Kaśka Podniecona Życiem - zadbaj o Swój Dobrostan

Kaśka Podniecona Życiem - zadbaj o Swój Dobrostan Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Kaśka Podniecona Życiem - zadbaj o Swój Dobrostan, Witryna poświęcona zdrowiu i dobremu samopoczuciu, Zdunska Wola.

🌞 Wsparcie w zdrowiu psychicznym
🧘 Mindfulness & Ustawienia Systemowe & SE
🌱 Od traumy do harmonii Stres OffOff

mail: sw.katarzyna.s@gmail.com
instagram:

Z narcystycznych relacji nie wychodzi się raz, bo one rzadko zaczynają się raz. Najczęściej nie rodzą się w dorosłości, ...
03/02/2026

Z narcystycznych relacji nie wychodzi się raz, bo one rzadko zaczynają się raz. Najczęściej nie rodzą się w dorosłości, lecz dużo wcześniej — tam, gdzie nikt nie nazywa ich relacją.
W domu.
W przestrzeni dzieciństwa, w której miłość bywa warunkowa, bliskość zależna od zachowania, a uznanie przychodzi wtedy, gdy spełnia się czyjeś oczekiwania.
Nie potrzeba krzyku ani przemocy fizycznej.
Wystarczy brak bezpiecznego bycia widzianą taką, jaka się jest.

Dziecko w takim świecie szybko uczy się, że nie jest ważne dlatego, że istnieje, ale dlatego, że coś robi, coś daje, coś reguluje. Ciało nie analizuje tej sytuacji, nie ocenia jej, nie buntuje się. Ciało się dostosowuje. Uczy się czujności, skanowania nastrojów, przewidywania reakcji, brania odpowiedzialności za emocje dorosłych. Układ nerwowy dostraja się do rzeczywistości, w której spokój nie jest normą, lecz nagrodą. I to jest moment kluczowy — dziecko nie uczy się, że coś jest nie tak. Uczy się, że tak właśnie wygląda relacja.

W dorosłości zmieniają się role, ale schemat często pozostaje ten sam. Wyprowadzamy się z domu, zakładamy własne życie, czasem przechodzimy terapię, a jednak ciało nadal mówi językiem, którego nauczyło się wcześniej. Dlatego w relacjach partnerskich, przyjacielskich i zawodowych tak łatwo odnajdujemy znajome napięcie. Dorosłe ciało reaguje szybkim dostosowaniem, trudnością w mówieniu „nie”, potrzebą tłumaczenia się, napięciem w brzuchu i klatce piersiowej, poczuciem odpowiedzialności za atmosferę. To nie jest brak granic. To pamięć ciała, które nauczyło się, że bezpieczeństwo zależy od czuwania.

Wiele kobiet mówi wtedy: „Wyszłam z relacji, mam to za sobą”. I rzeczywiście — wyszły z domu, zakończyły trudny związek, rozpoznały narcystycznego partnera. A jednak po czasie pojawia się przyjaźń, w której znów jest nierówno. Praca, w której są chwalone prywatnie, a umniejszane publicznie. Relacja zawodowa, w której słyszą, że bez nich nic by się nie udało, ale miejsca nadal dla nich brak. Pojawia się dezorientacja i pytanie: dlaczego znowu? Dlatego, że relacja narcystyczna nie jest jedną osobą. Jest wzorcem, który przemieszcza się tam, gdzie ciało nadal zna swoją rolę.

Wyjście z jednej relacji nie zawsze oznacza wyjście z całego układu. Można zmienić ludzi, adres, środowisko, a nadal reagować napięciem na autorytet, automatycznie dopowiadać, brać więcej, niż się należy, minimalizować siebie, żeby było spokojnie. To nie jest regres. To ciągłość adaptacji. Z narcystycznych relacji wychodzi się warstwami — czasem najpierw z domu, potem z relacji partnerskiej, później z przyjacielskich i zawodowych, a czasem dokładnie odwrotnie. To nie jest porażka. To proces uczenia ciała nowego doświadczenia: że można być w relacji bez napięcia, że bliskość nie wymaga czuwania, że nie trzeba być mniejszą, żeby było bezpiecznie.

Wyjście z narcystycznego wzorca nie zaczyna się w głowie. Zaczyna się w ciele. To ciało przez lata było w trybie przetrwania. To ono trzymało napięcie, gotowość, czujność. I to ono jako pierwsze reaguje, kiedy schemat przestaje działać. Paradoksalnie — nie spokojem, lecz dezorientacją.

Kiedy przestajesz nadmiernie się tłumaczyć, dopowiadać za innych i brać odpowiedzialność za cudze emocje, ciało często reaguje lękiem. Pojawia się niepokój bez wyraźnego powodu, poczucie winy, myśl: „czy ja teraz nie przesadzam?”, napięcie w brzuchu, gardle, klatce piersiowej. To nie jest cofnięcie się. To moment, w którym układ nerwowy traci stary punkt odniesienia. Ciało pyta: skoro już nie czuwam, to kto pilnuje bezpieczeństwa?

Kiedy naprawdę zaczynasz wychodzić ze wzorca, zmiany są drobne, ale bardzo konkretne. Nie reagujesz od razu. Robisz pauzę. Nie ratujesz rozmowy. Pozwalasz, żeby ktoś poczuł dyskomfort. I wtedy dzieje się coś istotnego — ciało zaczyna oddychać głębiej, napięcie w barkach powoli puszcza, brzuch przestaje być stale zaciśnięty. Pojawia się zmęczenie, które wcześniej było zablokowane. To znak, że organizm wychodzi z trybu alarmowego. Zmęczenie nie jest słabością. Jest informacją, że przez lata było za dużo.

Jednym z najbardziej czytelnych sygnałów wychodzenia z wzorca jest to, jak reagujesz na autorytet. Wcześniej serce przyspieszało, ciało się spinało, głowa gorączkowo szukała sposobu, jak się ustawić. Później czujesz grunt pod nogami, oddech zostaje w ciele, myślisz wolniej, ale klarowniej. Nie dlatego, że ktoś przestał być trudny, lecz dlatego, że Twoje ciało przestało widzieć w nim zagrożenie egzystencjalne. Autorytet przestaje być figurą przetrwania. Staje się po prostu człowiekiem w roli.

I jest jeszcze jedna rzecz, o której mówi się rzadko. Kiedy wychodzisz z narcystycznego wzorca, część relacji zaczyna się rozpadać sama. Nie dlatego, że coś niszczysz, lecz dlatego, że przestajesz być wygodna, przestajesz regulować cudze emocje i brać więcej, niż jest Twoje. W tym momencie ciało uczy się nowej prawdy: jeśli relacja istnieje tylko wtedy, gdy się poświęcam — to nie jest relacja.

Ciało reguluje się wtedy, gdy możesz powiedzieć „nie” i świat się nie kończy, gdy możesz nie odpowiedzieć od razu, gdy możesz być nieidealna i nadal bezpieczna, gdy nie musisz ratować, żeby zostać. To są mikromomenty. Ale to one piszą nową mapę bezpieczeństwa.

Wyjście z narcystycznego wzorca nie polega na tym, że już nigdy nie spotkasz trudnych ludzi. Polega na tym, że Twoje ciało przestaje się kurczyć w ich obecności. Nie musisz udowadniać, walczyć ani znikać. Możesz zostać. Bo jesteś. I to wystarcza.

Katarzyna Świdlińska,
terapeuta ustawień systemowych, pracy z ciałem i z emocjami.


W moim otoczeniu coraz częściej spotykam ludzi, którzy cierpią na depresję i stany lękowe. To są osoby, z którymi pracuj...
29/01/2026

W moim otoczeniu coraz częściej spotykam ludzi, którzy cierpią na depresję i stany lękowe. To są osoby, z którymi pracuję na sesjach, to są znajomi, przyjaciele, czasem zupełnie przypadkowi ludzie, których spotykam w sklepie, w pracy, na ulicy. Patrzę na nich i często wiem, zanim oni sami to nazwą. Bo kiedy raz było się bardzo nisko, zaczyna się rozpoznawać ten stan w oczach, w ruchach, w głosie, w sposobie bycia. I kiedy dowiadują się, że ja też byłam w tym miejscu, a teraz jestem tu, gdzie jestem, pytają mnie o jedno: jak to się stało, gdzie jest ten guzik, jak z tego wyjść, co z tym zrobić. Widzę w ich pytaniach nie ciekawość, ale rozpaczliwe szukanie nadziei. Dlatego chcę jeszcze raz wrócić do tematu depresji i powiedzieć o niej swoim językiem. Nie jak terapeuta, ale jak ktoś, kto tam był. Chcę opowiedzieć, jak depresja przychodzi, co czuje człowiek, kiedy w niej jest, jak wygląda wychodzenie, ile to trwa, czy w ogóle da się z niej wyjść i kim jesteśmy potem.

Depresja nie przyszła do mnie jak smutek, ale jak cisza. Nie było w niej dramatycznych scen, płaczu, krzyku ani spektakularnych załamań. Była raczej jak powolne gaśnięcie światła, którego nikt poza mną nie zauważył. Wstawałam rano, robiłam to, co trzeba było zrobić, odpowiadałam na pytania, wykonywałam obowiązki, ale miałam wrażenie, że wszystko odbywa się obok mnie. Jakbym była w swoim życiu tylko gościem. Patrzyłam na świat, który działał dalej, i nie potrafiłam znaleźć w nim miejsca dla siebie.

Najgorsze nie było cierpienie. Najgorsza była pustka. Brak czucia. Brak emocji. Brak sensu. Jakby ktoś wyjął ze mnie serce, a zostawił ciało, które funkcjonuje z przyzwyczajenia.
Pamiętam moment, w którym dotarło do mnie, że coś jest naprawdę nie tak. Nie dlatego, że było mi bardzo źle, ale dlatego, że nie było mi nic.

Nie potrafiłam się rozpłakać, choć wiedziałam, że powinnam.

Nie potrafiłam się ucieszyć, choć wydarzały się rzeczy, które kiedyś dawały mi radość.

Nie potrafiłam się zezłościć, choć przekraczano moje granice.

