17/08/2021
W punkt...
Medycy pracują ciężko. I co z tego? Nie oni jedni. Istnieją zawody, które dają o wiele bardziej popalić psychicznie i fizycznie. Jednak nie o licytacje tutaj chodzi, mimo że jako naród, tak bardzo je uwielbiamy.
Na barkach spoczywa odpowiedzialność za cudze zdrowie i życie. Dlaczego garstka decyduje się pracować 40 godz. tygodniowo, a znaczna część po 80, 100, a nawet więcej?
- Życie na kredyt, który chce się jak najszybciej spłacić, by zacząć normalnie żyć.
- Dzieci, którym chce się zapewnić studia i dobry start.
- Garść marzeń do spełnienia.
- Braki kadrowe i koleżanka, która po 24 godzinnym dyżurze chciałaby pójść do domu i trzeba ją zmienić tym bardziej, że nie wiadomo kiedy my znajdziemy się w podobnej sytuacji z nadzieją, że ktoś przyjdzie.
- Pacjenci, którzy nie będą wystarczająco zaopiekowani przez okrojony zespół lub w ogóle zostaną bez pielęgniarki.
Pan Kazimierz, Mateusz, Karol, pani Ewa, Justyna, Bożena - pacjenci zdani na kulejący system, który staramy się dźwigać w swoim miejscu pracy. Regionalnie, nie globalnie. Nie zdając sobie na codzień sprawy, że bierzemy udział w ogólnopolskiej akcji reanimacji trupa. Widzimy tylko swoje „poletko”, które musimy i jeszcze chcemy obrobić jak najlepiej, do którego jesteśmy przywiązani. Presja jest ogromna - ze strony zespołu którego jesteśmy częścią, przełożonych, pacjentów, ich rodzin i opinii publicznej. Wszyscy wydali już swoje wyroki:
- Ten system się zawali.
- Nie da rady spiąć grafiku na kolejny miesiąc, trzeba wyłączać kolejne łóżka.
- Pielęgniarki są gburowate, niemiłe, opryskliwe, mówią ile mają pracy, a jeszcze znajdują czas na odpoczynek i kawę.
- Zaniedbują swoje obowiązki.
- Może i pracują cieżko, ale podwyżki im się nie należą. Są słabymi pracownikami.
Ten słaby pracownik od ładnych paru lat systematycznie się wypala - dla koleżanek i kolegów, pacjentów i aby go było stać…
Osoba pracująca za dwa etaty i na dwóch etatach za cholerę nie będzie miła, czarująca, cierpliwa i wyrozumiała. Chce zrobić swoje, pomóc komu trzeba, tak jak trzeba, nie marnując energii na kurtuazję, uprzejmości i wszystko co zabiera czas, a nie posuwa pracy do przodu. Jeżeli ktokolwiek, kiedykolwiek był zawalony pracą, zegar nieubłaganie odmierzał czas, a z każdym przesunięciem wskazówki rosło w nim napięcie i stres, to wie o czym mowa. Każde oderwanie od pracy podnosi ciśnienie. O ile na początku jesteśmy w stanie nad tym zapanować, o tyle każde dodatkowe zawracanie głowy które wybija nas z rytmu wzmaga złość i frustracje. Wystarczy komentarz: „Co tak długo? Ja tu czekam, a pani siedzi i nic nie robi!”, by czara goryczy się przelała.
Zdarza się, że reanimujemy pacjenta, a inny w tym czasie prosi o zwilżenie ust.
Prosisz, żeby pacjent niczego sobie nie usuwał i za nic nie ciągnął, po czym znajdujesz sondę i wkłucie do tętnicy na podłodze, bo pacjent wie lepiej.
Mówisz że przyjdziesz, gdy tylko znajdziesz chwilę czasu, po czym go nie znajdujesz, dyżur się kończy i przypominasz sobie w domu, ze obiecałaś…
Stoisz ubrana „na jałowo” do pobrania posiewu, a w tym czasie ktoś inny się ekstubuje.
Zmieniasz okleinę przy wkłuciu do tętnicy, trzymasz niezabezpieczone wkłucie w ręce i nagle odzywa się serenada pompy z Levonorem.
Pacjent nagle pogarsza się oddechowo, a u sąsiada spada ciśnienie napływu w Prismie.
Znalazłaś wreszcie czas na wypełnienie dokumentacji w komputerze. Pacjentowi domagającemu się twojego przyjścia mówisz, ze jesteś zajęta i przyjdziesz jak się z tym uporasz, a po przyjściu słyszysz, że jesteś leniem bez empatii bo nie chce ci się nawet poprawić poduszki.
Odrywanie się, wysyp rzeczy do zrobienia które nie były w planach, splot niefortunnych zdarzeń, rzeczy które się dzieją w najmniej odpowiednim momencie, niewspółpracujący pacjenci, ich komentarze, wylewanie na głowy wiadra pomyj i obarczanie nas odpowiedzialnością za cudze decyzje, głównie lekarskie - testują naszą cierpliwość notorycznie i wciąż. Ta przy ogólnym nawale rzeczy do zrobienia „na już”, szybko potrafi się skończyć. Dość szybko dochodzimy do punktu, w którym skupieni jesteśmy na zadaniu pomijając w nim pacjenta jako całość. Choć zdarzają się i tacy pacjenci, którzy działają jak plaster na serce. Są tak ciepli, wyrozumiali, serdeczni, że bywa nam wstyd - za bluzgi pod nosem, wywracanie oczami, irytację.
- Boli?
- Boli.
- To dlaczego pani nie woła?
- To nic. Widzę ile macie pracy. Ja mogę poczekać.
Patrzę w te zmęczone bólem oczy przepełnione dziwnym ciepłem. Ja swój odwracam, ściskam pacjentkę za rękę i obiecuję że zaraz przestanie boleć. Na chwilę się zatrzymuję, zwalniam, daję jej swój czas. Później ta scena jeszcze do mnie wróci ze stosem nieuporządkowanych myśli.
A póki co jest tu i teraz.
Ofiary systemu.
Wszyscy nabuzowani, elektryczni, nastawieni na walkę z rosnącymi oczekiwaniami z każdej strony. I w tym wszystkim kurczący się czas, a jeszcze tyle do zrobienia…
Nabuzowani, elektryczni, nastawieni na walkę o uwagę pacjenci. Bo przecież bez rozpychania się łokciami, awantur, wyzwisk czy straszenia nikt nie zwróci na nich uwagi. Poza tym płacą, odprowadzają składki, wymagają. Z poczuciem braku zainteresowania, pomocy, opieki.
Jedna na 25 pacjentów. Jednemu pacjentowi w ciągu dyżuru może poświecić 28 minut i 48 sekund… Gdy coś ją zatrzyma, bo komuś się pogorszyło, trzeba było podjąć reanimację, podać dodatkowe leki, wyjechać na badanie poza oddział, założyć dodatkowe wkłucie, wypełnić stos dokumentacji medycznej, napisać raport, wyjsć do toalety lub coś zjeść… czas na jednego pacjenta dodatkowo się kurczy.
28 minut i 48 sekund…
A rząd przekonuje, że upadający system to nasza wina. Hejt się kręci i ma się dobrze…
Komu popcorn?