05/05/2026
Czym się kończy oglądanie komedii romantycznych...
Jak byłam nastolatką robiły na mnie wrażenie te sceny - nieważne gdzie, nieistotny kontekst, walić konsekwencje (po mnie choćby potop!). Grunt to zaszaleć, pokazać spektakularnie, że ci "zależy" nawet jak wcześniej kłamałeś, zdradzałeś czy generalnie olewałeś lub miałeś problem z "angażowaniem się".
Czym większy gest, tym większa miłość. Wiadomo.
A potem dorosłam.
Po co mi to było i po co mi to było...
(I wcale nie mam na myśli momentu, kiedy skończyłam 18 lat :-D
ehhh
Potem okazało się, że nieustanie trzeba być siebie ciekawym, uśmiechać się do różnic, współpracować, być współodpowiedzialnym, troszczyć się, przekraczać swój egoizm i kręcenie się wokół własnej osi, rozwijać współczucie, odpuszczać i iść koło siebie kiedy obie strony tego nadal chcą i na co dzień siebie nawzajem wybierają.
(I wszystkie te inne sprawy, o których mówią w podcastach;-)
A potem wychodzę na "ośkę" i widzę to (nie mój, żeby nie było!).
Ktoś ma przemieszczać się z tym "dowodem", jeździć do pracy, nie zapomnieć.
Jeśli uczysz się, że miłość ma być głównie wielkim gestem,
to tak właśnie robisz. Kochamy tak, jak nas nauczono.
Czasami za późno poddajemy to refleksji.
Dlatego tak wiele potrzebnego jest w relacji współczucia dla siebie i drugiej osoby. Wiele wzorców i schematów w sobie nosimy, które nas tworzą, nierzadko określają wyraźnie ramy, w jakich się poruszamy.
Współczucie pomaga wyjść poza te ramy, zapukać do innej przestrzeni, sprawdzić jak może być inaczej. Głównie dlatego, że kierujesz się troską, jesteś uważniejsza/szy oraz potrafisz stworzyć w sobie punkt oparcia i bezpieczeństwa.
Wtedy łatwiej, także w kochaniu.
ps. I żeby nie było - nie jestem całkowicie przeciwna wielkim gestom (choć może takim...tak!).