Byłam jak zamrożona. W środku czułam tylko strach – nie o coś konkretnego, ale o samo istnienie. Myśl o tym, że tak już będzie zawsze, była nie do uniesienia. I wtedy pojawiła się myśl, której nikt nie chce mieć, ale która przychodzi ...nie po to, żeby umrzeć, tylko po to, żeby przestać czuć ciężar bycia.

Dopiero później zrozumiałam, że depresja nie była moją słabością, ale reakcją mojego ciała i psychiki na zbyt długie przeciążenie. Że mój układ nerwowy po prostu przestał radzić sobie z napięciem, z odpowiedzialnością, z historiami, które niosłam, z emocjami, których nie było gdzie pomieścić. Ciało wiedziało wcześniej niż głowa. Zanim zdążyłam nazwać to słowami, ono już dawno podjęło decyzję o zamrożeniu. Przestałam czuć, bo czucie było zbyt bolesne. Przestałam reagować, bo reagowanie wymagało energii, której już nie miałam. Dziś widzę też, że moja depresja nie była tylko moją historią. Była echem tego, co działo się wcześniej, w mojej rodzinie, w relacjach, w rolach, które przejęłam, nawet o tym nie wiedząc. Była językiem, którym coś głębokiego próbowało się wreszcie wypowiedzieć.

Z depresji nie wychodzi się nagle. Nie ma jednego dnia, w którym człowiek wstaje i czuje, że wszystko minęło. Nie ma magicznego momentu, w którym wraca dawna energia. Wychodzenie z depresji jest procesem tak powolnym, że czasem aż wstydliwym. Najpierw poruszasz palcem u stopy. Potem robisz łyk herbaty. Potem siedzisz chwilę dłużej na łóżku. Potem patrzysz przez okno bez uczucia całkowitej obcości. Dla świata to nic. Dla człowieka w depresji – ogromny wysiłek. Każdy ruch jest ciężki, każdy krok niepewny, każda próba kontaktu ze światem wymaga energii, której prawie nie ma. Upadasz i podnosisz się. Podnosisz się i znowu upadasz. Przez długi czas nie widzisz efektów. Jest tylko trwanie. Tylko powolne, niepewne wracanie do życia.

Nie wróciłam do starej siebie. I dziś wiem, że nie mogłam wrócić. Depresja coś we mnie zamknęła, ale coś też otworzyła. Zabrała mi iluzję, że mogę wszystko. Zabrała mi przekonanie, że muszę wszystko unosić sama. Zabrała mi stare tempo życia. W zamian dała mi coś trudnego, ale prawdziwego – świadomość granic.
Po depresji nie żyje się tak jak wcześniej. Każda relacja, każda decyzja, każde tempo życia przechodzą przez nowy filtr. Człowiek zaczyna sprawdzać, czy to, co robi, jest dla niego, czy przeciwko niemu? Czy to, co czuje, jest jego, czy narzucone? Czy to, co unosi, nie jest zbyt ciężkie?

Depresja została we mnie jak pamięć ciała. Jak punkt odniesienia. Jak cichy głos, który przypomina, dokąd można spaść. W tym sensie człowiek po depresji jest trochę jak trzeźwy alkoholik. Nie dlatego, że ciągnie go do choroby, ale dlatego, że pamięta jej smak. Alkoholik całe życie jest alkoholikiem, nawet jeśli nie pije. Człowiek po depresji całe życie jest kimś, kto wie, czym jest pustka. I właśnie ta wiedza sprawia, że zaczyna bardziej dbać o siebie. Nie z egoizmu, z pamięci, z lęku przed powrotem, z potrzeby ocalenia życia, które już raz było na granicy zniknięcia.

Paradoksem depresji jest to, że po wyjściu z niej nie wraca od razu radość. Najpierw wraca czucie. Najpierw pojawia się smutek, potem złość, potem wzruszenie. I dopiero wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że jeśli boli, to znaczy, że żyje. Najstraszniejsza w depresji nie była rozpacz. Najstraszniejsza była pustka. Bo rozpacz jest jeszcze formą życia, a pustka jest jego brakiem.

Depresja nie jest romantyczna. Nie jest duchowa. Nie jest piękną „ciemną nocą duszy”. Jest brutalnym komunikatem: dalej tak się nie da. Jest momentem, w którym ciało i psychika mówią, że coś zostało przekroczone. I choć w jej środku wydaje się, że jedynym sensem jest zniknąć, prawda jest inna.

Z depresji nie rodzi się śmierć.
Z depresji rodzi się inne życie.

Bardziej uważne, bardziej prawdziwe, bardziej pokorne wobec własnych granic.

Dziś nie nazywam siebie silną. Nazywam siebie żywą. Wiem, że nie muszę być dzielna, nie muszę wszystkiego rozumieć, nie muszę mieć planu na życie. Wystarczy, że zostanę, że będę oddychać, że będę słuchać ciała, że nie zdradzę siebie tam, gdzie kiedyś zdradzałam. I jeśli mam powiedzieć coś z miejsca, które znam od środka, to powiem jedno: depresja nie zabrała mi życia. Ona nauczyła mnie, że moje życie naprawdę ma znaczenie i że czasem największym aktem odwagi nie jest walka, ale decyzja, żeby zostać przy sobie
Katarzyna Świdlińska,
terapeuta ustawień systemowych, pracy z ciałem i z emocjami.








