11/12/2025
Ciąg dalszy rozmowy: Okruchy Breslau. Rozmowa o pamięci, lojalności i odzyskiwaniu siebie
Anna Mazurczyk: Myślę sobie, że rodzimy się nie tylko w rodzinach, które mają swoją jawną i niejawną historię, ale też w miejscach, które coś pamiętają. Wróćmy do Breslau. Ostatnio odwiedziłyśmy kawiarnię miłośnika starych artefaktów, Cafe Angelus. Rozmowa z właścicielem, Adamem Marecikiem, potoczyła się w zaskakującym kierunku. Nasz refleksyjny dygot, ta potrzeba szukania sensu i śladów, została ostudzona słowami: „Nie ma w tym żadnej głębi.”
I paradoksalnie, to mnie poruszyło. Bo może właśnie w tym nie ma głębi jest jakaś inna głębia? Adam przez lata zbierał znalezione przypadkiem na spacerze z psem przedmioty – kawałki porcelany, metalowe klamki, fragmenty talerzy, guziki. Nic wielkiego, nic co nadawałoby się do muzeum. Po prostu rzeczy, które go zatrzymały i sprawiały, że wyjścia z psem stały się przygodą. Nie wiedział po co, nie miał planu, ale nie potrafił ich wyrzucić. A potem powstała z tego kawiarnia. Miejsce, gdzie te fragmenty dawnych żyć dostały nowe światło, nowy kontekst.
Pomyślałam wtedy o słowach Joanny Chmarzyńskiej-Golińskiej, że przemiana psychiczna nie zawsze postępuje liniowo. Często krąży, zawraca, przemyka niepostrzeżenie — jak sen, który nas śni. Niby nic się nie dzieje, a jednak coś się przekształca w środku.
Te „wewnętrzne ruchy przekształcające” mają w sobie coś z ruchu Adama, zbierania okruchów, które go przyciągają, zanim jeszcze zrozumie dlaczego. One też wymagają przestrzeni, cierpliwości i zaufania. Nie znoszą presji, nie lubią pośpiechu. Działają wtedy, kiedy możemy po prostu być w kontakcie z tym, co nas dotyka, choć jeszcze nie umiemy tego nazwać.
Może właśnie tak działa pamięć miejsc i rodzin. Najpierw przyciąga nas jakiś szczegół – kawałek muru, porcelanowy guzik. I zanim zdążymy zrozumieć, jesteśmy już w środku tej opowieści.
Agnieszka Helwing-Brodala: Podoba mi się stwierdzenie “wewnętrzne ruchy przekształcające” i że one wymagają “przestrzeni, cierpliwości i zaufania”.
Ja to kojarzę z gabinetowym doświadczeniem, kiedy pacjenci mówią: “nie wiem jak to działa, co się takiego stało, ale jest we mnie teraz więcej spokoju”. I jak Cię czytam, to pomyślałam, że odnajdywanie tych artefaktów może dawać pewien rodzaj ukojenia, jak integrowanie dawno zapomnianych lub głęboko ukrytych części siebie. Te kawałki, drobne przedmioty, są symbolem czegoś nienazwanego, ale na głębszym, intuicyjnym poziomie, wyraźnie odczuwanego – że to ważne, że to jest część jakiejś większej całości i dlatego jest warte zachowania pamięci o tym.
Słuchałam ostatnio podcastu Głosy Humanistyki i rozmowy z prof. Marią Mendel z Uniwersytetu Gdańskiego – pedagożki miejsca, badającej tożsamość lokalną mieszkańców. Pani Profesor opowiadała o trudnej historii Gdańska. Punktem wyjścia do jej badań była egzekucja jedenastu oprawców nazistowskich z obozu Stutthof w roku 1946. Ówczesny zarząd sowiecki miasta nagłośnił tę egzekucję, zrobił z niej spektakl, w skutek czego wszyscy mieszkańcy uczestniczyli w niej w charakterze widzów. Wyreżyserowane to było w taki sposób, aby przyczyniło się do zlikwidowania, wymazania poprzednich tożsamości tego miejsca i stworzenia zupełnie nowej tożsamości, nie związanej z historią. Po powieszeniu skazańców tłum rzucił się na nich w rytualnym akcie zemsty i każdy pozabierał sobie jakieś artefakty – kawałki ubrań, sznura, guziki. Ale to, co w afekcie być może wydawało się naturalne, po opadnięciu emocji zaczęło ciążyć. Mieszkańcy wyparli tę część swojego doświadczenia, swój akt agresji. Wokół tych pozabieranych od skazańców artefaktów tworzyły się napięcia, przemilczane, zamknięte w tajemnicy historie. Kolejne pokolenia nie dowiadywały się co oznaczają i skąd pochodzą te artefakty, ale pamięć o historii wydobywała się nieświadomie – dzieci, nie wiadomo dlaczego, bawiły się w wisielców na Pohulance, miejscu egzekucji. Pani Profesor przez kolejne lata prowadziła projekt “Budowanie na (nie)pamięci”, z którego powstała książka “Tożsamość gdańszczan. Budowanie na (nie)pamięci”.
W tym kontekście pomyślałam, że nasza, wrocławska tożsamość, też niejako zbudowana jest na nie-pamięci krzywd tych mieszkańców Niemiec, którzy po wojnie zostali stąd wysiedleni, często pod presją czasu, być może w trudnych okolicznościach. W ich przeżyciu mogło to być dramatyczne, traumatyzujące. Zbieranie dawnych artefaktów po Breslau może być symbolicznie kontaktowaniem się z “cieniem” – tą częścią ludzkiej psychiki, która jest mroczna, trudna, “zła”. I w tym sensie jest aktem odwagi, bo nie każdy przecież jest gotów do tego, aby takie części widzieć w sobie.
Zdaje się, że osoby, które szukają poniemieckich artefaktów są bardzo krytykowane w pewnych grupach?
AM: Niewygodna jest już sama nazwa Breslau. Zagraża fantazji, że Wrocław zawsze był “nasz” słowiański, oswojony. Bo jeśli dopuścimy myśl, że nie był “nasz”, miał innych mieszkańców, inne języki, to pojawia się pytanie czy kiedykolwiek będzie naprawdę “Nasz”. A może my też jesteśmy tylko kolejną warstwą, kolejnym osadem, który ktoś kiedyś przykryje swoją opowieścią?
Słyszałam kiedyś refleksję pewnej psychoterapeutki, że ci, którzy przyjechali tu ze wschodu, „nigdy się do końca nie rozpakowali”. Żyli trochę na walizkach, jakby zawsze gotowi do kolejnego przymusowego wyjazdu. I może właśnie ta niepewność, to poczucie braku zakorzenienia, zaczęło przenikać do psychiki miasta. Miasto, które pamięta rozstania, ma w sobie delikatne drżenie.
Myślę, że dlatego „Breslau” tak wielu ludziom podnosi puls, bo jest słowem, które uchyla klapę w podłodze, prowadząc do piwnicy. A jednak coś w nas wciąż tam schodzi. Jakbyśmy chcieli zrozumieć, czy to miasto może być domem w pełnym znaczeniu jeśli nie poznamy tego, co pod spodem.
Czy uważasz, że żeby naprawdę poczuć się „u siebie”, trzeba dotknąć tego, co niewygodne — historii miejsca, historii przodków, historii własnej psychiki? A może poczucie domu można zbudować także nie zaglądając do tych piwnic?
AHB: Jeden z moich superwizorów, Pan Kazimierz Bierzyński, powiedział kiedyś takie zdanie: “Dom jest wszędzie tam, gdzie jesteśmy w pełni”. I tak, tak to rozumiem, że być “u siebie” to być w pełni swojego doświadczenia, w pełni swojej historii i też w pełni człowieczeństwa. Wielowymiarowo. Z dostępem do tych trudnych, zamkniętych w “piwnicach” naszej psychiki doświadczeń i z dostępem do wszystkich emocji i stanów, które są przynależne człowiekowi. Dopiero gdy mogę siebie przyjąć z całym, w gruncie rzeczy niechcianym, bo bardzo trudnym, bagażem, to mogę poczuć się “u siebie” – w swoim ciele i umyśle – jak w bezpiecznym domu. Wtedy, gdziekolwiek ten dom będzie, będziemy czuć się “u siebie”. Co Ty o tym myślisz?
AM: Nic dodać, nic ująć. Myślę, że to dobra puenta naszych rozważań. Mam wrażenie, że dałyśmy się wciągnąć tematowi naszego miasta, jego pamięci, śladów po dawnych mieszkańcach. Z miejscem, które zajmujemy dziś, a które kiedyś należało do kogoś innego. I pytanie, jak my się z tym naprawdę mamy, staje się równie ważne, jak sama historia.