozwiązania. I potem łatwo wpaść w pułapkę szukania samych narzędzi, a nie widzieć seksualność jako część życia i funkcjonowania na co dzień, a nie objaw do zredukowania.

W rzeczywistości seksualność jest szerokim obszarem! kawałkiem tożsamości, sposobem bycia w relacji z własnym ciałem, z drugą osobą, z seksem samym w sobie, przyjemnością, decyzjami wplywjacymi na nas i nasza seksualność i na to, co się dzieje bez naszego wpływu, a ma znaczenie dla codzienności i myślenia o sobie, sposobu wchodzenia w relacje.
Dlatego w Akademii zależało mi na takim podejściu do seksualności, które nie zatrzymuje się tylko na diagnozie trudności, ale pozwala zobaczyć ją w szerszym kontekście: własnego życia i relacji.

Zależało mi na stworzeniu miejsca, w którym można się temu obszarowi przyjrzeć spokojnie i profesjonalnie i zupełnie nie w formie pojedynczego wykładu czy szybkiego webinaru, tylko w druzym, pełnym procesie, który daje czas na myślenie, uczenie się konceptualizacji, interwencji, rozumienia. I daje miejsce na pracę na realnych doświadczeniach z gabinetu.

Akademie stworzyłam jako cykl spotkań dla osób pracujących terapeutycznie, w którym łączymy wiedzę kliniczną, refleksję nad własną praktyką i wspólne przyglądanie się temu, co pojawia się w w gabinecie. Interesuje mnie nie tylko to, jakie są trudności / dysfunkcje seksualne, ale przede wszystkim jak traktować seksualność jako coś obecnego na co dzień.

Jets cos wspaniałego w momencie, kiedy pomysł, który dojrzewał przez dłuższy czas, w końcu się wykluł i jest i przez najbliższe miesiące będzie obecny 🙂 i rusza!! 🪩🔥

"Cały czas ten samorozwój i tyle pracy ciągle do wykonania" usłyszałam dziś w pracy (i dostałam zgodę na możliwość przyw...
04/03/2026

"Cały czas ten samorozwój i tyle pracy ciągle do wykonania" usłyszałam dziś w pracy (i dostałam zgodę na możliwość przywołania).

Powiem coś, co dla wielu osób może zabrzmieć jak herezja, ale w gruncie rzeczy jest dość zwyczajną obserwacją gabinetowo-szkoleniową. Coraz więcej osób jest po prostu zmęczonych samorozwojem, albo podciąganiem tego co się dla siebie robi pod „coachingowe” slogany inwestycji w siebie i samorozwoju właśnie. Zmęczonych kursami, podcastami, listami nawyków, porannymi rutynami, kolejnymi książkami o tym, jak być jeszcze bardziej świadomym, jeszcze bardziej obecnym, jeszcze bardziej uregulowanym. Zmęczonych narracją, że zawsze jest coś do poprawienia i że gdzieś tam na horyzoncie, który cholerą wie gdzie jest, istnieje jakaś lepsza wersja nas samych, do której powinniśmy nieustannie zmierzać.

Czasem żartuję, że rozwijać to się może papier toaletowy, a człowiek nie musi się rozwijać bez przerwy.

I mówię to całkiem serio, bo w pewnym momencie „samorozwój” zaczyna działać po prostu jak presja: zaczyna być kolejnym zadaniem do wykonania, klejnym projektem do dowiezienia, kolejnym obszarem, w którym w końcu można (o ile w samorozwoju można kiedykolwiek) poczuć, że juz za chwile, jeszcze tylko te trzy szkolenia, dwa warsztaty, cztery terapie i w końcu będę wystarczająca/y.

Rzecz jest taka, ze wiele rzeczy, które robimy dla siebie, w tym terapia, w ogóle nie mieści się w tej logice.

Terapia nie polega na tym, żeby się „ulepszać”, nie jest projektem optymalizacji ani też drogą do tego, żeby stać się bardziej imponującą wersją siebie.

W swojej najprostszej formie terapia jest czymś znacznie bardziej podstawowym - jest sposobem udzielenia sobie pomocy. Żeby dotrzeć do siebie.

