09/01/2026
To jedna z najbardziej samotnych form żałoby.
Nie ma pogrzebu.
Nie ma kondolencji.
Nie ma społecznej zgody na ból.
Bo przecież matka żyje.
Bo „inni mieli gorzej”.
Bo „to w końcu twoja matka”.
A jednak coś umarło.
Nie opłakujesz osoby.
Opłakujesz relację, która nigdy się nie wydarzyła, choć była obiecywana samym faktem narodzin.
Opłakujesz matkę, która miała być bezpieczna, a była raniąca.
Która miała widzieć dziecko, a widziała głównie siebie.
Która była obecna fizycznie, ale emocjonalnie nieosiągalna, chłodna albo warunkowa.
Ta żałoba jest trudna do nazwania, bo nie pasuje do żadnych znanych ram.
Nie ma jednego momentu „końca”.
Jest raczej długim procesem uświadamiania sobie, że to, na co czekałaś lub czekałeś, nigdy nie nadejdzie.
Często zaczyna się dopiero w dorosłości.
Wtedy, gdy przestajesz tłumaczyć.
Gdy kończy się nadzieja, że „jak będę lepsza/y, spokojniejsza/y, bardziej wdzięczna/y, to w końcu mnie pokocha”.
I właśnie wtedy boli najbardziej, bo umiera nie matka, tylko iluzja.
Iluzja, że wystarczy jeszcze trochę cierpliwości, wysiłku albo poświęcenia.
W tej żałobie pojawia się zamęt.
Smutek miesza się z ulgą.
Złość miesza się z poczuciem winy.
Miłość nie znika, ale nie ma gdzie się bezpiecznie skierować.
I to wszystko jest normalne.
Bo żałoba po żyjącej matce to żałoba po bezpieczeństwie, którego nie było.
Po bezwarunkowej miłości, której zabrakło.
Po dzieciństwie, które musiało dojrzeć zbyt wcześnie.
Najbardziej bolesne jest to, że ta żałoba bywa unieważniana.
Słyszysz, że przesadzasz.
Że dramatyzujesz.
Że powinnaś lub powinieneś być wdzięczny.
Jakby ból trzeba było udowodnić albo zasłużyć na prawo do niego.
A tymczasem to nie jest zdrada.
To nie jest brak lojalności.
To nie jest brak serca.
To jest moment, w którym przestajesz się okłamywać, żeby przetrwać.
Żałoba nie oznacza nienawiści.
Nie oznacza też odrzucenia.
Oznacza uznanie faktu, że czegoś nie było i że to miało realny wpływ na twoje życie.
Dopiero kiedy pozwolisz sobie opłakać matkę, której nie było,
pojawia się przestrzeń na coś nowego.
Na relację z samą sobą lub samym sobą, która nie opiera się na ciągłym braku.
Na wewnętrzne bezpieczeństwo, które nie jest już zależne od czyjejś zmienności.
Żałoba po matce, która żyje, nie zabiera ci przyszłości.
Ona zabiera iluzję.
A w jej miejsce, powoli i nie od razu, może pojawić się coś bardziej prawdziwego.
Nie idealna miłość.
Nie szybkie ukojenie.
Ale uczciwa relacja z samą sobą lub samym sobą, w której nie musisz już zasługiwać na czułość.
I to jest początek.
Cichy, niewidoczny dla innych.
Ale wystarczająco realny, by zmienić kierunek życia.