23/03/2026
Polecamy felieton red. Artura Łukasiewicza w CZAS Zielonej Góry, który ciepło wypowiada się o likwidacji ogrodzenia wokół szpitala. Dziennikarz zachęca do spaceru wokół lecznicy, a my jeszcze dodajemy, że również w poprzek szpitala, czy to ulicą Zyty, czy też od Podgórnej do Wazów można nie tylko łatwo przejść, ale również odpocząć na ławeczce, poczytać o naszej historii, skorzystać z placu zabaw, czy tężni.
▶️Likwidacja ogrodzeń była pomysłem prezesa zarządu szpitala Marka Działoszyńskiego i rozpoczęła się od ul. Wazów w 2021 r. W kolejnych latach w ramach inwestycji „Przebudowa wewnętrznego układu komunikacyjnego wraz z infrastrukturą towarzyszącą” zniknęły następne ogrodzenia.
▶️Jej celem było nadanie terenowi szpitala nowych funkcji społecznych, rekreacyjnych, turystycznych, edukacyjnych, kulturalnych i gospodarczych. Tak, by wtopić to wszystko w tkankę miasta.
▶️Cieszy zatem taki komentarz czytelniczki:
"Szpital się pięknie odsłonił. Teren jest zadbany, przestronny i dostępny. Często bywam i dostrzegam też zmiany w otwartości i życzliwości personelu" 😀👍
Czytaj: ⬇️⬇️⬇️
Do budynków zielonogórskiego szpitala wchodzimy w stu różnych miejscach, nieraz wprost z ulicy. To dziś, a parę lat temu było zupełnie inaczej - kilometry płotów, bramki, portiernie. Szpital z dnia na dzień zlikwidował „ogrodzeniozę”.
Ową wyszydzaną „ogrodzeniozę” wymienia się wśród największych chorób polskich miast obok betonozy, pastelozy a ostatnio paczkomatozy. Sporo pisało się o niezwykłym przywiązaniu Polaków do płotów, siatek, drutów. Przez dekady grodziliśmy i „barierkowaliśmy” co się da. Internauci wiele budowanych osiedli z powodu wszechobecnych ogrodzeń nazwali z szyderczym okrucieństwem „polskimi obozami mieszkaniowymi”.
Zielona Góra nie odbiega od krajowych norm, też ją trawi „ogrodzenioza”. Chodząc po śródmieściu i osiedlach, łatwo natrafimy na jakiś koszmarek ogrodzeniowy. Moim ulubionym przykładem są budynki ZUS i Urzędu Pracy przy ul. Wyspiańskiego. Podwórza obu instytucji są posiekane płotami wzdłuż i wszerz, niczym w więziennej twierdzy. Człowiek z lekarskim wskazaniami na ZUS-owskie komisje musi czuć się jak w miejscu o obostrzonym rygorze. Wymowny jest też przykład z samego deptaka. Parę lat temu ciężka brama zagrodziła podwórze teatru i kamienicy kolegium odwoławczego. Chyba tylko licho wie, po co to.
Na początku tej dekady w Zielonej Górze stał się cud. Oto szpital zlikwidował wszystkie okalające go płoty. Od głównego wejścia przy ul. Wazów, przez ulice Staszica i Podgórną. Ciągnęły się kilometrami przez dziesięciolecia. Typowy standard z PRL - pomalowane na ciemną zieleń zakratowane siatki w żelaznych ramach stały na podmurówkach między betonowymi słupkami.
Po prawdzie szefostwo wykorzystało pretekst, bo zaczynała się potężna inwestycja w termomodernizację. Łatwiej było odpuścić kosztowną odnowę starych, zardzewiałych, obłażących z farby płotów. Niemniej, decyzja o ich likwidacji była cudowna. Dziś szpital jest dostępny dla ludzi niemal z każdej strony, wchodzimy wprost z ulicy i chodnika. Żadnych barier.
Od ogrodzeniowego cudu mija sześć lat. Przez ten czas urosły nieco zasadzone drzewa. Za chwilę się zazielenią i jeszcze mocniej ujawnią jak bezsensowne jest ogradzanie publicznych placówek. Jak bez płotów nagle przestrzeń staje się po prostu przyjazna, niczym nie ograniczana.
Szpital zrobił to świetnie. Mieszkańcy na dodatek - jak wytężą wzrok - mogą się przekonać o dobrodziejstwie nowego podejścia kontrastując to z sąsiednim, szkolnym gmachem „medyka” przy ul. Wazów. Tu nadal obowiązuje „ogrodzenioza”.
Pionierski eksperyment szpitala sprawił, że mieszkańcy na własnej skórze odczuli jak się żyje bez płotów. W jednej chwili znikają granice, a żelazne ogrodzenia wcale nie były gwarancją bezpieczeństwa. Piesi nie muszą nadkładać drogi, dostają na dodatek jak na talerzu żywą lekcję dbałości o miejski krajobraz.
Chcecie się o tym przekonać? Zachęcam do spacerowego okrążenia szpitala. Kółeczko można zacząć różnie - od Centrum Zdrowia Matki i Dziecka, od porodówki przy Podgórnej albo od starego wejścia przy ul. Wazów. Życie bez płotów naprawdę ma sens. I to zbawienny.
Artur Łukasiewicz