Historia z jednej z moich sesji terapeutycznych.Pracuję od dłuższego czasu z jedną kobietą. Czasem spotykamy się częście...
26/01/2026

Historia z jednej z moich sesji terapeutycznych.

Pracuję od dłuższego czasu z jedną kobietą. Czasem spotykamy się częściej, czasami rzadziej jednak zawsze nasze spotkania coś we mnie głęboko poruszają, bo znajduję w nich cząstkę siebie.

Na jednej z sesji z ta kobietą padło zdanie, które brzmiało jak wyrok:
„Ja nie byłam tylko tą, którą zdradzano. Ja też zdradzałam.”

Kiedy to powiedziała, nie było w niej wstydu - była cisza i to coś, co bardziej przypominało ulgę niż żal... patrzyłam na nią bez oceny, z zaciekawieniem - pozwoliła mi opisać tę historię - dziękuję jej, że mogę ją pokazać.

Mężczyźni ją kochali. Nie byli chłodni, nie byli obojętni, nie byli niedostępni... Byli zakochani, oddani, gotowi oddać jej wszystko....a ona ich zostawiała - nie dlatego, że była okrutna, nie dlatego, że nie potrafiła kochać - zostawiała ich, bo coś w niej wiedziało, że nie chce być z chłopcami. Z jednej strony widziała w nich miłość, ale z drugiej nie widziała w nich mężczyzn.

Byli dobrzy, nie krzywdzili jej, ale nie byli stabilni, silni, w strukturze, a ona właśnie tego potrzebowała. Byli zakochani, zachwyceni, aż otwierali oczy ze zdumienia, ze taką ona właśnie może być...ale..ale nie byli dojrzali.
A ona nie chciała już nikogo prowadzić, piastować, pokazywać drogi..więc odchodziła i tu znowu ale.....ale nie potrafiła być sama. Kiedy odchodziła, nie odchodziła w pustkę, w bycie ze sobą, w soje przezywanie - odchodziła wtedy, gdy gdzieś obok pojawiał się ktoś nowy.

Zdradzała tych, którzy ją kochali, bo łatwiej było odejść, gdy miała dokąd pójść.
Patrzyła na mężczyzn trochę jak na projekt.
„Ten ma to, czego tamten nie miał.”
„Ten jest bardziej męski.”
„Ten jest bardziej odpowiedzialny.”
„Ten jest bardziej mój.”

Jej miłość była selekcją, porównaniem, odhaczaniem plusów i tego co bardziej się opłaca, a najbardziej- była ucieczką przed samotnością. Przeskakiwała więc z relacji w relację, jakby zostanie samej było gorsze niż zdrada...
Co dziwne rezygnowała z tych, którzy wyjątkowo ja kochali, może niedojrzale, ale wyjątkowo - na dłużej zostawała przy tych, którzy w jacyś sposób ja krzywdzili... najdłużej trwałą przy mężczyźnie, który zdradzał ją latami - Nie ukrywał tego - mówił, że robi to dla sportu.....A jednocześnie powtarzał: „Jesteś miłością mojego życia.” i ona mu wierzyła... z jednej strony niewiarygodne, z drugiej prosto mi w to uwierzyć, bo tu działa mechanizm współuzależnienia, który znam i ja...

Paradoksem całej tej sytuacji było to, że od niego było jej najtrudniej odejść. Od tych, których sama zdradzała – odchodziła łatwo. Przy tym, który zdradzał ją – zostawała najdłużej...być może ten wydawał jej się doroślejszy, a być może przypominał jej ojca...i wtedy to miało sens, bo zdrada była czymś znajomym, a wierność – czymś obcym. Dopiero po kilu sesjach, rozmowach, rozbrojeniu mechanizmów obronnych, dotarło to do niej - zaczęła rozumieć, że w mężczyznach nie szukała partnera - szukała ojca, ojca którego nigdy naprawdę nie miała.

Ojca, który był alkoholem, krzykiem, strachem, którego trzeba było zbierać z podłogi, z brudu, z upokorzenia., który potrafił mówić do dziecka słowa, które zostają na całe życie. A jednocześnie – kiedy był trzeźwy – dawał ramy, porządek, przewidywalność. Przy nim wiedziała, co będzie, przy matce – prawie nigdy, bo matka była emocją, zmianą, niepewnością, rozedrganiem...
Dziecko szybciej uczy się przetrwać chaos niż nieprzewidywalność.
I ona nauczyła się jednego: na mężczyznę nie można liczyć, co z resztą zawsze powtarzały kobiety w jej rodzie „Musisz być niezależna. Musisz mieć swoje pieniądze. Na mężczyznę nie można liczyć. Nie wolno się uzależniać. Musisz być twarda.”- więc była.

W dorosłym życiu mężczyźni ją kochali, ale ona nie potrafiła się na nich oprzeć - bo byli jak chłopcy. Chcieli miłości, ale nie potrafili być oparciem. To ich trzeba było wspierać, kochać, karmić, przebierać, a ona nie chciała już nikogo ratować.
Jeśli ktoś miał odejść – odchodziła pierwsza - to była jej forma kontroli nad bólem. Nie czekała, aż ktoś ją zostawi, nie pozwalała sobie na to, żeby zostać tą, która prosi, nie chciała być jak jej matka – zależna, bezradna, czekająca. Nie pozwalała sobie na porzucenie, bo porzucenie już znała... z dzieciństwa
Dziś jest w nowej relacji, która jest inna, raczej nie jest łatwa dla niej, bo musi się mierzyć z tym co już zna i z tym co wprowadza jako nowość - by tym razem było inaczej. W tej relacji jej zraniona dziewczynka spotyka męskie, które staje już do dorosłości... ona pierwszy raz w życiu nie ucieka...sprawdza z ciekawością - choć parę razy chciała już wziąć nogi za pas, ale wystała. Rozmawiają, oboje widzą swoje dziecięce części, jednak dają im wsparcie i uczą się nie grać już chłopca i dziewczynki, tylko wracać do dorosłości.

Dla niej najtrudniejsze nie jest kochać - najtrudniejsze jest przestać mieć kontrolę, pozwolić sobie na zależność, miękkość, na to, że ktoś może zostać i nie ranić. Bo silne kobiety często nie boją się miłości, one boją się tego, że ktoś mógłby naprawdę zostać.

To nie jest historia kobiety, która nie potrafiła kochać. To jest historia kobiety, która bała się oprzeć na kimś, kto mógłby ją zawieść, bo kiedyś już widziała, jak wygląda mężczyzna, który zawodzi. I obiecała sobie, że nigdy więcej nie będzie tą, która czeka na cud.
Ta historia nie jest tylko o niej. I czuję, że nie tylko mnie do niej blisko w niektórych aspektach. Może dlatego, że wiele z nas nauczyło się krzywdzić, zanim nauczyło się ufać...i dlatego, że my kobiety, bardzo często, całe życie nie szukamy mężczyzny - szukamy ojca...więc jeśli widzisz się w tej historii... dziś, po raz pierwszy, spróbuj szukać partnera.

Katarzyna Świdlińska,
terapeuta ustawień systemowych, pracy z ciałem i z emocjami.



Jak to jest kochać za bardzo? Bez granic? Na zabój?Ci, którzy kochają bez granic, bardzo rzadko kochają tylko drugiego c...
25/01/2026

Jak to jest kochać za bardzo?
Bez granic?
Na zabój?

Ci, którzy kochają bez granic, bardzo rzadko kochają tylko drugiego człowieka. Oni kochają jak dziecko, które boi się, że jeśli przestanie się starać, zostanie samo. Jak dziecko, które nauczyło się, że miłość nie jest czymś, co się dostaje, ale czymś, co trzeba wyprosić, wypracować, wycierpieć, „wyzasłużyć”.

W tej miłości nie ma spokoju. Jest głód.
Głód miłości, który nie zaczyna się w dorosłości, ale wtedy, gdy ktoś bardzo mały patrzył na twarz matki i nie wiedział, czy zostanie, a jeśli tak to na jal długo, a jeśli nie, to czy odejdzie już na zawsze. Gdy bliskość była niepewna, przerywana, warunkowa, sprawdzana. Dziecko nie myśli wtedy, że rodzic ma trudności, traumę, albo jest w czymś trudnym. Ono myśli, że to z nim jest coś nie tak.....i zaczyna się starać.
Ciało takich osób nie zna spokoju w relacji. Zna napięcie. Jakby miłość była czymś, co trzeba pilnować. Jakby relacja była ogniem, który może zgasnąć, jeśli się go nie podtrzyma. To ciało skanuje, nasłuchuje, wyłapuje najmniejsze sygnały oddalenia. Nie pyta: „czy ja chcę?”, tylko: „czy on zostanie?”.

Z perspektywy systemowej ta historia rzadko dotyczy tylko jednej osoby. Często za kobietą, która kocha bez granic - za bardzo - stoi matka, która sama kochała bez granic. Trwała przy mężczyźnie, który był daleko. Czekała, znosiła, poświęcała się.
A dziecko patrzy na to i uczy się miłości nie z książek, lecz z życia. Uczy się, że kobieta kocha wtedy, gdy wytrzymuje. Że lojalność wobec mężczyzny jest ważniejsza niż lojalność wobec siebie.
Często dziecko staje się emocjonalnym partnerem matki. Wchodzi między matkę, a ojca. Nie jako dziecko, lecz jako ktoś, kto ma ratować relację, łagodzić napięcie, nieść ciężar dorosłych emocji. To jest triangulacja... I wlaśnie wtedy miłość zaczyna kojarzyć się z odpowiedzialnością, poświęceniem, ratowaniem.

Kiedy taka kobieta spotyka mężczyznę niedostępnego emocjonalnie, jej ciało mówi: „to znam”. On jest jak ojciec – daleki, zamknięty, nieobecny. Ona jest jak matka – czekająca, wytrzymująca, walcząca o miłość. Relacja staje się sceną, na której odgrywa się stara historia. Nie dwóch dorosłych ludzi, ale dziecka i jego niespełnionej potrzeby.
Osoby niedostępne wtedy uciekają, bo ktoś, kto boi się bliskości, nie uniesie kogoś, kto chce jej za bardzo...i tak zaczyna się „zabawa”
On ucieka przed własnym bólem.
Ona goni miłość, której nigdy nie miała.

