Przeistocza P.

Przeistocza P. Psychoterapia. Pisanie. Praca kliniczna. Kontekst społeczno-kulturowy. Kamila Wawrzycka

Czasem w poczuciu humoru uchwyca się coś, co długo nie daje się zobaczyć. Fragment wystąpienia Lawrence’a Browna (Bostoń...
01/04/2026

Czasem w poczuciu humoru uchwyca się coś, co długo nie daje się zobaczyć. Fragment wystąpienia Lawrence’a Browna (Bostoński Instytut Psychoanalizy), w którym odnosi się on do osobistego doświadczenia:

"Daleko w trakcie mojej analizy treningowej, gdy zmagałem się z konfliktami wokół ambicji, które trwały długo i nie poddały się licznym próbom rozumienia ich dynamiki z różnych perspektyw, mój analityk zaskoczył mnie następującym dowcipem:

„Rozmawia dwóch jaskiniowców i jeden pyta drugiego: ‘Widziałeś ostatnio Upa?’ ‘Nie’, odpowiada tamten, ‘Masz na myśli tego Upa, który wynalazł ogień?’ ‘Tak, właśnie tego’, mówi pierwszy jaskiniowiec. ‘Czy to nie on wynalazł koło?’ pyta drugi. ‘Tak, to właśnie ten Up, o którego mi chodzi’, mówi drugi jaskiniowiec, ‘ale czy ostatnio czegoś dokonał?’”

Byłem zaskoczony tym, że podzielił się ze mną dowcipem, czego nie robił nigdy wcześniej, a dowcip ten tak głęboko we mnie rezonował, że trafiał w sedno tego, z czym się zmagałem, choć nie mogłem wyrazić tego słowami. Jednakże przez lata wielokrotnie wracałem do tego dowcipu i za każdym razem doceniałem to, jak odnosił się do różnych warstw konfliktu, rozwijanych w późniejszej terapii i autoanalizie. Z perspektywy czasu uważam, że ten dowcip był jedną z najbardziej pamiętnych interwencji, jakie podał mi mój analityk, ze względu na jego bezpośredni i trwały wpływ oraz posłużył funkcji podobnej do interpretacji, choć właściwie jego zasięg był bardziej wyczerpujący. W istocie interpretacja brzmiała: „Jeśli próbujesz dosięgnąć Księżyca, nigdy nie będziesz usatysfakcjonowany”.

Przygotowując się do napisania tego artykułu skontaktowałem się z moim analitykiem i zapytałem go, czy pamięta, jak opowiedział mi ten dowcip oraz czy przyszedł mu on do głowy spontanicznie w chwili, gdy go opowiedział. Odpowiedział, że wcześniej parę razy przeszedł mu on przez myśl, ale w tej konkretnej sesji pojawił się niespodziewanie i opowiedział go, gdy tylko przyszedł mu na myśl, jak mówił Freud: „Nagle dowcip pojawia się – z zasady odziany w słowa”.

Dowcip mojego analityka był w istocie cenną interpretacją, która została podana spontanicznie, choć wcześniej przychodziła mu na myśl przy różnych okazjach, musiało istnieć jakieś nieświadome wyczucie, które stanowiło sygnał, że to ten właściwy moment. Pochodzenie dowcipu zdaje się podobne do powstawania reverie, które pojawia się niespodziewanie w umyśle analityka i stanowi nieświadomy twór powstały z nieświadomego zaangażowania między analitykiem i analizantem."

Poczucie humoru pojawia się tam, gdzie same słowa są niewystarczające. Żart pozwala coś zobaczyć inaczej. Śmiech nie usuwa cierpienia, jednak zmienia sposób bycia z nim. Trzęsie całym ciałem. Pozwala uchwycić paradoksy naszej psychiki i życia, ożywia poczucie siebie i dodaje otuchy.

Jak u Magritte’a - to, co wydaje się oczywiste, nagle przestaje takie być. Między tym, co widzimy, a tym, czym to jest, zawsze pozostaje pewna istotna szczelina.

Czy to nie właśnie dopuszczenie takich nieoczywistych zestawień tak nas dogłębnie łaskocze, łączy i zmienia?

Obraz: René Magritte, „The Treachery of Images”
„To nie jest fajka” (fr. „Ceci n’est pas une pipe”)

Hmm... a co z cygarem? ;)

Cytat pochodzi z publikacji po 21. Konferencji pt. „Humor w relacji terapeutycznej”, Oddziału Dolnośląsko-Opolskiego Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej, która odbyła się we Wrocławiu w 2023

Trwanie (fr. durée)W nocy przesunęliśmy wskazówki zegarów. Godzina została odjęta lub dodana - zależnie od kierunku. A m...
29/03/2026

Trwanie (fr. durée)

W nocy przesunęliśmy wskazówki zegarów. Godzina została odjęta lub dodana - zależnie od kierunku. A może od przeżycia? Wszystko działa tak samo, ale coś jest lekko nie na miejscu. Czas w zasadzie się nie zmienił, ale zmienił się sposób jego liczenia, a doświadczenie tej zmiany gdzieś się potyka. Wydaje się, że czas mierzony i czas przeżywany to nie to samo.

Henri Bergson, francuski filozof i laureat Nagrody Nobla, którego interesowało przede wszystkim doświadczenie życia „od środka”, próbował uchwycić tę różnicę, wprowadzając pojęcie durée - trwania. Nie chodziło mu o czas jako wielkość fizyczną, lecz o czas przeżywany. Dla Bergsona trwanie nie jest linią ani sumą chwil. Jest ciągłością, w której przeszłość nie znika, lecz przenika teraźniejszość i ją współtworzy. Doświadczenie nie składa się z oddzielnych elementów - rozwija się, zagęszcza, przekształca.
To, co było, pozostaje obecne, nie jako zapis, lecz jako zmiana jakości tego, co jest teraz.

Z tej perspektywy intelekt - ten, który porządkuje, mierzy i dzieli - zniekształca ciągłość. Jest potrzebny, ale upraszcza. Rozcina trwanie na fragmenty, które można uchwycić i nazwać.
Trwanie samo w sobie wymyka się temu podziałowi. Dlatego Bergson łączył je z intuicją - nie w znaczeniu przeczucia, lecz jako zdolność pozostawania w bezpośrednim kontakcie z tym, co się wydarza, zanim zostanie rozbite na części.
W tym miejscu pojawia się też jego rozumienie wolności.

Jeśli myślimy o czasie jak o linii, wolność łatwo sprowadzić do wyboru między gotowymi możliwościami. W trwaniu jednak działanie nie jest wyborem między punktami. Jest wyłanianiem się z całości doświadczenia.
To, co robimy, nie wynika w prosty sposób z przeszłości, ale też nie jest od niej oderwane. Wyłania się z całej historii doświadczenia jako jej przekształcenie, a nie mechaniczny skutek.
Tutaj wolność nie polega na odcięciu się od tego, co było, lecz na sposobie, w jaki to, co było, zostaje przeżyte i rozwinięte dalej.

To ujęcie dobrze koresponduje z tym, jak o doświadczeniu psychicznym pisze Thomas Ogden. Jego koncepcja „stawania się” przesuwa uwagę z treści na sam proces przeżywania - na to, jak doświadczenie powstaje i zmienia się w czasie. Oznacza to, że to, kim ktoś jest, nie wynika po prostu z tego, co przeżył, lecz z tego, co dalej dzieje się z jego doświadczeniem.

Doświadczenie nie jest czymś, co po prostu mamy. Ono się tworzy.
Podobnie działa zasada wolnych skojarzeń. Nie chodzi w niej jedynie o technikę mówienia wszystkiego, co przychodzi do głowy, lecz o próbę wejścia w ruch własnego doświadczenia - bez jego natychmiastowego porządkowania czy oceniania.

Christopher Bollas opisywał to jeszcze inaczej, mówiąc o idiomie - indywidualnym stylu bycia i przeżywania, który rozwija się w czasie i nie daje się sprowadzić do gotowych kategorii. Idiom nie jest czymś, co można zaplanować. Raczej czymś, co się odsłania, gdy pozwala się doświadczeniu przebiegać we własnym rytmie.

W praktyce klinicznej te koncepcje są wyraźnie obecne.

Zdarza się, że ktoś mówi o czymś sprzed lat, a brzmi to tak, jakby działo się teraz. Nie dlatego, że nie rozpoznaje tego jako przeszłości, lecz dlatego, że doświadczenie nie zostało zintegrowane z ciągłością życia psychicznego.
Pozostaje aktywne w zmienionej formie i nadal wpływa na przeżywanie oraz reakcje. Bywa też, że kolejne dni i opowieści wydają się od siebie odcięte, jakby brakowało między nimi powiązań. Nie tworzą sekwencji, lecz układają się obok siebie.
Wtedy trudność dotyczy raczej niedostępności historii emocjonalnej jako elementu, który mógłby nadawać ciągłość aktualnemu doświadczeniu.
W obu przypadkach chodzi o to, jak doświadczenie zachowuje swoją ciągłość w czasie.

Zmiana czasu - nocna, techniczna - nie dotyka tego poziomu bezpośrednio.
Może jednak na chwilę go odsłonić. Pokazuje, że wskazania zegara można zmienić, ale nie sposób w ten sam sposób „przestawić” doświadczenia. Ono potrzebuje czasu - nie w sensie liczby godzin, lecz jako samego procesu przetwarzania.

Dlatego życia psychicznego nie da się skorygować jednym ruchem. Doświadczenie może się rozwijać albo zatrzymać.
Rozwijać się - to pozwalać, by to, co było, znalazło swoje miejsce w tym, co jest, i mogło dalej pracować.

Z tej perspektywy ważne jest czy doświadczenie ma ciągłość i czy pozostaje zdolne do dalszego przekształcania.

Ma zdjęciu instalacja Jamesa Turrella - The Color Inside

Bo też ocean nieprzypadkowo zaszeregowano do klasy Metamorpha. Jego falująca powierzchnia mogła dawać początek najbardzi...
27/03/2026

Bo też ocean nieprzypadkowo zaszeregowano do klasy Metamorpha. Jego falująca powierzchnia mogła dawać początek najbardziej różniącym się od siebie, do niczego ziemskiego niepodobnym formom, przy czym celowość adaptacyjna, poznawcza czy jakakolwiek inna – owych gwałtownych nieraz erupcji plazmatycznej „twórczości” – była zupełną zagadką. Odstawiając na półkę tom, tak ciężki, że musiałem przytrzymać go obiema rękami, pomyślałem, że nasza wiedza o Solaris wypełniająca biblioteki jest bezużytecznym balastem i trzęsawiskiem faktów i znajdujemy się w takim samym miejscu, w którym poczęto ją gromadzić przed siedemdziesięciu ośmiu laty, a właściwie sytuacja jest o wiele gorsza, ponieważ cały trud tych lat okazał się daremny.

To, cośmy wiedzieli dokładnie, obejmowało same tylko zaprzeczenia. Ocean nie posługiwał się maszynami ani ich nie budował, chociaż w pewnych okolicznościach wydawał się do tego zdolny, gdyż powielał części niektórych zanurzonych w nim aparatów, ale czynił to tylko w pierwszym i drugim roku prac eksploracyjnych; potem ignorował wszelkie ponawiane z benedyktyńską cierpliwością próby, jakby stracił dla naszych urządzeń i produktów (a wynikałoby, że także i dla nas...) wszelkie zainteresowanie. Nie posiadał – kontynuuję wyliczenie naszych „negatywnych wiadomości” – żadnego systemu nerwowego ani komórek, ani struktury przypominającej białkową; nie zawsze reagował na bodźce, nawet najpotężniejsze (tak na przykład całkowicie „zignorował” katastrofę pomocniczego rakietowca drugiej ekspedycji Giesego, który runął z wysokości trzystu kilometrów na powierzchnię planety, niszcząc jądrową eksplozją swych atomowych stosów plazmę w promieniu półtorej mili).

Powoli w kręgach naukowców „sprawa Solaris” brzmieć zaczęła jak „sprawa przegrana”, zwłaszcza w sferach naukowej administracji instytutu, gdzie podnosiły się w latach ostatnich głosy domagające się obcięcia dotacji na dalsze badania. O całkowitym zlikwidowaniu Stacji nikt się dotąd nie ośmielił mówić; byłoby to zbyt jawnym przyznaniem się do klęski. Zresztą niektórzy w rozmowach prywatnych powiadali, że wszystko, czego nam trzeba, to strategia możliwie „honorowego” wycofania się z „afery Solaris”. Dla wielu jednak, szczególnie zaś dla młodych, „afera” ta stawała się z wolna czymś w rodzaju kamienia probierczego własnej wartości: „w gruncie rzeczy – mówili – idzie o stawkę większą aniżeli o zgłębienie solaryjskiej cywilizacji, gra toczy się bowiem o nas samych, o granice ludzkiego poznania”.

Przez pewien czas popularny był (rozpowszechniany gorliwie przez prasę codzienną) pogląd, że myślący ocean, który opływa całą Solaris, jest gigantycznym mózgiem przewyższającym naszą cywilizację o miliony lat rozwoju, że to jakiś „kosmiczny joga”, mędrzec, upostaciowana wszechwiedza, która dawno już pojęła płonność wszelkiego działania i dlatego zachowuje wobec nas kategoryczne milczenie. Była to po prostu nieprawda, bo żywy ocean działa, i to jak jeszcze – tyle że według innych aniżeli ludzkie wyobrażeń, nie buduje więc miast ani mostów, ani machin latających; nie próbuje też zwyciężyć przestrzeni ani jej przekroczyć (w czym niektórzy obrońcy wyższości człowieka za wszelką cenę upatrywali bezcenny dla nas atut), zajmuje się natomiast tysiącznymi przekształceniami – „autometamorfozą ontologiczną”; już to uczonych terminów nie brak na kartach dzieł solarystycznych!

Ponieważ, z drugiej strony, człowieka uporczywie wczytującego się we wszystkie możliwe solariana ogarnia nieprzeparte wrażenie, iż ma przed sobą ułamki intelektualnych konstrukcji, być może genialnych, przemieszane bez ładu i składu z płodami jakiegoś kompletnego, graniczącego z obłędem głuptactwa, powstała jako antyteza koncepcji „oceanu-yogi” myśl o „oceanie-debilu”. Hipotezy te wydobyły z grobu i ożywiły jeden z najstarszych problemów filozoficznych – stosunku materii i ducha, świadomości.

Trzeba było niemałej odwagi, aby po raz pierwszy – jak du Haart – przypisać oceanowi świadomość. Problem ten przez metodologów uznany pospiesznie za metafizyczny tlił się na dnie wszystkich nieomal dyskusji i sporów. Czy możliwe jest myślenie bez świadomości? Ale czy zachodzące w oceanie procesy można nazwać myśleniem? Czy góra to bardzo wielki kamień? Czy planeta to ogromna góra? Można używać tych nazw, ale nowa skala wielkości wprowadza na scenę nowe prawidłowości i nowe zjawiska. Problem ten stał się kwadraturą koła naszych czasów.

Każdy samodzielny myśliciel usiłował wnieść w skarbnice solarystyki swój wkład; mnożyły się teorie głoszące, że mamy przed sobą produkt degeneracji, uwstecznienia, które nastąpiło po minionej fazie „intelektualnej świetności” oceanu, już to, że ocean jest w samej rzeczy nowotworem-glejakiem, który, narodziwszy się w obrębie ciał dawnych mieszkańców planety, pożarł je wszystkie i pochłonął, stapiając szczątki w postać wiecznie trwającego, samoodmładzającego się ponadkomórkowego żywiołu.

-

To fragment Solaris.
Dwadzieścia lat temu zmarł Stanisław Lem.
To, co próbował uchwycić, nigdy nie było gdzieś daleko.

Obraz: Zdzisław Beksiński

Przez wiele lat psychoanaliza omijała temat cyklu menstruacyjnego - niekiedy z ostrożności, niekiedy z wyraźnego uniku. ...
23/03/2026

Przez wiele lat psychoanaliza omijała temat cyklu menstruacyjnego - niekiedy z ostrożności, niekiedy z wyraźnego uniku. Historycznie można to zrozumieć. Wczesne ujęcia zbyt łatwo lokowały kobiece ciało po stronie braku i regresji, a krytyka feministyczna słusznie podważyła te redukcje. W odpowiedzi pole namysłu przesunęło się w stronę psychiki i relacji często kosztem doświadczenia cielesnego.

W tekście na platformie Tavistock Relationships (TR) “Why Psychotherapists Should Stop Ignoring the Menstrual Cycle” (Alice Jacobs Waterfall, 17 marca 2026) pojawia się istotne przypomnienie: cykl menstruacyjny nie wymaga ani biologicznego redukcjonizmu, ani pominięcia. Może być rozumiany jako rytm, w którym zmienia się poczucie siebie, dostęp do uczuć i sposób bycia w relacjach.

Warto dodać jeszcze jeden poziom.

To, jak kobieta przeżywa PMS i inne momenty cyklu, nie jest wyłącznie kwestią hormonalną. Na doświadczenie to nakładają się warstwy kulturowe i społeczne, które organizują sposób jego przeżywania i nazywania. Kobieca zmienność bywa ośmieszana, trywializowana lub używana do podważania wiarygodności. Z czasem może to zostać uwewnętrznione jako przekonanie: to, co czuję, jest mniej ważne, mniej prawdziwe, mniej moje. Często można zauważyć, że świadomość PMS pozostaje znikoma - co utrudnia rozpoznanie własnego stanu i sprzyja błądzeniu w rozumieniu siebie.

Istnieje też druga strona tego procesu.

To, co pojawia się jako „PMS”, bywa zbyt szybko rozpoznawane jako nadmiarowe, wstydliwe, „nie na miejscu”. W takich momentach uruchamia się uwewnętrzniony wstyd, obwinianie siebie, a czasem subtelne formy wewnętrznego poniżania. Doświadczenie nie tylko bywa bagatelizowane z zewnątrz - zostaje także odrzucone od środka, zanim zdąży zostać pomyślane.

W życiu codziennym kobiet, jak i w praktyce klinicznej, widać, jak zdanie „to tylko PMS” zamyka materiał, który mógłby zostać opracowany. Tymczasem to właśnie w tych stanach często ujawniają się treści dotąd niedostępne - złość, rozczarowanie, potrzeby zależności, żałoba. Otwiera się także przestrzeń rozmowy o tym, co to znaczy być kobietą - wraz z całym spektrum uczuć, trudności i potencjału, które się z tym wiążą.

Pytanie nie brzmi więc: „czy to jest tylko hormonalne?”, ale raczej: co w tym stanie próbuje się wyrazić i dlaczego właśnie teraz?

Być może warto tu pomyśleć o jeszcze jednej rzeczy.

Podmiotowość nie polega na stałości jednego, spójnego stanu. Może opierać się na zdolności do rozpoznawania własnej zmienności i odnajdywania jej osobistego znaczenia bez konieczności jej unieważniania. To, co cykliczne w ciele, nie musi być traktowane jako zakłócenie. Może być jednym z miejsc, w których dana osoba jako podmiot zyskuje dostęp do siebie.

Z tej perspektywy znaczenie mają także rzeczy elementarne.

Dbanie o to, by środki higieniczne były dostępne w przestrzeniach publicznych - także w gabinetach terapeutycznych - nie jest wyłącznie kwestią organizacyjną. To sygnał, że doświadczenie ciała jest uznane, że nie musi być ukrywane ani pomniejszane.

Może od takich drobnych, materialnych gestów zaczyna się zmiana w tym, co może zostać pomyślane i wypowiedziane w danej przestrzeni.

Cykliczność cielesna nie musi oznaczać dezorganizacji. Może być rytmem, który - jeśli zostanie zauważony - zaczyna mieć znaczenie.

Zdjęcie: Brooke DiDonato

Światowy dzień poezji.Dziś, w dniu, który poświęcamy poezji, łatwo byłoby powiedzieć o niej coś pewnego. Zdefiniować ją....
21/03/2026

Światowy dzień poezji.

Dziś, w dniu, który poświęcamy poezji, łatwo byłoby powiedzieć o niej coś pewnego. Zdefiniować ją. Uspokoić. Poukładać, zamknąć w segregatorach i statystykach. Uczynić z niej dziedzinę, którą można objąć myślą tak, jak obejmuje się klasyfikację ludzkich problemów.

Ale poezja zawsze wymyka się temu gestowi, tak samo jak sam człowiek.

Nasze doświadczenie zaczyna się wcześniej niż słowo i trwa dłużej niż jego znaczenie. Rodzi się w tym, co jeszcze nie zostało wypowiedziane, a zaraz domaga się podniesienia tego, co się w nas wydarzyło.

Można powiedzieć, że poezja zaczyna się w napięciu, w jakimś domaganiu się umożliwienia. To może być spojrzenie drugiego człowieka, nagłe wspomnienie, zapach, który przywraca coś dawno utraconego. Psychika nie pozostaje wobec tego bierna. Pracuje. Szuka. Wiąże.

To, co teraźniejsze, natychmiast splata się z tym, co minione, i z tym, co dopiero możliwe. Pragnienie sięga wstecz, ku pierwszym śladom spełnienia, a zarazem projektuje się w przyszłość. W ten sposób powstaje coś, co nie jest ani wspomnieniem, ani planem. Jest ruchem. Jest próbą utrzymania ciągłości tam, gdzie doświadczenie się rwie.

Poezja wyrasta z tego rozchwianego ruchu.

Nie jest opisem świata. Nie jest jego ozdobą. Jest sposobem, w jaki człowiek próbuje przeżyć to, czego nie był w stanie przeżyć wprost. Każdy wiersz jest śladem tej próby. Śladem wysiłku, by nadać formę temu, co pierwotnie nie miało formy.

I tutaj, być może bardziej wyraźnie niż gdziekolwiek indziej, spotykają się poezja i psychoanaliza, a może także psychoterapia.

Sesja przypomina czasem wiersz.

Ma swój rytm, choć nie jest mierzony sylabami. Ma swoje pauzy, które znaczą tyle, co słowa. Ma powtórzenia, przesunięcia, nagłe obrazy, które pojawiają się nie wiadomo skąd, a jednak niosą coś z osobliwego doświadczenia. To, co zostaje wypowiedziane, nigdy nie jest tylko tym, co zostało powiedziane. Każde zdanie otwiera inne, ukryte, czasem sprzeczne z nim samym. To, co się dzieje, jest unikatowe - intymne i indywidualne, jak wiersz.

Widać wtedy, że sesja nie jest rozmową w zwykłym znaczeniu. Przypomina układ poetycki.

Przestrzeń, w której doświadczenie nie tyle się opisuje, ile faluje i przemienia. Rozproszone fragmenty zaczynają układać się w nowe konfiguracje. To, co było dotąd nieme, znajduje swoje obejście w obrazie, metaforze, w przesunięciu dotychczasowego znaczenia. Czas przestaje być linearny. Przeszłość wdziera się w teraźniejszość, teraźniejszość zmienia sens przeszłości.

Coś zmienia swoją ciężką masę i zaczyna się poruszać - w samym momencie dziania się, w teraz.

Poezja działa podobnie.

Nie tłumaczy doświadczenia. Nie zamienia go w wiedzę. Tworzy formę, w której coś może się wydarzyć inaczej. Bardziej znośnie. Czasem po raz pierwszy w ogóle. Wiersz nie mówi: „tak było”. Raczej: „tak to teraz brzmi”. To brzmienie staje się miejscem osobistej obecności.

W psychoanalizie, tak jak w poezji, idzie nie tylko o sens, ale o ton. O sposób, w jaki coś zostaje powiedziane. O emocjonalny wydźwięk pojawiających się obrazów. O napięcie między słowami, o rytm mówienia, o milczenie, które je przerywa.

Może dlatego tak wielu analityków i psychoterapeutów, prędzej czy później, zbliża się do języka poetyckiego. Może nie tyle z ambicji estetycznej, co z pewnej konieczności. Istnieją doświadczenia, których nie można oddać w języku wyjaśnienia.

Można je tylko przywołać. Wyczuć.

Albo - jak sugerował Bion - spróbować w nich wytrwać bez pamięci i bez pragnienia, bez natychmiastowego nadawania im znaczenia, bez pośpiechu rozumienia. W stanie, który jest bliższy słuchaniu wiersza niż analizie danych.

Ułożyć słowa tak, by zaczęły rezonować. By ktoś w sesji mógł je rozpoznać jako własne.

To jest moment spotkania.
Kruchy, nietrwały, iluzoryczny i realny.

Czasami dla mnie poezja i psychoanaliza przestają być odrębnymi dziedzinami. Stają się dwiema formami tej samej pracy: próbą nadania kształtu temu, co w człowieku rozproszone, przerwane, niewypowiedziane. I trzeba zaznaczyć jasno, żadna z nich nie daje ostatecznego rozwiązania.

Po sesji wychodzimy na ulicę. Po wierszu wracamy do codzienności. Do prostych czynności, do obowiązków, do zwykłego czasu. Ale coś zostało przestawione. Niewidocznie, a jednak nieodwracalnie. I to wystarczy.

Współczesność często wybiera chłód, dystans, ironię. Bezpieczne formy istnienia.

A poezja wymaga czegoś przeciwnego.

Żarliwości (Adam Zagajewski).

Nie nadmiaru emocji, lecz zgody na bycie poruszonym. Na to, że coś naprawdę nas dotyka i że nie potrafimy się przed tym do końca obronić. Tam, gdzie jest żarliwość, może wydarzyć się coś więcej niż opis. Może przydarzyć się nam obecność.

Jeśli miałabym dziś powiedzieć, po co współczesnemu światu poezja i po co psychoanaliza, psychoterapia, odpowiedziałabym najprościej, jak potrafię: po to, żeby człowiek nie utracił kontaktu z własnym doświadczeniem.

Po to, żebyśmy potrafili być obecni nie tylko w tym, co robimy, ale także w tym, co czujemy, czego nie rozumiemy, czego się boimy i czego pragniemy.

Po to, żeby język nie oddzielał nas od życia, lecz z powrotem do niego prowadził.

I wreszcie po to, żeby w spotkaniu z drugim człowiekiem mogło wydarzyć się coś więcej niż wymiana informacji i wskazówek.

Na sesji psychoterapii można czasem doświadczyć czegoś rzadkiego: własnej nieoczywistości.

Zobaczyć siebie nie jako coś ustalonego, zamkniętego, lecz jako proces - żywy, zmienny, nie do końca rozpoznany. I to doświadczenie, choć bywa niepokojące, okazuje się uzdrawiające.

Tam, gdzie przestajemy być oczywiści, przestajemy też być zamknięci. Wtedy oddalamy się od suchych, złudnych opisów tego, kim rzekomo jesteśmy.

W poezji i psychoanalizie jest miejsce na coś, co nie daje się do końca powiedzieć. A domaga się, by mówić - mimo wszystko.

Zdjęcie:
Małgosia Bela, polska modelka i aktorka, sfotografowana przez Juergena Tellera na kanapie Zygmunta Freuda, w Londynie

Czytając badania neuronaukowe...W ostatnich latach coraz więcej badań próbuje uchwycić biologiczne mechanizmy, które mog...
13/03/2026

Czytając badania neuronaukowe...

W ostatnich latach coraz więcej badań próbuje uchwycić biologiczne mechanizmy, które mogą być związane z tym, dlaczego jedni ludzie po doświadczeniach traumatycznych odzyskują zdolność adaptacji, podczas gdy inni przez długi czas zmagają się z utrzymującymi się objawami psychicznymi. Poszukiwania te prowadzą badaczy w stronę coraz bardziej złożonych modeli łączących doświadczenie życiowe, funkcjonowanie mózgu oraz procesy regulacji emocjonalnej. Coraz częściej podkreśla się przy tym, że reakcje na traumę nie wynikają z pojedynczego czynnika, lecz z dynamicznej interakcji między doświadczeniem, biologiczną organizacją systemów regulacyjnych oraz późniejszymi doświadczeniami życiowymi.

W jednym z najnowszych numerów czasopisma Psychoneuroendocrinology ukazało się badanie zespołu Juliana Maciaszka i współpracowników z Katedra Psychiatrii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, poświęcone związkom między doświadczeniem traumy, elastycznością radzenia sobie ze stresem oraz budową wybranych struktur mózgu. Badanie zostało przeprowadzone w grupie uchodźców z Ukrainy, którzy przybyli do Polski po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji w 2022 roku, oraz w porównywalnej grupie kontrolnej.

Praca ta wpisuje się w coraz szerszy nurt badań poszukujących odpowiedzi na pytanie, dlaczego osoby narażone na podobne doświadczenia traumatyczne mogą rozwijać bardzo różne trajektorie psychiczne. U jednych dominują trwałe objawy lęku, depresji czy stresu pourazowego, inni z czasem odzyskują zdolność adaptacji i funkcjonowania.

Jednym z pojęć, które w ostatnich latach pojawia się w tym kontekście coraz częściej, jest elastyczność radzenia sobie (coping flexibility).

Elastyczność radzenia sobie

Pojęcie to odnosi się do zdolności do zmiany sposobu reagowania w zależności od sytuacji. Nie chodzi o jedną konkretną strategię, lecz raczej o możliwość modyfikowania sposobu działania w odpowiedzi na zmieniające się, często bardzo różnorodne okoliczności.

Osoba dysponująca większą elastycznością potrafi:

rozpoznać, że dotychczasowa reakcja nie przynosi oczekiwanego efektu,
zrezygnować z niej,
spróbować innego sposobu działania.
Większa elastyczność radzenia sobie wiąże się z lepszym przystosowaniem do stresu oraz niższym poziomem objawów psychicznych. Jednocześnie wiadomo, że doświadczenie traumy często prowadzi do zawężenia repertuaru reakcji. System reagowania staje się bardziej powtarzalny, a możliwość zmiany - trudniejsza.

Co badali autorzy?

Autorzy skoncentrowali się przede wszystkim na strukturach jąder podstawy, takich jak prążkowie i gałka blada, które są częścią złożonych sieci neuronalnych odpowiedzialnych między innymi za regulację emocji, uczenie się oraz wybór działań.

Uczestnicy badania przeszli zarówno ocenę psychiatryczną i psychologiczną, jak i badanie mózgu metodą rezonansu magnetycznego. Pozwoliło to badaczom sprawdzić, czy objętość poszczególnych struktur mózgu wiąże się z poziomem elastyczności radzenia sobie.

Najważniejszy wynik
Najbardziej interesujący rezultat dotyczył lewej gałki bladej (globus pallidus).

Badacze zaobserwowali, że większa objętość tej struktury osłabiała związek między doświadczeniem traumy a spadkiem elastyczności radzenia sobie. Innymi słowy, u osób z większą objętością tej części mózgu doświadczenia traumatyczne w mniejszym stopniu wiązały się z ograniczeniem zdolności adaptacji.

Dodatkowo większa objętość prążkowia była związana z ogólnie większą elastycznością radzenia sobie.

Jest to szczególnie istotne, ponieważ gałka blada uczestniczy w procesach hamowania i selekcji reakcji, a więc w mechanizmach umożliwiających odejście od utrwalonych, automatycznych wzorców działania.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt tych wyników. Autorzy nie zaobserwowali prostego, liniowego związku między samą ekspozycją na traumę a poziomem elastyczności radzenia sobie w całej badanej grupie. Zamiast tego kluczowe okazało się współdziałanie różnych czynników – w tym indywidualnych cech mózgu. Oznacza to, że podobne doświadczenia traumatyczne mogą prowadzić do bardzo różnych trajektorii psychicznych, częściowo zależnych od sposobu funkcjonowania systemów regulacyjnych mózgu.

Interesujące jest również to, że efekt moderujący dotyczył przede wszystkim lewej gałki bladej. W badaniach nad funkcjonowaniem mózgu asymetria półkulowa bywa powiązana z różnymi aspektami regulacji emocjonalnej i poznawczej. Niektórzy badacze sugerują, że systemy lewej półkuli mogą być silniej zaangażowane w procesy związane z uczeniem się na podstawie doświadczenia oraz modyfikowaniem utrwalonych wzorców działania. Choć wyniki omawianego badania nie pozwalają na daleko idące wnioski, mogą one zachęcać do dalszych pytań o to, w jaki sposób procesy refleksji nad doświadczeniem i reorganizacji reakcji psychicznych znajdują swoje odzwierciedlenie w funkcjonowaniu sieci neuronalnych.

Warto podkreślić, że badanie ma charakter korelacyjny i nie pozwala rozstrzygnąć kierunku zależności. Nie wiadomo więc, czy określona budowa mózgu sprzyja większej elastyczności, czy też długotrwałe doświadczenia życiowe wpływają na rozwój tych struktur.

Rola jąder podstawy
Aby lepiej zrozumieć znaczenie tych wyników, warto przyjrzeć się funkcji struktur, o których mowa.

Prążkowie i gałka blada należą do jąder podstawy mózgu. Choć przez długi czas kojarzono je głównie z kontrolą ruchu, współczesne badania pokazują, że uczestniczą one również w procesach poznawczych i emocjonalnych.

Jedną z ich istotnych funkcji jest udział w mechanizmach wyboru działania. W sytuacjach wymagających reakcji mózg generuje kilka możliwych odpowiedzi, a systemy prążkowiowo-pallidalne uczestniczą w selekcji jednej z nich, jednocześnie hamując pozostałe.

Można przypuszczać, że sposób funkcjonowania tych systemów może również wpływać na przebieg procesów psychoterapeutycznych, ponieważ struktury zaangażowane w selekcję działań, uczenie się na podstawie doświadczenia oraz regulację impulsów współtworzą zdolność pacjenta do refleksji nad własnym doświadczeniem oraz stopniowego wprowadzania zmian w sposobie reagowania.

Trauma jako zaburzenie dynamiki regulacji

Z tej perspektywy trauma nie polega jedynie na pojawieniu się określonych objawów. Często prowadzi ona do usztywnienia sposobów regulacji doświadczenia.

Doświadczenie, które nie zostało wystarczająco przetworzone psychicznie, może pozostawać silnie związane z reakcjami afektywnymi i somatycznymi. W efekcie reakcje organizmu stają się bardziej automatyczne i mniej modulowane przez refleksję oraz doświadczenie relacyjne.

W języku neuronauki można by powiedzieć, że pewne pętle regulacyjne zaczynają działać w sposób bardziej zamknięty i powtarzalny. Z tej perspektywy jednym z kluczowych wyzwań w pracy terapeutycznej staje się stopniowe odzyskiwanie możliwości bardziej elastycznego reagowania na doświadczenia emocjonalne i relacyjne. W niektórych badaniach nad funkcjonowaniem mózgu opisuje się to również jako ograniczenie elastyczności współpracy między różnymi sieciami neuronalnymi odpowiedzialnymi za regulację emocji, uwagę i refleksję nad doświadczeniem.

Jednocześnie badania sugerują, że doświadczenia traumatyczne mogą wpływać na sposób uczenia się reakcji na stres, utrwalając wzorce reagowania, które pierwotnie miały charakter adaptacyjny, lecz w nowych warunkach stają się trudne do modyfikacji. Z tej perspektywy trauma może być rozumiana nie tylko jako źródło objawów, lecz jako proces prowadzący do usztywnienia regulacji doświadczenia, w którym reakcje stają się bardziej automatyczne, powtarzalne i słabiej modulowane przez refleksję oraz kontekst relacyjny.

Psychoterapia jako możliwa reorganizacja regulacji

W tym miejscu pojawia się interesujące pytanie dotyczące psychoterapii - szczególnie jej podejść relacyjnych, takich jak psychoterapia psychoanalityczna i psychodynamiczna, a także podejścia humanistyczno-doświadczeniowe.

Ich istotą nie jest bezpośrednie uczenie nowych zachowań, lecz stopniowa transformacja doświadczenia psychicznego w kontekście relacji terapeutycznej.

W trakcie tej pracy:

doświadczenia somatyczne mogą stopniowo uzyskiwać reprezentację psychiczną
impulsy i afekty mogą zostać pomieszczone i pomyślane
relacyjne wzorce mogą zostać ponownie przeżyte i częściowo przekształcone
W pewnym sensie proces ten przypomina to, co w tradycji psychoanalitycznej opisywano jako stopniowe przekształcanie surowych doświadczeń emocjonalnych w doświadczenia możliwe do pomyślenia i symbolizacji.

W wielu podejściach relacyjnych zwraca się uwagę, że proces terapeutyczny wprowadza do doświadczenia psychicznego większą różnorodność stanów i perspektyw.

Z perspektywy neuronaukowej można ostrożnie przypuszczać, że powtarzalne doświadczenie refleksyjnej relacji terapeutycznej oraz wspólnej pracy nad znaczeniem doświadczeń może sprzyjać stopniowej integracji systemów mózgowych odpowiedzialnych za regulację emocji, hamowanie reakcji impulsywnych oraz selekcję działania, w które zaangażowane są między innymi sieci obejmujące jądra podstawy mózgu.

Nie oznacza to oczywiście, że biologiczne uwarunkowania funkcjonowania psychicznego mogą zostać całkowicie zmienione. Wiele wskazuje jednak na to, że nawet niewielkie przesunięcia w sposobach regulacji emocji i reakcji mogą mieć istotne znaczenie dla zmniejszenia cierpienia psychicznego oraz dla możliwości bardziej elastycznego odnajdywania się w relacjach i codziennym życiu.

W ostatnich latach coraz więcej badan nad neuroplastycznością wskazuje, że systemy neuronalne odpowiedzialne za regulację emocjonalną i uczenie się pozostają wrażliwe na doświadczenie także w dorosłym życiu.

Rola relacji

Warto również pamiętać, że niewiele doświadczeń angażuje systemy regulacji emocjonalnej człowieka tak silnie jak kontakt z drugim człowiekiem.

Reakcje społeczne: mimika, ton głosu, obecność drugiej osoby - należą do najsilniejszych sygnałów regulacyjnych dla ludzkiego mózgu. Psychoterapia nie jest oczywiście jedyną przestrzenią, w której takie procesy mogą zachodzić, jednak jej specyfika polega na tym, że relacja ta jest stabilna, powtarzalna i ukierunkowana na rozumienie doświadczenia.

Jednocześnie proces ten ma charakter głęboko zindywidualizowany. Każda psychoterapia rozwija się w nieco inny sposób, w zależności od historii życia, struktury doświadczeń oraz sposobu reagowania danej osoby, co może stwarzać przestrzeń dla stopniowego rozwoju elastyczności psychicznej.

Proces ten zwykle rozwija się stopniowo i wymaga powtarzalnego doświadczenia relacyjnego w czasie, co może sprzyjać utrwalaniu nowych sposobów regulacji doświadczenia. Relacja terapeutyczna może być więc rozumiana jako jedno z najbardziej złożonych i intensywnych doświadczeń regulacyjnych dostępnych dorosłemu mózgowi.

Kreatywność jako element procesu zmiany

Z tej perspektywy interesującym elementem procesu terapeutycznego może być również kreatywność.

W doświadczeniu twórczym często dochodzi do chwilowego rozluźnienia utrwalonych konfiguracji znaczeń i powstania nowych powiązań między doświadczeniem, afektem i reprezentacją. Niektóre badania sugerują, że takie momenty angażują sieci mózgowe odpowiedzialne za integrację procesów spontanicznych i kontrolowanych.

Od wielu lat obserwuje się również, że działania twórcze mogą odgrywać istotną rolę w procesach zdrowienia psychicznego.

Możliwe więc, że w momentach twórczej pracy podczas terapii - podobnie jak w procesie twórczym dochodzi do czasowego przeorganizowania sposobu funkcjonowania systemów psychicznych.

W takich momentach pojawia się często możliwość spojrzenia na własne doświadczenie z nowej perspektywy, co moze sprzyjać przełamywaniu utrwalonych wzorców reagowania i zwiększaniu elastyczności psychicznej.

Tego rodzaju momenty mogą otwierać przestrzeń dla doświadczeń, które wcześniej były trudne do pomyślenia lub zintegrowania, a które stopniowo mogą zostać włączone w bardziej elastyczny sposób przeżywania siebie i świata.

Domykając...

Przywołane badanie Maciaszka i współpracowników nie mówi wprost o psychoterapii. Pokazuje jednak fragment mechanizmu biologicznego, który może uczestniczyć w zdolności organizmu do zmiany.

Można więc potraktować je nie jako potwierdzenie określonej teorii, lecz raczej jako zachętę do dalszego dialogu między neuronauką a teorią doświadczenia psychicznego, który stopniowo poszerza zarówno metodologiczne, jak i teoretyczne rozumienie związków między procesami psychicznymi a biologicznymi.

Być może zarówno neuronauka, jak i refleksja kliniczna opisują różnymi językami ten sam proces: stopniowe odzyskiwanie zdolności do bycia w doświadczeniu bez konieczności jego automatycznego unikania lub powtarzania.

Jeśli tak, badania nad mózgiem i refleksja kliniczna mogą nie tyle konkurować ze sobą, ile wzajemnie poszerzać nasze rozumienie procesów, dzięki którym doświadczenie traumatyczne może zostać stopniowo włączone w historię życia i przetworzone w sposób mniej destrukcyjny i mniej bolesny dla funkcjonowania psychicznego i życia człowieka.

Obraz: Yehan Wang

Adres

Wroclaw
56-400

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Przeistocza P. umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria