01/07/2026
Something right in this world of utter chaos. Welcome home to Janow.
„Powrót do Janowa to obowiązek wobec miejsca, któremu oddałem życie”. Marek Trela o nadziei po trudnych latach i planie odbudowy stadniny
Rok 2025 w Stadninie Koni w Janowie Podlaskim przyniósł wyraźny sygnał zmiany: powrót części dawnych partnerów, spokojniejszą organizację i pierwsze oznaki odbudowy reputacji po latach turbulencji. Jednocześnie – jak podkreśla Marek Trela, były prezes, dziś doradca – prawdziwa praca dopiero się zaczyna, bo hodowla koni to maraton, a nie sprint. O długofalowym programie wyciągania stadniny „z dołka”, znaczeniu uczciwej aukcji i największym wyzwaniu, jakim jest odbudowa stada klaczy, rozmawiał redaktor PulsmiastaTV Zbigniew Maciejuk.
Zbigniew Maciejuk, PulsmiastaTV: Panie Marku, dlaczego zdecydował się Pan wrócić do Janowa jako doradca?
Marek Trela: W pierwszym odruchu mogłoby się wydawać to dziwne – po tym, jak potraktowano nas w okolicach 2015–2016 roku. Ale dla mnie Janów to miejsce, któremu poświęciłem życie. Patrzyłem z oddali na to, co się tu działo: czasem z łezką w oku, czasem z przerażeniem. Gdy sytuacja się zmieniła i poproszono mnie o pomoc, uznałem, że nie mogę udawać obojętności. Jestem już na etapie, w którym potrzebny jest ktoś młody do prowadzenia całości – i dobrze, że tę rolę przyjęła Weronika Sosnowska. Ja mogę wspierać, doradzać i na tyle, na ile sił starcza, pomagać.
Jak wygląda Pana rola w praktyce?
To przede wszystkim przekazywanie doświadczenia w obszarach, których nie da się nauczyć „z dnia na dzień”: zarządzanie stadniną, ryzyka, priorytety, pułapki decyzyjne. W sprawach koni patrzymy z panią prezes podobnie – na ich jakość i rolę Janowa w polskiej oraz światowej hodowli. Nie dyktuję, nie narzucam się. Rozmawiamy, oglądamy konie, analizujemy decyzje na przyszłość.
Jaki to był rok dla stadniny?
Rok, który daje nadzieję. Wreszcie widać sensowny i rozsądny program wyciągania hodowli z dołka, w którym się znalazła. Tyle że sytuacja wyjściowa jest trudna.
Co jest dziś największym problemem „na zapleczu” hodowlanym?
Stado klaczy – fundament każdej stadniny – zostało mocno przetrzebione. Wiele klaczy, które nigdy nie powinny stąd odejść, sprzedano albo w inny sposób utracono. Teraz trzeba to odbudować, a to jest proces wieloletni. Dodatkowo klacze się postarzały: kiedyś zostawiłem stado młode i bardzo obiecujące, a dziś z niepokojem widzimy lukę pokoleniową. Między trzema a siedmioma latami jest w stadzie właściwie pojedyncza klacz. To sygnał ostrzegawczy.
Co jest przełomem: poprawa wizerunku czy porządkowanie hodowli?
Jedno bez drugiego nie zadziała. Cieszy mnie, że Janów zaczyna odzyskiwać reputację utraconą osiem lat temu. Wtedy, po naszej zmianie, pierwsza aukcja skończyła się skandalami i nieuczciwymi licytacjami – ludzie natychmiast to zauważyli. Miejsce, które było symbolem uczciwej rywalizacji o konie, zaczęto kojarzyć z próbą oszukania kupców. Odbudowa zaufania jest najtrudniejsza. Ale ostatnia aukcja pokazała coś budującego: powrót wielu dawnych partnerów, którzy mówili wprost, że „wracają do Janowa”.
Jak Pan odczytuje wyniki aukcji 2025: jednorazowy „oddech” czy początek relacji?
Kupcy przyjechali, kupili konie w uczciwej aukcji i – z tego, co wiemy – są zadowoleni. Przesyłają zdjęcia, filmiki, widać, że cieszą się zakupami. Teraz najważniejsze jest przygotowanie kolejnej oferty. To zawsze trudne, bo rozstawać się z dobrymi końmi boli, a decyzje o sprzedaży rodzą się w „bólach”. Ale jakość koni jest najlepszym magnesem.
Wspomniał Pan o sukcesach pokazowych. Jaką mają wagę dziś?
Ogromną. Przez ostatnie lata sukcesów było niewiele, a to właśnie one budują reputację stadniny i „markę” konkretnych koni. Dawne rekordowe ceny wynikały z tego, że sprzedawano konie, które coś udowodniły na pokazach. Bez tego trudno oczekiwać spektakularnych rezultatów finansowych.
Czy polska hodowla konia arabskiego nadal jest unikatowa?
Polskie konie zawsze najlepiej broniły się w bezpośrednim porównaniu – poprawnością budowy, ruchem, jakością. Wciąż są zauważane i ważne na rynku, ale jest oczekiwanie, że znów pokażemy coś wybitnego: konia, który „podbije świat”. To się nie wydarzy bez konsekwentnej pracy.
Gdyby miał Pan wskazać jedną „historię sezonu” – jakie konie lub linie krwi ją opowiadają?
Dla mnie szczególne znaczenie ma Adelita – klacz, która uzyskała w tym roku najwyższą cenę. To koń ważny także osobiście: pamiętam jej zwycięstwa i drogę od sukcesów pokazowych, przez karierę wyścigową, po dojrzałą klacz. Sprzedaż takiego konia zawsze boli, ale jeśli rodzina i linia krwi są mocne, stadnina może pozwolić sobie na taki ruch – pod warunkiem, że równolegle konsekwentnie buduje kolejne pokolenia.
Jak układa się Panu współpraca z prezes Weroniką Sosnowską?
Bardzo dobrze. Uważam, że to osoba właściwa na to miejsce. Trudno mi wyobrazić sobie kogoś, kto mógłby w tej chwili lepiej poprowadzić Janów. Ona to rozumie i „czuje” – a w Janowie bez tego nie da się pracować.
Jakie rekomendacje daje Pan na 2026 rok?
W hodowli prognozowanie jest zawsze obarczone ryzykiem. Jesteśmy u progu nowego sezonu wyźrebień – zobaczymy, jak zadziałały zeszłoroczne plany i dobory ogierów. Już dziś trzeba myśleć o kolejnym sezonie kryć, bo efekty decyzji zobaczymy dopiero za rok, dwa, a prawdziwą zmianę pokoleniową za kilka lat. Priorytet jest jasny: odbudowa stada klaczy, uporządkowanie podstaw – pasze, organizacja, standardy – i konsekwencja. To musi wejść na właściwe tory.
Podsumowując: co jest dziś największą stawką?
Cierpliwość i długofalowy plan. Reputacja wraca, ale hodowli nie da się „naprawić” z dnia na dzień. Jeśli Janów ma wrócić do światowej czołówki, trzeba działać spokojnie, mądrze i konsekwentnie.