14/02/2026
MEDYCYNA ESTETYCZNA TO MEDYCYNA. Nie weekendowy kurs. Nie marketing. Nie iluzja kompetencji.
Od wielu lat funkcjonujemy w chaosie, który wyprzedził regulacje. W tej przestrzeni wyrósł ogromny biznes pseudo-specjalistów, pseudo-zabiegowców i osób bez wykształcenia medycznego, które wykonywały procedury medyczne – bo tak trzeba je nazwać.
Bo medycyna estetyczna jest medycyną estetyczną.
Nie „kosmetologią estetyczną”.
Nie „zabiegami beauty”.
Nie „usługą poprawiającą wygląd”.
Przez lata próbowano stworzyć sztuczny byt – przeciągnąć zabiegi medyczne w stronę czegoś, co miało brzmieć bezpiecznie i neutralnie. Tymczasem:
✅ wypełniacze to iniekcja w tkanki,
✅ toksyna botulinowa to lek,
✅ stymulatory tkankowe to interwencja biologiczna,
✅ powikłania to nie „efekt uboczny”, tylko realne zagrożenie zdrowia.
Tu warto podkreślić, że skóra to nie element dekoracyjny – to największy narząd ludzkiego ciała, pełniący funkcje wydzielnicze, wydalnicze, immunologiczne i ochronne, ściśle powiązany z gospodarką hormonalną, metaboliczną i stanem ogólnym organizmu.
Dzisiaj, gdy w końcu jasno określono, które zabiegi mogą wykonywać wyłącznie lekarze, na rynku zaczyna być nerwowo.
Budowane latami „kliniki” oparte na bardzo kruchych fundamentach nagle zaczynają się chwiać.
Najgłośniej krzyczą ci, którzy przez lata szkolili osoby bez uprawnień, tworząc iluzję kompetencji.
Przyjrzyjmy się temu chłodno.
Weekendowe szkolenie.
10 osób.
Cena 2 500–3 000 zł.
Jedno takie szkolenie to 25–30 tysięcy złotych.
Czasem więcej.
Obietnica?
„Zwróci się po jednym–dwóch zabiegach.”
„Szybki start.”
„Nowa ścieżka kariery.”
Szkoleniowiec inkasuje 30–50 tysięcy złotych za weekend.
Uczestnik wychodzi z przekonaniem, że może wykonywać procedury medyczne.
Nie może.
Szkolenie nie nadaje uprawnień.
Uprawnienia wynikają z wykształcenia i prawa wykonywania zawodu medycznego.
Często słyszę argument:
„Lekarze bronią rynku, bo chcą zarabiać.”
Lekarz to osoba, która:
ukończyła 6 lat studiów medycznych,
odbyła staż podyplomowy,
bardzo często przeszła kilkuletnią specjalizację,
często dodatkowo ukończyła studia podyplomowe z medycyny estetycznej.
To ponad 10 lat kształcenia, odpowiedzialności, egzaminów państwowych i realnej odpowiedzialności prawnej za zdrowie pacjenta.
To nie jest kwestia monopolu.
To kwestia kompetencji i odpowiedzialności.
Bo gdy dochodzi do powikłania:
zator naczyniowy,
martwica,
reakcja anafilaktyczna,
zaburzenia widzenia,
to nie jest problem estetyczny.
To jest problem medyczny.
I wtedy nie wystarczy „zadzwonić do koleżanki po konsultację”.
Ta dyskusja nie dotyczy ambicji zawodowych.
Nie dotyczy pieniędzy.
Dotyczy bezpieczeństwa pacjentów.
Rynek medycyny estetycznej musi przestać być Dzikim Zachodem.
Jeśli coś jest medycyną – musi być wykonywane przez osoby do tego prawnie i merytorycznie przygotowane.
I to nie jest zamykanie drzwi innym zawodom.
To jest nazywanie rzeczy po imieniu.
Medycyna estetyczna to medycyna.
A medycyna to odpowiedzialność.