22/01/2026
Udostępniamy ten artykuł, bo na pierwszy rzut oka ma on uspokoić pszczelarzy i opinię publiczną. My jednak czytam go zupełnie inaczej. Przez pryzmat wielu lat obserwacji tego, co dzieje się w pszczelarstwie.
Zmiany, które są wprowadzane, rzadko kiedy są złe ,, wprost". One są wprowadzane etapami, językiem troski, bezpieczeństwa i porządku. Problem polega na tym, że z czasem ten język zaczyna zmieniać sens całej działalności.
Zwróćcie uwagę, że coraz rzadziej pojawia się słowo pszczelarz, a coraz częściej: producent miodu, podmiot, zakład. Pasieka przestaje być częścią gospodarstwa, tradycji czy przyrody, a zaczyna być traktowana jak element przemysłowego systemu, który trzeba ujednolicić, sklasyfikować i podporządkować procedurom.
To nie jest strach przed kontrolami ani chorobami pszczół. Te narzędzia istnieją od dawna i bez nowych przepisów można je skutecznie egzekwować. Prawdziwe pytanie brzmi: dokąd to prowadzi i kto w tym systemie docelowo sobie poradzi.
Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się dziś z rolnikami. Jeszcze niedawno byli postrzegani jako fundament bezpieczeństwa żywnościowego, a dziś coraz częściej przedstawia się ich jako ,,problem" który trzeba uregulować, ograniczyć albo dostosować do wymogów, na które stać tylko największych. Mechanizm jest ten sam, krok po kroku, przepis po przepisie, aż małe gospodarstwa przestają mieć rację bytu.
Obawiamy się, że podobny los szykowany jest tradycyjnemu, małemu pszczelarstwu, pod pozorem dbałości o zdrowie pszczół i porządek w systemie.
Zachęcamy do przeczytania artykułu uważnie i do zastanowienia się nie tylko co się zmienia, ale jakim językiem i w czyim interesie.
Właśnie w Rządowym Centrum Legislacyjnym pojawił się projekt, który może wywołać trzęsienie ziemi w przydomowych pasiekach - jednak chcemy Was uspokoić, a nie straszyć. Nowe przepisy co prawda dotyczą wszystkich pszczół i uli w Polsce, ale w tym przypadku strach ma jedynie wielkie ocz...