Czasem dlatego, że coś boli, czasem ze cos się powtarza i nie rozumiemy dlaczego, ze cos nam szkodzi, czasem ze nasze życie przestało być miejscem, w którym czujemy się bezpiecznie i doświadczamy cierpienia.

I choć w naszej kulturze bardzo dużo mówi się o dbaniu o siebie, to w gruncie rzeczy niewielu z nas zostało tego naprawdę nauczonych. Mało kogo nauczono, jak rozpoznawać własne granice, jak rozpoznawać przeciążenie, jak zatrzymywać się wtedy, kiedy coś nas przerasta, jak radzić sobie w kryzysie, jak budować relacje, i czym one są, czasem nauczono nas ze świat jest zagrażający i wiele innych.

Dlatego kiedy ktoś mówi, że ma już dość samorozwoju, w sumie wcale mnie to nie dziwi.
Tylko dla mnie to wcale nie chodzi o rozwój. Może raczej chodzi o to, żeby wreszcie nie musieć się poprawiać i nie analizować bez końca, a zeby móc przez chwilę być osobą, która po prostu - i wcale niebanalnie i trywialnie, bo akurat wypowiedzenie tego bywa trudne - najbardziej potrzebuje pomocy i wsparcia w oświetleniu, uznaniu, wyjściu z zagubienia i uporządkowaniu swojego doświadczenia i świata wewnętrznego.

I to bardziej niż cokolwiek innego, jest w porządku.

Jest takie pojęcie/postawa w mindfulnessie, które ogromnie lubię, to tzw „umysł początkującego”. Chodzi w nim o coś teor...
03/03/2026

Jest takie pojęcie/postawa w mindfulnessie, które ogromnie lubię, to tzw „umysł początkującego”.

Chodzi w nim o coś teoretycznie prostego i jednocześnie, jak się okazuje, zaskakująco wymagającego: o zdolność patrzenia na rzeczy tak, jakby to było pierwszy raz, nawet jeśli wcale pierwszym razem nie jest. Żeby patrzeć na kawę rano jak na pierwsza kawę w życiu, lody w ulubionym miejscu, jakby jadło się je pierwszy raz, robienie codziennych czynności, rozmowy z bliskimi osobami, które cały czas, dzień za dniem mogą zachwycać a my świecimy w ciemności. Trochę tak jak patrzy dziecko, które się zachwyca i umie nawet kupą cieszyć :)I to wcale nie jest banał.

Wiosna robi nam to niemal automatycznie: światło jest mocniejsze, powietrze pachnie wyraźniej, roślinki zaczynają wypuszczać pąki, a my reagujemy na to szybciej i ekspresyjniej.

I przez chwilę naprawdę jesteśmy W tym doświadczeniu, a nie obok doświadczenia. I to jest zasadnicza różnica: można przez coś przechodzić, odhaczać kolejne elementy dnia albo można się w czymś zanurzyć po uszy i w czymś być.

Innymi słowy, bycie w doświadczeniu oznacza, że ono ma szansę nami poruszyć, a wyłącznie przechodzenie przez doświadczenie sprawia, ze nawet rzeczy dobre stają się tłem.

Chodzi tu o to, ze nasza głowa bardzo szybko się przyzwyczaja i reaguje automatycznie, biorąc pewne rzeczy za pewnik i jak stały elementy wyposażenia naszego życia. To może być "zwykła" codzienność, obecność drugiej osoby i nawet seks z nią, który wyglada tak samo albo wydaje nam się nudny, nasze różne bliskie osoby.

Umysł poczatkuajcego nie jest o podkręcaniu emocji i szukaniu czegoś na sile, chodzi w nim raczej o decyzję, by nie pozwolić, aby to, co jest dla nas ważne, stało się przezroczyste tylko dlatego, że jest obecne.

I tak sobie myślę, ze tak wytęskniona i wyczekana wiosna jest piękna i dobrą nauczycielką i może pokazać nam jak się dobrze cieszyć. Dzięki niej można wrócić i pobyć w doświadczeniu, wystawić się do słońca nie oczekując zupełnie niczego. I dzięki niej można zauważyć, że tę jakość zachwytu i celebracji można nieść dalej: do miłości, do ludzi wokół nas i codziennych rozmów, do pracy, którą dobrze znamy, do własnego ciała, do planów i potrzeb, które mamy, do seksu. I wcale nie po to, żeby to zmieniać, ale żeby nie omijać tego, co w nas i obok nas pulsuje i sobie żyje 🙂

A tu ja i moje zachwyty 🌊☀️

Z wielką radością daję Wam znać, że chwile temu ruszyła sprzedaż nowej, wielkiej, ciężkiej od najlepszej wiedzy - dwutom...
27/02/2026

Z wielką radością daję Wam znać, że chwile temu ruszyła sprzedaż nowej, wielkiej, ciężkiej od najlepszej wiedzy - dwutomowej "Seksuologii" pod redakcją prof. Michała Lew-Starowicza, prof. Bartosza Grabskiego i prof. Marii Beisert. 1600 stron, 70 osób autorskich, nowe kryteria, zalecenia, dobre interdyscyplinarne praktyki - wszystko to na stronach wydawnictwa PZWL.

Premiera 28.02, ale już można kupować. Wszystkim polecam do wiedzy, inspiracji, poszerzenia rozumienia o inne, dalsze, może nieznane sobie dziedziny seksuologii.

W książce można znaleźć mój rozdział o tym czym jest Mindfulness w seksuologii oraz drugi, napisany wspolnie z Profesorem Michałem Lew-Starowiczem, o terapii Zaburzeń Orgazmu. Wielka moja radość :)

Redaktorom pięknie dziękuję za zaproszenie i zaufanie, a szczególnie prof. Michałowi Lew-Starowiczowi.

A Wydawnictwu PZWL dziękuję za piękna niespodziankę w postaci spersonalizowanej grafiki.

Wszystkich zachęcam do zakupów, tak żeby Seksuologia już przed 28.02 została bestsellerem ;)

https://pzwl.pl/Medycyna/Seksuologia

Jeśli sprzedaje nam się mindfulness jako technikę relaksacyjną, to nic dziwnego, że mamy wrażenie, że to ezoteryka i ban...
22/02/2026

Jeśli sprzedaje nam się mindfulness jako technikę relaksacyjną, to nic dziwnego, że mamy wrażenie, że to ezoteryka i banał.

Kilka refleksji po szkoleniu z zakresu mindfulness dla specjalistów-pomagaczy, które prowadzę:
Mindfulness bywa bardzo często podawane nam jako technika relaksacyjna. I w sumie to trochę rozumiem, skąd to się bierze - jesteśmy zestrosewani, przeciążeni, przepracowani i nagle ktoś nam obiecuje, że usiądziemy, zamkniemy oczy a nasz oddech zwolni i napięcie trochę opadnie, to na pewno nic już nas nie poruszy i w świecie miliona bodźców już nigdy nie poczujemy złości. Problem polega na tym, że jeżeli sprowadzimy uważność do relaksacj, to robimy komuś nadzieje, która może się nie zrealizować, wywieramy presję ze „relaks” się musi pojawić i w sumie to również wielka szkoda, bo potem oceniamy siebie po takich komunikatach „że coś robimy jednak nie tak, skoro tyle tyle medytuję, a stan odpoczynku i cieszenia się nadal się nie pojawił”.

Mindfulness nie jest i nigdy nie było po to, żeby było przyjemnie, tylko żeby było wyzwalająco i prawdziwie.

W praktyce oznacza to, żeby zobaczyć różnicę między doświadczeniem a naszym stosunkiem do doświadczenia.

Co to oznacza?
Między tym, że w ciele pojawia się napięcie a tym, że w głowie natychmiast pojawia się myśl: „nie powinnam się tak czuć”, „znowu sobie nie radzę”, „to trzeba szybko wyciszyć”, „ale dupek”, „ona mnie atakuje” jest przestrzeń.
Innymi slowy, samo napięcie (złość, frustracja, smutek, zawstydzenie) jest doświadczeniem. Ale!: myśl o nim, interpretacja, ocena, próba kontrolowania, to wszystko to już jest nasz stosunek do doświadczenia.

I właśnie to oddzielenie jest sednem praktyki.

I to wcale nie jest łatwe.
Nasz umysł działa błyskawicznie. Myśl pojawia się niemal równocześnie z doznaniem. Kiedy ktoś mówi coś trudnego, zanim poczujemy ścisk w brzuchu, już mamy w głowie całą narrację: „on mnie nie szanuje”, „znowu to samo”, „ale kretyn z niego”. Uważność polega na tym, żeby nauczyć się zatrzymać o ułamek sekundy wcześniej i powiedzieć: „w ciele mam złość / napięcie / lęk, a w głowie pojawia się myśl, że jestem atakowana”. To są dwa różne zjawiska.

Dlaczego to ma znaczenie?

Po pierwsze dlatego, że daje nam wybór. Jeżeli nie widzimy różnicy między doświadczeniem a interpretacją, reagujemy automatycznie. Ktoś podnosi głos my podnosimy swój. Pojawia się lęk i np. zaczynamy unikać. Ale kiedy zaczynamy widzieć, że „to jest myśl”, „a to jest fala lęku”, „a teraz mam impuls do zrobienia xyz”, to pojawia się przestrzeń. Ona nie musi być duża, ale zwykle wystarcza (po uczeniu się tego, po praktyce), żeby nie działać wyłącznie z odruchu.

Po drugie, ta praktyka zmniejsza wtórne cierpienie. Sam ból emocjonalny czy fizyczny bywa trudny, ale to, co go naprawdę potęguje, to komentarz: „nie mogę tak reagować”, „inni radzą sobie lepiej” - uważność nie usuwa bólu, nie ma takiej mocy, ale pozwala zauważyć, że oprócz cierpienia pojawia się jeszcze warstwa ocen i narracji. A jeśli oddzielamy jedno od drugiego, to z tą warstwą możemy pracować.

Po trzecie, oddzielanie doświadczenia od jego interpretacji pomaga w relacjach. Kiedy potrafię powiedzieć: „ale się wkurzam na ciebie teraz” zamiast „z kim ja się związałam, jesteś głupia”, rozmowa zaczyna wyglądać inaczej - ja biorę odpowiedzialność za swoje przeżycie, zamiast automatycznie przypisywać intencje i etykietkę drugiej osobie.

Wreszcie, ta praktyka ma ogromne znaczenie w obszarze pracy z lękiem i depresją. W lęku umysł produkuje scenariusze zagrożeń, które są traktowane jak fakty, w depresji myśli o bezwartościowości czy beznadziei są doświadczane jak obiektywna prawda.
Uważność nie polega na tym, żeby te myśli zwalczać, ale żeby zobaczyć: „to jest myśl”. To zdanie samo w sobie nie zmienia treści, ale zmienia relację do niej. A relacja do myśli ma bezpośredni wpływ na to, jak bardzo one nami rządzą.

I teraz ważna rzecz: praktyka oddzielania nie oznacza chłodnego dystansu czy odcięcia. To nie jest intelektualne analizowanie siebie, tylko cos co jest ucieleśnione: zauważam, że cos się dzieje z moim oddechem, szybsze bicie mojego serca, zauważam ścisk w brzuchu, zdanie w glowie. Nie uciekam od tego, ale też nie stapiam się z tym całkowicie.

Dlatego mówienie, że mindfulness to relaks, świeczka i balsam do ciała z napisem „self care” jest totalnym zniekształceniem. Relaks MOŻE ale NIE MUSI się pojawić, czasem się pojawia, czasem nie. Czasem (często) praktyka uważności przynosi na początku niezbyt przyjemne stany, bo w końcu widzimy co doświadczamy.

Mindfulness jest treningiem świadomości relacji ze soba i z innymi osoibami:
- między bodźcem a reakcją
- między myślą a faktem
- między emocją a działaniem.
Nadal przeżywamy złość, lęk, frustrację, radość.

Ale nie każda emocja musi natychmiast przerodzić się w działanie, nie każda myśl musi być potraktowana jak instrukcja, i to właśnie wyzwala.

Nie ze uwalnia od przezywania, ale pokazuje, ze nie jesteśmy niewolnikami naszych automatyzmów -> daje wolność, bo pozwala świadomiej w swoim życiu na różne bodźce odpowiadać.

Adres

Warsaw

Strona Internetowa

https://buycoffee.to/dr.izajaderek

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Dr Iza Jąderek umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Dr Iza Jąderek:

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram