29/03/2020
Nie jestem bohaterem. Jako lekarz na pierwszej linii frontu, chcę tylko napisać jak wygląda mój dzień, aby każdy mógł zrozumieć, dlaczego tak ważne jest zostać w domu.
Dzwoni budzik o 05:40. Otwieram komputer i przeglądam newsy. Wszędzie to samo: SARS-COV-2, COVID19 – powoli mam już dość. Wstaję cicho, Agata i dziewczynki jeszcze śpią. Schodzę po schodach i pojawia się strach. Wygląda na to, że od teraz będzie mi już towarzyszył. Szybki prysznic i wychodzę. Spoglądam na dom, jakbym miał już dzisiaj nie wrócić. Czasem jest tak, że nie wracam.
Przyjeżdżam do szpitala. Pomiar temperatury: 36,7. Mogę pracować.
Zakładam maskę. Nie ma ich wiele, jak się niektórym wydaje. Dlatego szukamy własnymi kanałami i kupujemy z własnych środków. Wraz z internistą kupiliśmy okulary i kombinezony, anestezjolog załatwił przyłbice, każdy kupił maski FFP3. A środki przecież kiedyś się kończą...
Zaczynamy dzień. Pojawiają się pacjenci – mój szpital nie jest jednoimienny – pracujemy „normalnie”. Przyjmujemy wszystkich. Niestety nie wiemy, czy pacjent który do nas przychodzi przypadkiem nie ma koronawirusa. Wszędzie są możliwe zabezpieczenia, jak np. aparaty do dezynfekcji rąk, ale stresu nie da się zdezynfekować. Nasz szpitala stara się jak może. Wjeżdżają karetki – jedna za drugą. Nie działa szpital w Tychach, bo został przekształcony na zakaźny (jednoimienny). Dzwoni lekarz koordynator województwa – informuje, że szpitale w Mikołowie, Bogucicach i Ligocie mają podejrzenie COVIDU, więc izby będą zamknięte. Wszystkie zespoły kierowane są do nas. Już wiem, że to będzie naprawdę ciężki dyżur.
Wjeżdżają karetki. Jedna za drugą – udary, niedokrwienia kończyn, bóle brzucha, utraty przytomności. Nagle znajomy dźwięk w radiowęźle – UWAGA ZA 5 MINUT PRZEWIDUJE SIĘ LĄDOWANIE ŚMIGŁOWCA Z PACJENTEM W CIĘŻKIM STANIE – PROSIMY PRZYGOTOWAĆ SIĘ NA PRZYJĘCIE PACJENTA. Co teraz? Szybka analiza: „Który pacjent dokąd? Sala natychmiastowa musi być wolna dla ‘śmigła’. Trudno... pacjenci muszą czekać, biegniemy na lądowisko”.
Lądują. Wszyscy się znamy. Michał zabezpiecza śmigłowiec. Zabieramy pacjenta w ciężkim stanie. Anestezjolog intubuje. Wykonujemy szybkie USG – krew w brzuchu, złamane żebra, odma – w głowie myśl: „Dojedzie na blok czy otwieramy tutaj?”. Decyzja: przetaczamy krew bez krzyżowania – na ratunek. Udało się. Pacjentka dowieziona na blok. Schodzimy zmęczeni na SOR. Jesteśmy po 2-3 godzinnej walce, a tam kolejka pacjentów. Wypisujemy, przyjmujemy, ogarniamy oddział.
Po chwili ktoś krzyczy: PODEJRZENIE COVID19!
Szybka akcja izolowania pacjenta w namiocie. Biegnę odpalić nagrzewnice – na dworze 4 stopnie i w namiotach jest tak samo. Odpalone mocno grzeją i jest naprawdę gorąco. Włączamy światła, przygotowujemy namiot. Mija 10 minut i pacjent jest już na miejscu. Dzwoni internista z namiotu – potrzebuje anestezjologa, bo pacjent jest we wstrząsie. Anestezjolog się ubiera. Na SOR zostaję sam. Wszyscy pacjenci moi. W głowie kłębią się myśli: „Kogo badać, kogo wypisać?” Telefon z namiotu – potrzebują sprzęt. Więc szybko biegnę i kładę go na stoliku przed namiotem. Wracam. Pacjenci nadal czekają. Badam, wypisuję, zlecam. Kolejny telefon z namiotu…
Wracam do pacjentów na SOR. Niektórzy krzyczą – CZEMU TAK DŁUGO?! Staram się im pomóc, bo wiem że mają dość, są zmęczeni, zaniepokojeni. Staram się z nimi rozmawiać, ale słyszę telefon – PACJENT Z NAMIOTU SIĘ POGARSZA, ZAŁATW TRANSPORT NA ODDZIAŁ! Dzwonię do ochrony, żeby zamknęła przejścia. Biegam, sprawdzam. Dzwonię na oddział, żeby się ubrali. Oddział chce zrobić jeszcze tomografię. Ewakuacja radiologii. Pacjent ubrany, lekarze też. Za nimi salowa. Po tomografii informacja – najpewniej COVID19. Pacjent przekazany. Teraz czas na prysznic, czyste ubranie. A czasu przecież nie ma. Wchodzę na SOR i znowu dźwięk z radiowęzła – UWAGA ZA 5 MINUT... Ale jest 14:35, a ja dzisiaj wracam do domu. Jeszcze tylko pomiar temperatury. Jadę do domu. Po drodze widzę, że ludzie krążą po ulicy „bez celu”. Starsi, dzieci. Naprawdę tego nie rozumiem.
Dojeżdżam do domu. Wchodzę przez garaż, w którym zostawiam ubranie. Później prysznic – szklane drzwi w korytarzu zatrzymują moją córkę – „musisz poczekać, tata się jeszcze raz wykąpie i zaraz do ciebie przyjdzie”. W końcu w domu. Przypomniałem sobie, że jeszcze nie jadłem.
Wieczorem, gdy dzieci zasną, kolejny pomiar temperatury – tak dla siebie. Tak na wszelki wypadek... Siadam do artykułów – COVID 19 – coś nowego? Jakieś nowe sposoby leczenia? Nowe wytyczne? Rozmawiam z żoną. Uspokajamy się nawzajem. Rano znowu dzwoni budzik...
Nie jestem bohaterem. Wybrałem taki zawód i chcę go wykonywać, ale chcę też żyć. Mam przecież rodzinę. Chcę, żebyście wiedzieli, że jak każdy – czasem się cholernie boję. Nie jestem nieśmiertelny, czasem płaczę. Gdyby nie wsparcie mojej żony, pewnie bym się rozsypał.
Proszę pomóżcie nam lekarzom. Jeśli możecie – zostańcie w domu.