04/05/2026
Mój przedłużony weekend miał kończyć się spokojnym odpoczynkiem. Miejscowość opustoszała, zrobiło się sielankowo. Tę ciszę przerwało wołanie: „Pomocy! Dzwońcie po karetkę!”.Nie było czasu na wahanie. Telefon na 112 i bieg. Na ziemi nieprzytomny mężczyzna, obok przerażona żona. Potem wszystko działo się jak w filmie – pozycja bezpieczna, a gdy serce stanęło – reanimacja. Przez ponad 40 minut, na zmianę z kolegą i ratownikami, walczyliśmy o każdy oddech.
Do końca, do przylotu śmigłowca.
Niestety, tym razem śmierć okazała się silniejsza. Pan zmarł po ponad godzinnej walce.
Piszę to, choć sama wciąż nie mogę dojść do siebie. Nie mogłam spać, wciąż mam te sceny przed oczami, wciąż słyszę ten krzyk. To zostaje w człowieku głęboko. Ale mimo tych trudnych emocji i obrazów, które wracają, wiem jedno: gdybym miała zrobić to jeszcze raz, nie zawahałabym się ani sekundy.
Chcę Was o coś prosić: nie bądźcie głusi na wołanie o pomoc. Ten człowiek odszedł, czując, że ktoś o niego walczył, że nie został sam w swojej ostatniej godzinie. To ma ogromne znaczenie.
Nie bójcie się reagować.
Nie bójcie się podejść.
Nawet jeśli finał jest tragiczny, Wasza obecność i walka to najwyższa forma człowieczeństwa.
Zdecydowałam się również zapisać na kurs pierwszej pomocy i Wam również to radzę, bo nigdy niewiadomo kiedy Wasza pomoc będzie potrzebna i kiedy przyjdzie Wam walczyć o ludzkie życie.
Bądźmy dla siebie uważni. Zawsze. 🤍 #112