Co w takim razie oznacza „kochać z granicami”...no właśnie... Kochać z granicami to przestać być dzieckiem w relacji. To przestać pytać: „co muszę zrobić, żeby mnie nie zostawiono?”, a zacząć pytać: „czy ja chcę w tym być?”. To moment, w którym kobieta przestaje być córką swojej matki i partnerką swojego ojca, a zaczyna być sobą.
Granice jednak nie są murem. Granice są mostem między „ja” a „ty”. To umiejętność kochania bez zdradzania siebie, bez ratowania relacji za wszelką cenę, bez brania odpowiedzialności za cudze emocje. Bez noszenia,czyjegoś ciężaru.

Dopiero wtedy miłość przestaje być walką o przetrwanie, a zaczyna być domem, w którym nikt nie musi zasługiwać na to, żeby zostać.
Ci, którzy kochają bez granic, nie są zbyt emocjonalni, tylko zbyt samotni w swojej historii. A samo uzdrowienie nie polega na tym, żeby kochać mniej.

Polega na tym, żeby przestać kochać kosztem siebie.

Katarzyna Świdlińska, terapeuta ustawień systemowych, pracy z ciałem i z emocjami.



Zdjęcie: internet

Dlaczego wybieramy mężczyzn, którzy nie potrafią kochać?Bo to jest jedyna miłość, jaką znamy. To ❎ nie jest przypadek an...
23/01/2026

Dlaczego wybieramy mężczyzn, którzy nie potrafią kochać?

Bo to jest jedyna miłość, jaką znamy. To ❎ nie jest przypadek ani pech, ani los, który nam się przydarza – to ✅schemat zapisany w ciele, w układzie nerwowym, w pamięci relacyjnej, która zaczęła się dużo wcześniej, niż potrafiłyśmy to nazwać. Emocjonalnie niedostępny mężczyzna nie pojawia się w naszym życiu przypadkiem – pojawia się tam, gdzie coś w nas mówi:
💬„to znam”,
gdzie napięcie jest bardziej znajome niż spokój, a niepewność bardziej przypomina miłość niż stabilność.

Prawda, której nie chcemy usłyszeć - brzmi:
💬"Nie kochamy niedostępnych mężczyzn – kochamy to, że musimy o nich walczyć"

Bo jeśli ktoś jest ciepły, obecny i stabilny, nasze ciało często reaguje niepokojem, jakby bliskość była zagrożeniem, a spokój czymś podejrzanym. W relacjach z niedostępnymi mężczyznami zaczynamy żyć w rytmie znikania i powrotów, czułości i chłodu, nadziei i rozczarowania, a ten emocjonalny rollercoaster mylimy z miłością, choć w istocie jest neurobiologicznym zapisem traumy więzi, która nauczyła nas, że miłość musi boleć, że trzeba na nią czekać, że trzeba ją zdobywać...a to nie jest miłość, to jest toksyczność ☢️

Wiele kobiet latami usprawiedliwia mężczyzn, którzy ich nie kochają, tłumacząc ich:
➡️ traumą,
➡️ trudnym dzieciństwem,
➡️ lękiem przed bliskością,
➡️ nieumiejętnością okazywania uczuć: 💬„on nie potrafi inaczej”, 💬„on ma traumę”, 💬„on się boi”...jakby cudzy ból miał być wystarczającym powodem, by godzić się na własne cierpienie, choć prawda jest taka, że jego trauma nie jest naszym obowiązkiem, a jego historia nie musi być naszym losem.

Z perspektywy pracy systemowej widać, że często wybieramy mężczyzn podobnych do ojców:
➡️ obecnych fizycznie, ale nie emocjonalnie:
➡️ milczących,
➡️ dalekich,
➡️ niedostępnych – jakby każda relacja była próbą dokończenia starej historii, jakbyśmy wciąż wierzyły, że tym razem się uda, że tym razem ktoś zostanie.

Dlaczego zatem stabilny mężczyzna nas nie kręci? ...bo stabilność jest obca dla układu nerwowego, który wychował się w chaosie, a jeśli;
➡️ miłość była rzadko,
➡️ bliskość przerywana,
➡️ a np. matka emocjonalnie daleko,
to ciepło zaczyna być podejrzane, a bliskość – niebezpieczna. Dlatego wybieramy chłód, bo jest znajomy.

Najbardziej niewygodna prawda jest taka, że nie wybieramy niedostępnych mężczyzn, tylko – wybieramy własną traumę, bo trauma jest znajoma, a zdrowa miłość - NIE, ona jest czymś, czego nigdy się nie nauczyłyśmy.

Jeśli ten tekst Cie porusza - to dobrze.
Ten tekst:
❎ nie jest po to, żeby głaskać,
✅ ale po to, żeby zatrzymać i powiedzieć: zobacz to,
❎ nie po to, żeby się oskarżać,
✅ lecz po to, żeby przestać udawać, że nic się nie dzieje, bo czasem dopiero mocne słowa pozwalają zobaczyć prawdę, którą wcześniej omijałyśmy.

Moment przełomowy nie polega na tym, że mężczyzna się zmienia – on się nie zmienia – zmienia się kobieta, która:
♠️ przestaje czekać,
♠️ przestaje tłumaczyć,
♠️ przestaje wierzyć w potencjał zamiast w rzeczywistość,
♠️ przestaje grać w tę grę.
Właśnie wtedy emocjonalnie niedostępni mężczyźni przestają mieć władzę.

Najbardziej bolesne zdanie brzmi:
💬„On nie jest problemem. Problemem jest to, że ja zgadzam się na taką miłość”, ale to zdanie nie jest oskarżeniem – jest początkiem siły.

Katarzyna Świdlińska.
Terapeuta ustawień systemowych, pracy z ciałem i z emocjami.

Jeżeli kochasz zranionego mężczyznę, to nie jest prosta miłość.I nie – sama czułość nie wystarczy. Nie wystarczy też dob...
20/01/2026

Jeżeli kochasz zranionego mężczyznę, to nie jest prosta miłość.
I nie – sama czułość nie wystarczy. Nie wystarczy też dobra intencja, cierpliwość ani otwarte serce...bo nie wchodzisz na czysty grunt.
Wchodzisz w czyjąś historię, która nadal żyje w ciele.

To trochę tak, jakbyś wzięła zranione zwierzę ze schroniska.
Ono nie wie, czy to miejsce jest na zawsze, nie wie, czy za chwilę znowu nie zostanie porzucone, a kiedy podnosisz rękę, żeby je pogłaskać, ono widzi zagrożenie. Nie dlatego, że jest agresywne - dlatego, że jego układ nerwowy nauczył się, że bliskość boli.
I ono się broni. Czasem zamyka, czasem ucieka, czasem sztywnieje, czasem, a nawet bardzo często - REAGUJE ZBYT MOCNO. Nie dlatego, że nie chce bliskości... tylko dlatego, że jej nie ufa.

Wtedy też często pada zdanie:
✨„Jesteś za dobra.”✨

Warto się przy nim zatrzymać.

Co to znaczy: za dobra?
- Za bezpieczna?
- Za spokojna?
- Za prawdziwa?
- Za stała?
Taka jesteś

Dla zranionego mężczyzny dobro bywa niepokojące, bo on znał miłość warunkową - taką, która znikała, gdy przestawał spełniać oczekiwania, gdy był zmęczony, gdy nie dawał rady, gdy miał chwile dla siebie, gdy nie był „taki, jak trzeba”.

Znał bliskość, w której wrażliwość była słabością, więc teraz On: ✅PATRZY, ✅OBSERWUJE, ✅SPRAWDZA.
Czy użyjesz jego słabości przeciwko niemu?
Czy twoja miłość zniknie, gdy będzie mu gorzej?
Jak reagujesz na ciszę?
Na wycofanie?
Na potrzebę przestrzeni?

On nie widzi Cię tylko jako kobietę na czystej kartce z czystymi intencjami - widząc Ciebie, widzi też wszystko, co było wcześniej... i tu pojawia się ważna GRANICA.
Kochać zranionego mężczyznę:
❌Nie znaczy go ratować.
❌Nie znaczy być plastrem.
❌Nie znaczy zgadzać się na przekraczanie siebie w imię zrozumienia.

Możesz widzieć jego złość i jednocześnie nie zgadzać się na sposób, w jaki ją wyraża. Możesz rozumieć jego historię i nadal dbać o swoje granice.
I pamiętaj! UZDROWIENIE nie przychodzi w wielkich deklaracjach, PRZYCHODZI W SZCZEGÓŁACH.
✅ W tym, jak kładzie głowę na twoich kolanach.
✅ Jak przy Tobie zasypia.
✅ Jak jego ciało przestaje być w ciągłej gotowości.
✅ Jak wychodzi kawałek dalej ze swojej jaskini, ze swojego schronu.

A kiedy w końcu zaufa - to nie będzie spektakularne.
✅ Będzie prawdziwe.
✅ Lojalne.
✅ Zakotwiczone.

Na końcu zostaje pytanie nie o niego, ale o Ciebie:
💬"Gdzie możesz odpuścić potrzebę naprawiania, żeby dać Mu przestrzeń na bycie sobą?"

I pytanie, które czasem warto zadać Jemu wprost.
💬"Po czym poznajesz, że przy kimś nie musisz się bronić?"

Bo kochać zranionego mężczyznę to być obecnym, spójnym, prawdziwym i baaardzo ważne na koniec - NIE ZGUBIĆ SIEBIE PO DRODZE

Dojrzała miłość 🫶 zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba naprawiania, a zaczyna zdolność bycia obok, TOWARZYSZENIA, także w tym trudnym.

Katarzyna Świdlińska
Terapeuta ustawień systemowych,
pracy z ciałem i emocjami

19/01/2026

Współuzależnienie bardzo rzadko zaczyna się w dorosłym życiu. Ono nie rodzi się w chwili, gdy spotykamy „niewłaściwego” partnera. Współuzależnienie jest wzorcem relacyjnym, który zapisuje się znacznie wcześniej – w ciele, w układzie nerwowym, w systemie rodzinnym. To nie jest błąd charakteru ani deficyt świadomości.

To adaptacja.

🔹Kiedyś konieczna.
🔹Kiedyś ratująca życie emocjonalne.

Współuzależnienie nie polega na tym, że skoro ktoś pije, to druga osoba „też jest uzależniona od alkoholu”. Nie. Współuzależnienie jest uzależnieniem od bycia w relacji z kimś, kto jest słabszy, uzależniony, niedostępny, chaotyczny, toksyczny albo wymagający ciągłego ratowania.
To relacja, w której uwaga przestaje krążyć wokół siebie, a zaczyna krążyć niemal wyłącznie wokół drugiego człowieka.

W pracy terapeutycznej pojawiają się historie kobiet, jak tej ponizej.

✴️Kobieta, której matka przez całe życie jest związana z mężczyzną uzależnionym od alkoholu. On był w centrum systemu – jego nastroje, ciągi, obietnice poprawy. Ona – matka – była tą, która „ogarniała wszystko”. Z czasem okazało się, że babcia tej kobiety również żyła w podobnym układzie. Była z mężczyzną słabszym, uzależnionym, nieobecnym. To ona musiała zadbać, żeby było co jeść. Żeby były kartki na mięso. Żeby była farba, zeszyty, meble. Żeby dom w ogóle funkcjonował.
Miłość w tym systemie nie była romantyczna - była funkcjonalna.

Miłość znaczyła:
🔹utrzymać,
🔹zabezpieczyć,
🔹nie pozwolić się rozsypać.

To klasyczny obraz:
kobiety stojącej „za systemem”,
mężczyzny zajmującego miejsce dziecka,
dzieci wciągniętych w role dorosłych i w role regulatorów.

Wzorzec, który przechodzi na kolejne pokolenia.
Ta kobieta, dorastając, nieświadomie powtarzała znany zapis relacyjny. Wchodziła w związki z mężczyznami: uzależnionymi (od alkoholu, seksu, narkotyków, adrenaliny), emocjonalnie niedojrzałymi, wymagającymi ratowania.
Odejście z takich relacji NIE BYŁO „kwestią decyzji”. Ciało reagowało drżeniem, paniką, rozpadem. Jakby zerwanie więzi oznaczało zagrożenie istnienia.

Dziś ta kobieta ma córkę...i kiedy ta córka opowiada o swoich pierwszych relacjach, pojawia się dokładnie ten sam język:
„On jest taki słaby.”
„On jest taki dobry, tylko nikt go nie rozumie.”
„On mówi, że nikt tak na niego nie spojrzał.”
„Brał narkotyki, ale już z tego wychodzi.”
„Pije, ale się stara.”✴️

🔹To nie jest naiwność.

✅ To jest dziedziczony język miłości.

✅ Empatia, która jeszcze nie zna granic.

Z perspektywy somatic experiencing i pracy z układem nerwowym współuzależnienie jest stanem chronicznego dostrojenia do innych.
Ciało osoby współuzależnionej:
- jest w stałej czujności,
- szybciej reaguje na cudze emocje niż na własne, - nie zna spokoju, który nie jest „zasłużony”,
- często żyje w napięciu, zmęczeniu, bólu,
- problemach z oddychaniem czy snem,
- jej układ nerwowy nauczył się, że bezpieczeństwo jest wtedy, gdy jest potrzebna.
Dlatego odejście z relacji, nawet niszczącej, może być somatycznie niemożliwe. Ciało pamięta, że kiedyś zerwanie więzi oznaczało opuszczenie, chaos i zagrożenie.

Jak mówi Gabor Maté – uzależnienie nie dotyczy substancji. Dotyczy ulgi od bólu. Współuzależnienie jest ulgą od lęku przed byciem niewidzialną. Współuzależnienie sprawia, że pytanie „jak się masz?” uruchamia opowieści o innych: o partnerze, o dzieciach, o matce, o szefie.

Jak rozpoznać w sobie współuzależnienie? Współuzależnienie może być obecne, jeśli:
🔹twoja empatia jest ogromna, ale granice kruche,
🔹czujesz się odpowiedzialna/-y za cudze emocje,
🔹trudno ci powiedzieć, czego ty potrzebujesz,
🔹odpoczynek budzi poczucie winy,
🔹przyciągają cię osoby „do uratowania”.

To nie są wady.
To są strategie przetrwania z dzieciństwa.

Osoba współuzależniona NIE POTRZEBUJE się „naprawić”, POTRZEBUJE za to:
✅ powrotu do ciała,
✅ regulacji układu nerwowego,
✅ pracy z historią rodzinną i lojalnościami,
✅ doświadczenia relacji, w której nie trzeba zasługiwać na miłość.

Bo współuzależnienie to nie za dużo miłości.
To miłość, która nigdy nie miała gdzie się oprzeć..... i kiedy ktoś zaczyna widzieć siebie – wzorzec może się zatrzymać.

Nie z walki.

Z obecności🤍.

Katarzyna Świdlińska
Terapeuta Ustawień Systemowych, Pracy z Ciałem i Emocjami

Adres

Zdunska Wola

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Kaśka Podniecona Życiem - zadbaj o Swój Dobrostan umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram