01/10/2022
Mit numer dwanaście: rozstańmy się jak ludzie.
Regularny, psychiczny łomot, jaki narcystyczny luj serwuje ci pod koniec związku jest jedynym sposobem by, jak sądzi, uratować swój spleśniały wizerunek.
Już za dużo się wydarzyło. Już rzeczy są czym są. Zepsute mięso jego czynów, słów i osoby leży niczym trup na stole, smród niesie się po domu jak gorący kalifornijski wiatr, już nie daje się doprać białej niegdyś szaty, teraz całej w plamach, w dziurach, w mokrym szlamie twoich łez i krwi.
Dysonans poznawczy, jak mówi definicja, to stan nieprzyjemnego napięcia psychicznego, pojawiający się, gdy jednocześnie występują elementy poznawcze (np. myśli i sądy) niezgodne ze sobą.
Dysonans luja, różnica pomiędzy tym, co o sobie myśli i wie, te jego wewnętrzne bajania o własnej potędze, swojej totemicznej uczciwości, znamienitej prawości, legendarnej wręcz prawdomówności, paradnym i przezacnym człowieczeństwie, ojcostwie, partnerstwie, wstaw sobie tutaj co chcesz, nijak się ma do faktów.
Jego mity gniją właśnie na twoich oczach niczym łopatka wieprzowa w lipcowe popołudnie.
Bo ty już wiesz.
Fakty jak muchy obsiadają jego prometejskie przekonania. Już nie da się, jak dawniej, spryskać domu raidem: opowiedzieć kilka bajek, kupić naręcza kwiatów, założyć na gębę uśmiech numer czterdzieści sześć – zranionego mysia pysia, albo rozłożyć przed tobą, jak odświętny obrus na stole, kilku wizji wschodzącego szczęścia.
To na nic – dom cuchnie, nie można oddychać, robactwo się roi a muchy harcują, i mrożą się, jak twoje wątpliwości; nieustannie brzęczą, przypominając, co zrobił i kim naprawdę jest.
Dysonans trzeba zabić. Ciebie trzeba zabić, bo to ty, a nie jego uczynki i słowa są źródłem, ofkors, panującego w domu syfu i nieznośnej frustracji. Ostatnia faza związku to walka luja z rzeczywistością. Młócenie w furii faktów, prawdy i dowodów. Wściekła napierdalanka z cuchnącym powietrzem, histeryczne machanie łapami, dzikie ryki i szał. To wtedy oskarża cię o wszystkie przewiny świata, o kłamstwo, zdradę, kradzież, o każdą niegodziwość i, no jasne, o swoje cierpienie.
To wtedy, w amoku i bezsilności drze japę, że się ciebie boi – boi się, owszem, że zapach rozniesie się na zewnątrz, sięgnie cudzych okien, popłynie ulicami, zawiśnie nad miastem, domami i parkami. Wejdzie innym w nozdrza. Otworzy im oczy.
Ostatni etap związku, to co morda mówi i robi, choć skierowane do ciebie, nie ma z tobą związku. To jego mentalny łomot stęchlizny z fetorem, walka o dobre samopoczucie którą, na boga, musi wygrać, paniczny bój z własnym gniciem i smrodem, z zielonymi muchami faktów. Zewnętrzny wróg, podła ty, zasłania i usprawiedliwia wewnętrzny gnój.
Rozstańmy się jak ludzie, krzyczy w desperacji, waląc na oślep, strasząc i grożąc, uszanujmy wspomnienia! Jestem, dziwko, dobrym, uczciwym, porządnym człowiekiem!
Jestem, szmato, b o g i e m!
Oto siła i efekt dysonansu. Oto pieczenie i swędzenie brudnej skorupy win. I potężne pragnienie, by inni, bez względu na wszystko, powtórzę, bez względu na wszystko, zawsze go kochali, podziwiali, szanowali.
Posieka cię i pokroi, wgniecie w ziemię i zatańczy, a potem wytrze spocony ryj, założy nową bieluchną szatę i ruszy dalej, szukać nowego stołu, na który rzuci z gracją, niczym słodkie obietnice, pierwszy kawałek mięsa, a potem drugi i trzeci i, nie oszukujmy się, kolejny, nie słysząc (nieuleczalny mitoman!), że z oddali nadciąga nowy rój.
Anita Deskiewicz
fota z netu
/ udostępniajcie i komentujcie/