Psychoterapia i pomoc psychologiczna - Maciej Ścibor

Psychoterapia i pomoc psychologiczna - Maciej Ścibor Psychoterapia/Pomoc psychologiczna Psychoterapia i pomoc psychologiczna. Wsparcie dla Ciebie i bliskich Ci osób. Maciej Ścibor- Psychoterapeuta Psychodynamiczny.

Dziś mocno rezonują we mnie te słowa.Może trzeba nam się częściej wygłupiać.„W pracy nad własną dobrocią trzeba widzieć ...
14/02/2026

Dziś mocno rezonują we mnie te słowa.

Może trzeba nam się częściej wygłupiać.

„W pracy nad własną dobrocią trzeba widzieć dobro wokół siebie.
Kto na każdym kroku widzi zło, ten myśli sobie: »Sam się będę wygłupiał?«.
Otóż nie.
Świat jest pełen dobroci, »wygłupiają« się raczej ci, którzy są źli”.

J. Tischner

” (…) wiesz kiedy zaczyna się szczęście?  Wtedy kiedy człowiek przestaje się baćTego ”co ludzie powiedzą”. Tego jak ocen...
12/02/2026

” (…) wiesz kiedy zaczyna się szczęście?
Wtedy kiedy człowiek przestaje się bać

Tego ”co ludzie powiedzą”.
Tego jak ocenią.
Tego co zrobią jak się dowiedzą.

Kiedy przestaje się bać:
Żyć po swojemu.
Żyć na własny rachunek i odpowiedzialność.
Wybierać, chociaż wybory te nie zawsze są oczywiste i klarowne.

Kiedy przestaje się bać:
Chwilowej samotności.
Własnego towarzystwa.
Własnych uczuć.

Kiedy zaczyna wierzyć, że życie jest dobre.
I rozumie, że sam strach zabija życie. „

Guus Kuijer.

Wiele mówi się dziś o epidemii samotności — ale to określenie brzmi zbyt głośno jak na zjawisko, które najczęściej dział...
06/02/2026

Wiele mówi się dziś o epidemii samotności — ale to określenie brzmi zbyt głośno jak na zjawisko, które najczęściej działa po cichu.

Samotność rzadko krzyczy.
Częściej objawia się zmęczeniem relacjami, skracaniem rozmów, unikaniem odpowiedzi, odkładaniem spotkań.

To nie brak ludzi wokół — to brak bycia zobaczonym wśród nich.

Paradoks naszych czasów polega na tym, że nigdy wcześniej nie mieliśmy tak wielu możliwości kontaktu i tak mało doświadczeń spotkania.

Wymieniamy informacje, rzadziej wymieniamy obecność.
A ludzka psychika — wbrew cyfrowej architekturze świata — pozostaje biologicznie relacyjna.

Psychologia od dawna podkreślaja, że człowiek nie reguluje się w izolacji. Potrzebujemy drugiego układu nerwowego, który pomoże nam wrócić do równowagi.

Twarzy, która odpowiada.
Głosu, który nie przyspiesza.
Kogoś, kto nie rozwiązuje — tylko jest.

Donald Winnicott pisał, że dojrzałość to zdolność bycia samemu — ale w czyjejś obecności.
To subtelna, ale kluczowa różnica: zdrowa zdolność do samotności rodzi się z doświadczenia bezpiecznej więzi, nie z jej braku.

Więź nie jest luksusem ani dodatkiem.
Jest regulatorem.
Bliskość wpływa bezpośrednio na neurochemię organizmu.

W bezpiecznym kontakcie rośnie poziom oksytocyny — hormonu więzi i zaufania — który obniża napięcie i zwiększa poczucie bezpieczeństwa.
Stabilne relacje wspierają równowagę serotoniny, związanej z nastrojem i poczuciem sensu.
Wspólne doświadczenia, śmiech, współdziałanie aktywują dopaminę — neuroprzekaźnik motywacji i energii.

Samotność przewlekła działa odwrotnie: podnosi poziom stresu, rozregulowuje układ nagrody, zwiększa czujność i wycofanie. Ciało zaczyna funkcjonować tak, jakby było stale narażone.

To dlatego samotność nie jest tylko stanem emocjonalnym — jest także stanem fizjologicznym.

A jednak wielu z nas stopniowo wycofuje się z głębszych relacji. Nie dlatego, że przestaliśmy potrzebować — lecz często dlatego, że potrzebowaliśmy, ale nikt na to nie odpowiedział.

Do tego dochodzi kultura samowystarczalności.

Niezależność stała się cnotą nadrzędną, a zależność — podejrzana.
Potrzeba brzmi jak słabość.

Tymczasem z punktu widzenia psychologii przywiązania zależność nie jest przeciwieństwem dojrzałości — jest jej warunkiem początkowym.
Bezpieczna autonomia wyrasta z bezpiecznego oparcia.

Człowiek, który naprawdę może stać sam, to zwykle ktoś, kto kiedyś mógł się kiedyś oprzeć.

Co zatem mogłoby być odpowiedzią na ten stan rzeczy?

Mikrospołeczności, powtarzalne spotkania, rytuały rozmowy.

Obecność bez funkcji.

Dwie osoby, które naprawdę słuchają.
Grupa, która widuje się nie dlatego, że musi — ale dlatego, że chce wracać.

Przeciwieństwem samotności nie jest tłum. Jest odpowiedź.

Potrzeba nam więcej odwagi odsłonięcia potrzeby.
Prostych słów, które są prawdziwe:

„Zostań chwilę”.
„Posłuchaj mnie”.
„Nie chcę dziś być sam.”
„Potrzebuję Cię”.

„Narcyzm patologiczny nie jest nadmiarem miłości własnej, lecz skutkiem jej poważnego deficytu — kruchym poczuciem własn...
05/02/2026

„Narcyzm patologiczny nie jest nadmiarem miłości własnej, lecz skutkiem jej poważnego deficytu — kruchym poczuciem własnej wartości, które wymaga stałego podtrzymywania z zewnątrz.”

H. Kohut

Narcyzm nie oznacza „za dużo miłości do siebie”, lecz raczej jej brak u podstaw.

Zewnętrzna pewność siebie, potrzeba podziwu czy nadwrażliwość na ocenę są próbą regulowania kruchego poczucia własnej wartości.

To nie tyle postawa wyższości, ile mechanizm obronny chroniący przed wstydem, pustką i lękiem przed byciem niewystarczającym.

Z tej perspektywy zachowania narcystyczne można rozumieć nie tylko jako trudne dla otoczenia — ale też jako sygnał głębokiego wewnętrznego napięcia i deficytu.

„Między doświadczeniem nadziei a doświadczeniem przestrzeni życia człowieka zachodzą głębokie powiązania. Ten, kto ma rz...
30/01/2026

„Między doświadczeniem nadziei a doświadczeniem przestrzeni życia człowieka zachodzą głębokie powiązania.
Ten, kto ma rzetelną nadzieję, widzi przed sobą przestrzeń otwartą, poprzecinaną drogami, zapraszającą do ruchu.

Zapewne dlatego symbolem człowieka przenikniętego nadzieją stał się obraz pielgrzyma.

Pielgrzymem jest ten, kto dzięki nadziei czyni właściwy użytek z przestrzeni.
Przede wszystkim więc podąża on ku jakiejś przyszłości, w której nadzieja umieściła jego cel.
Nie lęka się przy tym porzucać balastu przeszłości, jeśli to jest konieczne do osiągnięcia celu.

Zarazem jednak pielgrzym jest tym, kto umie we właściwy sposób podejmować swą teraźniejszość, wybierając z niej to, co prowadzi do celu, a porzucając całą resztę.

Trzeba nam mocno podkreślić: ethos pielgrzyma jest ethosem nadziei.

Wszystko, co najważniejsze zależy od nadziei. Jaka jest nadzieja pielgrzyma, taka jest jego przyszłość i jego stosunek do przyszłości, taki jest także jego styl podejmowania teraźniejszości i taki wreszcie jest sens oraz rozmiar przestrzeni, w której żyje.

Z małej nadziei człowieka powstaje przestrzeń ciasna, krótkie pielgrzymowanie, płytki wybór wartości w teraźniejszości.

To samo można powiedzieć o spotkaniach człowieka z innymi ludźmi: małe nadzieje rodzą spotkania ułamkowe, wielkie nadzieje dają wielką miłość i najgłębszą wierność.”

J. Tischner

Usłyszałem ostatnio jedno zdanie, które naprawdę mnie zatrzymało:„Większość celów, które sobie wyznaczamy ma jeden poważ...
21/01/2026

Usłyszałem ostatnio jedno zdanie, które naprawdę mnie zatrzymało:

„Większość celów, które sobie wyznaczamy ma jeden poważny błąd.
Nie uwzględnia naprawdę głębokiej troski o nas samych.”

I może dlatego, po skrupulatnym spisaniu, trzymaniu się ich kurczowo, odhaczaniu, wcale nie czujemy radości, życiowego spełnienia i większej integralności

Po co ja tak żyję?
Co jest źródłem mojego spełnienia?

Nie: „jak mam być bardziej efektywny?”.
Nie: „jak lepiej zarządzać czasem?”.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Bo często to, co nazywamy spadkiem energii, zmęczeniem albo wypaleniem, jest czymś jeszcze innym.

To bywa kryzys sensu.

Można długo działać „na autopilocie”.
Dowozić.
Odpowiadać.
Być w roli.
I nawet nie zauważyć, kiedy coś w środku zaczyna cichnąć.

Wtedy człowiek jeszcze funkcjonuje — ale coraz mniej czuje.
Ciało, psychika zaczynają płacić za to, że życie przestało być własne.

To pytanie „po co ja tak żyję?” jest ważnym i głębokim pytaniem.

Bo sens nie jest dodatkiem do życia.
Sens jest paliwem.
Bez niego zostaje sama dyscyplina.
A dyscyplina nie regeneruje.

Czasem wystarczy jedna uczciwa decyzja:
co przestaję robić „z obowiązku”,
w co nie chcę już się bezsensownie angażować,
czego już nie chcę utrzymywać, bo nie prowadzi mnie to do większej spójności.

Gdzie mogę wrócić do siebie?
Gdzie naprawdę jestem sobą?

Zostawiam to pytanie na dziś:

po co ja tak żyję — i czy ja jeszcze w tym jestem?

„Na ogół załamany człowiek cechuje się szczególną obojętnością wobec życia, biernością i pogodzeniem się z istniejącą sy...
19/01/2026

„Na ogół załamany człowiek cechuje się szczególną obojętnością wobec życia, biernością i pogodzeniem się z istniejącą sytuacją. […]

Bywa, że obojętności takiej osoby towarzyszą nierealistyczne plany, takie jak napisanie powieści lub zostanie przedsiębiorcą.
Jednak osoba ta nie podejmuje działań dążących do spełnienia marzeń.

Wręcz przeciwnie – owe plany stanowią projekcje rozbitego self.
Zniszczone marzenia ilustrują niemożność osiągnięcia sukcesu.

Afekt załamanego człowieka jest w znaczący sposób zubożony.
Osoba taka rzadko okazuje emocje, a to, co spotyka ją w życiu nie wywołuje w niej gniewu, lęku ani euforii.

Na odwrót – stale trzyma się z dala od emocjonalnych poruszeń; nic nie jest warte wysiłku.

Zdarza się, że pacjent identyfikuje się z celebrytą, który jego zdaniem znalazł się w trudnym położeniu i z powodu jakiegoś negatywnego wydarzenia zwrotnego w jego życiu.
Koncentracja na takiej osobie znacząco wyróżnia się na tle całkowitego braku zainteresowania polityką, sprawami kultury, środowiska, bądź dietą, dobrą kondycją fizyczną lub czymkolwiek innym związanym z uzdrowieniem self.

Upadły celebryta wydaje się odzwierciedlać katastrofę pacjenta.

Taka osoba ma jednak ukryte idealne self, które żyje zanurzone w nierealistycznych marzeniach o sukcesie i funkcjonuje jako obronny wymyślony towarzysz, jak gdyby osoba ta próbowała trzymać się aspektów self istniejących przed załamaniem.

Moim zdaniem owo ukryte self to duch; smutna reprezentacja tego, czym człowiek – jak sądził – mógł się stać.”

Ch. Bollas „Nim nadejdzie katastrofa.”

AUTOAGRESJAO przemocy, która nie robi hałasu, a rujnuje życie.Są takie tematy, o których nie pisze się łatwo.Nie dlatego...
17/01/2026

AUTOAGRESJA
O przemocy, która nie robi hałasu, a rujnuje życie.

Są takie tematy, o których nie pisze się łatwo.
Nie dlatego, że są kontrowersyjne. Raczej dlatego, że są bliskie. I ciche. I powszechne. Tak, jakby stały się normą, z którą trudno już dyskutować.

Autoagresja jest jednym z nich.

Kiedy o niej myślę, nie widzę tylko zachowań. Widzę raczej sposób, w jaki wielu z nas zaczęło żyć ze sobą.
Jakbyśmy od dawna mieszkali we własnym wnętrzu w relacji, w której nie ma łagodności.
Jakby to, co w nas najbardziej potrzebuje wsparcia, było jednocześnie tym, co najczęściej dostaje karę.

To jest tekst o cierpieniu, które w różnych formach dotyczy zaskakująco wielu osób — i które często da się przeoczyć, bo nie krzyczy.

Kiedy słucham ludzi, z którymi pracuję, uderza mnie to, jak powszechne jest doświadczenie wewnętrznej surowości.
Jak często człowiek ma w sobie coś, co nie chce go zrozumieć, tylko chce go ocenić.
Co nie pyta „co ci się stało?”, tylko pyta „dlaczego znów nie dowiozłeś?”.
I czasem ta ocena jest tak stała, tak wdrukowana, że zaczyna brzmieć jak prawda o świecie, jak fakt.

Autoagresja bywa subtelna. Ma w sobie coś „rozsądnego”.
Często umie się ładnie ubrać w słowa.

Może nazywać się ambicją.
Może nazywać się odpowiedzialnością.
Może nazywać się wymaganiami.
Może też udawać troskę: „muszę być twardy dla siebie, inaczej się rozpadnę”.

Nie ma tam miejsca na łagodność. Jest tylko ponaglanie, surowość.

Tyle że ta surowość rzadko daje stabilność.
Ona daje napięcie.
Daje funkcjonowanie.
Ale nie daje ukojenia.

I to jest różnica, którą warto w sobie zacząć rozpoznawać:
mogę działać skutecznie i jednocześnie cierpieć w środku tak, jakbym był dla siebie wrogiem.

Autoagresja nie musi oznaczać jednego spektakularnego aktu.
Częściej jest relacją ze sobą.
Taką, w której człowiek szybciej siebie ocenia niż rozumie.
Szybciej dociska niż wspiera.
Szybciej stawia siebie do pionu niż przyznaje: “jest mi trudno”.

To samokrytycyzm, który nie jest chwilową refleksją, ale stałym tłem dla naszego codziennego funkcjonowania.
Wewnętrzny komentarz, który wchodzi automatycznie: po błędzie, po potknięciu, po niezręczności, po nieidealnym dniu. I co ciekawe — on często brzmi, jakby mówił prawdę. Jakby był “realistyczny”.

Tyle że realizm bez życzliwości potrafi być przemocą.

Ten samokrytycyzm najczęściej objawia się poprzez:
• Doświadczanie permanentnego wstydu, który nie dotyczy konkretnego błędu, tylko rozlewa się po całym “ja” i mówi: “coś jest ze mną nie tak”.
• Lęk, który uruchamia stałą czujność, napięcie, jakby wewnętrzny alarm nie umiał zgasnąć.
• Auto sabotaż- moment, w którym człowiek jest blisko czegoś ważnego, a jednak w ostatniej chwili sam sobie to psuje — nie z lenistwa, tylko z ochrony przed oceną, wstydem, porażką, rozczarowaniem.
• Hiper funkcjonowanie, nad kompensację, robienie za dużo, branie za dużo. Niesienie zbyt wielu spraw, jakby nie było prawa do odpuszczenia.
• Agresywną relację z ciałem. To, jakim spojrzeniem obejmujemy siebie w lustrze. Czy ciało jest domem, czy projektem do poprawy? Czy jest czymś, co zasługuje na opiekę, czy czymś, co trzeba dyscyplinować, kontrolować, ukrywać, zawstydzać?

Z zewnątrz może to wyglądać jak siła.

W środku często jest próbą utrzymania kontroli nad tym, co zbyt długo było niepewne.
To taki brak psychicznie “bezpiecznego miejsca”, w którym można odpuścić.

W psychodynamicznym języku często mówi się tu o karzącym superego — wewnętrznej instancji, która miała pomagać w wartościach i granicach, a z czasem staje się tylko surowym sędzią. Wewnętrznym głosem, który zawsze ma pierwszeństwo, zawsze ma coś do powiedzenia. I często mówi szybko, głośno i w taki sposób, że trudno podjąć z nim jakąś polemikę.
Superego w tej wersji nie prowadzi człowieka do dobrych rozwiązań, do rozwoju, tylko go trzyma w nieustannej ocenie: “powinieneś”, “za mało”, “nie wystarczy”, “inni potrafią”.

To wszystko ma także odbicie w świecie, w którym funkcjonujemy na co dzień, w przekazie, który odczytujemy każdego dnia.

Kultura wizerunku.
Kultura porównań.
Kultura „lepiej, więcej, szybciej”.
Obrazy gładkiego życia, gładkich ciał, gładkich relacji.
Wszystko ma wyglądać spójnie. Skutecznie. Pod kontrolą.

A człowiek w środku bywa niegładki. Zmęczony. Sprzeczny. Wrażliwy.
I rodzi się dysonans: między tym, co realne, a tym, co „powinno być”.

I kiedy długo żyjemy w takim wewnętrznym nacisku, w pewnym momencie pojawia się cena.

Na początku wszystko jeszcze działa: praca, rodzina, zadania, odpowiedzialność.
Nadal „ogarniamy”, tylko że w środku jest coraz mniej zasobów.
Coraz mniej regeneracji.
Coraz mniej sensu.
Jakby instalacja elektryczna chodziła na przeciążeniu, a bezpieczniki od dawna były wymienione na mocniejsze.

A potem przychodzi ten moment, kiedy już nie da się „jeszcze trochę”.
I wtedy coraz częściej pojawia się depresja — już nie jako klimat, tylko jako doświadczenie, które zaczyna wyraźnie wpływać na życie: spadek energii, wycofanie radości, trudność w ruszeniu z miejsca, ciężar, poczucie pustki, brak nadziei.

Depresja bywa w takim układzie nie tyle “nagłym załamaniem”, ile końcem długiego procesu: lat życia pod naciskiem, w którym własne potrzeby były ostatnie w kolejce, a wewnętrzny głos nie znał słowa “dość”.
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Rozwój potrzebuje napięcia, dobrego twórczego napięcia i dyscypliny.
Tylko że jest różnica między dyscypliną, która wypływa z troski, a dyscypliną, która wypływa z pogardy.
Jedna mówi: “idę dalej, bo mi na sobie zależy”.
Druga mówi: “idę dalej, bo nie mam prawa się zatrzymać”.

Jest napięcie, które buduje. Takie, które pochodzi z ciekawości siebie i świata, z pragnienia, żeby być bardziej sobą, a nie bardziej „idealnym”.
Takie, które jest ruchem w stronę własnej tożsamości: uczenia się, dojrzewania, integrowania.
Ono bywa wymagające, ale nie jest okrutne.
Ma w sobie energię, ale nie ma pogardy.

I jest napięcie, które wypala.
Rodzi się z przymusu.
Z tego wewnętrznego „muszę”, które nie zna słowa „dość”.
Z przekonania, że jeśli odpuszczę choć na chwilę, to stracę wartość.

To napięcie nie prowadzi do pełniejszego życia. Ono prowadzi do życia na zacisku.

Można stawiać sobie cele z miejsca, w którym człowiek chce o siebie zadbać.
A można stawiać sobie cele z miejsca, w którym człowiek chce siebie poprawić, bo nie czuje, że ma prawo być taki, jaki jest.

Pierwsze daje życie.
Drugie daje presję.

I może o to chodzi najbardziej: żeby nauczyć się odróżniać rozwój od przemocy.
Ambicję od pogardy.
Dyscyplinę od karania siebie.

Napisałem ten krótki tekst dla liderów, z którymi na co dzień pracuję.Ale temat jest uniwersalny.Dla każdego z nas._ _ _...
09/01/2026

Napisałem ten krótki tekst dla liderów, z którymi na co dzień pracuję.

Ale temat jest uniwersalny.
Dla każdego z nas.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _

🔴 WYSOKO FUNKCJONUJĄCE WYPALENIE
Kiedy „działam” nie znaczy „żyję”.

Większość liderów, których spotykam, nie mówi: „jestem wypalony”.

Mówią raczej:
– „Daję radę, tylko jestem ciągle zmęczony”.
– „To intensywny okres” (który trwa trzeci rok).
– „Tak po prostu wygląda ta rola”.

I właśnie dlatego wysoko funkcjonujące wypalenie jest tak podstępne.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Czym jest wysoko funkcjonujące wypalenie?
To stan, w którym na zewnątrz wszystko działa, a wewnątrz system człowieka jest chronicznie przeciążony.

Cele są realizowane.
Odpowiedzialność dowożona.
Zespół działa.
Reputacja nienaruszona.

A jednocześnie:
Ciało jest w permanentnym napięciu.
Układ nerwowy nie wraca do stanu regeneracji.
Emocje są spłycone.
Sens pracy zaczyna się rozmywać.

Psychologicznie to nie jest „lenistwo” ani „słaba odporność”.
To adaptacja.

🔳 Dlaczego się do tego przyzwyczajamy?

Bo to działa. Przynajmniej przez jakiś czas.

Z perspektywy neurobiologii:
chroniczny stres → podwyższony kortyzol → mobilizacja → efektywność.

Problem w tym, że organizm nie odróżnia sprintu od maratonu, jeśli maraton trwa latami.

Wielu liderów zbudowało swoją tożsamość wokół bycia:
! Odpowiedzialnym
! Niezastąpionym
! Silnym
! Tym, który uniesie”

Wtedy przeciążenie przestaje być sygnałem alarmowym, a staje się dowodem wartości.

Dlaczego niektórzy potrafią żyć z bólem – fizycznym i psychicznym?

Bo nauczyli się odłączać od sygnałów.
Są w trybie tzw. dysocjacji funkcjonalnej: automatyźmie, odcięciu od emocji, od reakcji w ciele.

„Nie mogę teraz czuć — muszę działać.”

Problem zaczyna się wtedy, gdy:
ból staje się tłem życia,
napięcie normą,
brak radości „ceną sukcesu”.

Wtedy nie pytamy już: „czy to mi służy?”
Pytamy tylko: „jak długo jeszcze wytrzymam?”

Wielu liderów, z którymi pracuję rzadko ma przestrzeń, by powiedzieć:
„Nie wiem”
„Jest mi ciężko”
„Potrzebuję regulacji, nie kolejnego zadania”.

Do tego, łatwiej jest im żyć w napięciu niż zmierzyć się z głębszymi pytaniami o sens.
Takie pytania potrafią otworzyć wiele tematów.
Nie każdy jest na to gotowy.

Konsekwencje takiego stanu często przychodzą cicho.
Nie zawsze jako spektakularny kryzys (choć ten bywa blisko!)

Częściej jako:
spadek empatii,
cynizm,
drażliwość,
utratę kontaktu z ciałem,
reakcje psychosomatyczne
relacje oparte na funkcji, nie obecności.

A potem lider zaczyna się dziwić, że:
zespół „jest trudny”,
ludzie się wycofują,
decyzje kosztują więcej niż kiedyś.

To nie problem kompetencji.
To problem regulacji i sensu.

Co z tym zrobić?

Nie chodzi o:
urlop (choć ten bywa konieczny),
kolejne narzędzie produktywności,
„work-life balance” jako hasło.

Chodzi o:
odzyskanie kontaktu z sygnałami ciała,
zgodę na bycie człowiekiem, nie tylko funkcją,
redefinicję siły — z wytrzymałości na zdolność do regeneracji,
pracę na poziomie tożsamości, nie tylko zachowań.

Bo lider, który nie słucha siebie, prędzej czy później przestaje słyszeć innych.

"Niezależnie od tego, jak przerażające mogą się czasem wydawać emocje, jeśli je przepracujemy i przetworzymy, zawsze dop...
04/01/2026

"Niezależnie od tego, jak przerażające mogą się czasem wydawać emocje, jeśli je przepracujemy i przetworzymy, zawsze doprowadzą nas do dobrego stanu:

przepracowanie podstawowej emocji żałoby zaowocuje stanem akceptacji.

Emocja podstawowa złości doprowadzi do doświadczenia siły, jasności i wzmocnienia siebie oraz poczucia tego co korzystne i odpowiednie.

Strach sprawi, że będziemy poszukiwać bezpieczeństwa.

Radość wywoła bogactwo doznań, energię oraz chęć nawiązywania więzi i przyjemnego zaangażowania.

Podstawowa zasada pracy na doświadczaniu emocji jest następująca: po pełnym przepracowaniu każdej emocji podstawowej otrzymamy dzban pełen złota - odporność, jasność oraz pogłębioną wiedzę o własnych potrzebach.

Dzięki temu zmieni się nasz sposób działania."

H. J. Hendel "Niekoniecznie depresja".

Jakim trybem dziś żyję?Nie: ile robię.�Nie: jak bardzo jestem zajęty.�Ale: z jakiego miejsca we mnie to wszystko się wyd...
03/01/2026

Jakim trybem dziś żyję?
Nie: ile robię.�Nie: jak bardzo jestem zajęty.
�Ale: z jakiego miejsca we mnie to wszystko się wydarza? 🟢

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Kilka tygodni temu przyjąłem zaproszenie wspaniałego Mariusz Chrapko, by porozmawiać o zarządzaniu sobą w stresie.

Nasza rozmowa była bardzo refleksyjna.�O jakości naszego bycia.�O tym, do czego jesteśmy wewnętrznie podpięci.

🔹Bo można być bardzo skutecznym�i jednocześnie głęboko odłączonym

🔹Można funkcjonować na wysokich obrotach�i nie czuć, że to życie naprawdę nas zasila.

W tej rozmowie wracał temat samoświadomości — nie jako „rozwoju osobistego”,�ale jako realnego źródła energii.

Bez kontaktu ze sobą zaczynamy żyć na rezerwie.

Od kilkunastu lat przyglądam się temu, jak funkcjonujemy na co dzień:
w gabinecie�na warsztatach,�w organizacjach,�w pracy z liderami.

Stres rzadko jest problemem samym w sobie.�Częściej jest sygnałem.�Informacją o tym, że gdzieś po drodze tracimy kontakt:�z ciałem,�z emocjami,�z sensem,�z tym, co dla nas naprawdę ważne.

Dlatego w pracy zawsze łączę perspektywę ciała, psychiki i wymiaru egzystencjalnego.�Bo zarządzanie sobą w stresie nie polega na „radzeniu sobie”.�Polega na byciu w relacji ze sobą.

Dziś — bardziej niż kiedykolwiek — potrzebujemy:�świadomości,�dobrego podpięcia,�i energii, która nie pochodzi wyłącznie z napędzonego kortyzolu i adrenaliny.

🎧 Jeśli masz przestrzeń na spokojną, pogłębioną rozmowę — zapraszam do podcastu.�Może to być dobry moment, żeby zapytać siebie:�z czego dziś czerpię energię do życia i pracy?

Link do całej rozmowy :

🎥 YouTube: https://youtu.be/N9cCWx7dlZo?si=TB7OR6YM_HdVM9ea

🎧 Spotify: https://lnkd.in/drN2WMCy

Dla każdego z Was - dobrego czasu Świąt.Maciej.
22/12/2025

Dla każdego z Was -
dobrego czasu Świąt.

Maciej.

Adres

Ulica Czeska 11/2
Warsaw
03-904

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 08:00 - 22:00
Wtorek 08:00 - 22:00
Środa 08:00 - 22:00
Czwartek 08:00 - 22:00
Piątek 08:00 - 22:00

Telefon

+48697174986

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Psychoterapia i pomoc psychologiczna - Maciej Ścibor umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Psychoterapia i pomoc psychologiczna - Maciej Ścibor:

Udostępnij

Kategoria