Pozytywna Zmiana

Pozytywna Zmiana Odkryj moc technik poznawczo-behawioralnych w życiu swoim, swojego dziecka i waszej rodziny!

W Polsce: psycholog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny w trakcie kształcenia, członek PTTPB
USA: MA in Psychology, Certified Cognitive-Behavioral Therapy Life Coach, member of NACBT, Parental Coach, Mental Health Educator

01/22/2026
01/19/2026

Podobno na sekundy przed, ciało wysyła sygnały, których nie da się pomylić z niczym innym. W ustach czujesz nagły, metaliczny posmak, jakbyś ssał garść miedzianych monet. Powietrze wokół gęstnieje i zaczyna pachnieć chlorem albo ozonem, jest to znak, że cząsteczki tlenu dosłownie rozpadają się tuż przed twoim nosem. Włosy na głowie i rękach stają dęba, bo każda komórka twojego ciała ładuje się ładunkiem elektrycznym i zaczyna odpychać od reszty. Jeśli masz na sobie metalową biżuterię, możesz usłyszeć jej brzęczenie. To nie jest moment na zdjęcie. To ostatnie ostrzeżenie od natury.

20 sierpnia 1975 roku na szczycie Moro Rock w Parku Narodowym Sekwoi bracia McQuilken nie uciekali, bo nie mieli pojęcia, co oznaczają te znaki. W tamtych czasach nikt nie uczył o tym w szkołach. 18-letni Michael, 14-letni Jeff oraz 12-letni Sean po prostu dobrze się bawili. Najpierw Michael sfotografował 15-letnią Mary, ich siostrę. Potem Mary przejęła aparat i uwieczniła braci. W grupie była jeszcze 16-letnia Margie Warthen, przyjaciółka rodziny. Ta beztroska sesja trwała kilka minut. W tym czasie ich ciała stały się elementami gigantycznego obwodu elektrycznego łączącego granitową skałę z chmurami. Z punktu widzenia fizyki, byli już namierzeni.
Mówiąc prościej: ich ciała zamieniły się w anteny. Kiedy twoje włosy stają dęba, oznacza to, że z twojej głowy w stronę nieba wystrzelił już niewidzialny dla oka kanał prądu, zwany przez naukowców liderem wstępującym. W tym samym czasie z chmury w stronę ziemi schodzi podobny kanał. Gdy te dwie nitki się spotkają, obwód się zamyka i następuje uderzenie. Bracia mieli od kilku minut do kilku sekund na ucieczkę. Gdyby wtedy natychmiast rzucili wszystko i ruszyli w dół, mogliby ocaleć. W ostateczności, gdyby uderzenie było kwestią sekund, powinni kucnąć ze złączonymi stopami, by zminimalizować ryzyko. Oni jednak zostali na szczycie, by dokończyć sesję. Sekundę po tym, jak Mary nacisnęła spust migawki swojego Kodaka, nastąpił oślepiający, biały błysk.

To nie była tylko iskra. Michael opisywał to później jako potężną eksplozję, która wyrzuciła ich w powietrze i wywołała nagłe uczucie nieważkości. Gdy opadł na granitową skałę, świat wokół wypełnił smród palonych włosów i zwęglonego mięsa. Sean leżał zwinięty w kulkę, a z jego pleców i łokci wydobywały się sine kłęby dymu. Prąd o napięciu milionów woltów dosłownie wypalił sobie drogę na zewnątrz przez jego ciało. Mary przeżyła, ale jej skóra w ułamku sekundy stała się zielona, a ona sama wymiotowała później z bólu przez kilkanaście godzin. Przez lata zmagała się z różnymi dolegliwościami, ale najgorsze przyszło niedawno. Musiała przejść skomplikowaną operację usunięcia guza mózgu. Mary jest przekonana, że to nie przypadek. Podejrzewa, że gigantyczna dawka energii, która przeszła przez jej ciało jako nastolatki, mogła być zapalnikiem dla nowotworu.

Inny turysta, stojący nieopodal, nie miał tyle szczęścia. Zginął na miejscu, trafiony tym samym wyładowaniem.

Początkowo wydawało się, że bracia McQuilken oszukali śmierć. Sean trafił do szpitala z oparzeniami trzeciego stopnia, ale lekarze zdołali go uratować. Jednak prawdziwa tragedia zaczęła się dopiero lata później. Piorun to nie tylko oparzenia zewnętrzne. To gigantyczny impuls elektrowstrząsowy, który trwale uszkadza ludzki układ nerwowy. Bracia zaczęli cierpieć na postępujące zmiany neurologiczne, które z czasem przerodziły się w głęboką, mroczną depresję, której nie potrafiła uleczyć żadna terapia. To, co ich spotkało, nie było odosobnionym przypadkiem. Sean odebrał sobie życie w 1989 roku. Jeff, który stał obok niego tamtego popołudnia, zrobił to samo niedługo potem. Michael mówi bez ogródek: to nie były zwykłe kryzysy psychiczne, tylko efekt neurologicznego spustoszenia. Ich dramat stał się klinicznym przykładem tego, jak wyładowanie atmosferyczne niszczy człowieka na raty, łącząc historię jednej rodziny z przerażającymi ustaleniami medycyny sądowej.

Nauka zna to zjawisko jako Keraunoparaliż. Statystyki organizacji takich jak Lightning Strike and Electric Shock Survivors International potwierdzają, że przeżycie uderzenia to często dopiero początek męki. Prąd niszczy osłonkę mielinową nerwów. Powoduje to chroniczny ból, zaburzenia pamięci, drgawki i gwałtowne zmiany osobowości. Uszkodzenia płatów czołowych i układu limbicznego mogą trwale odebrać zdolność odczuwania radości. To wyjaśnia, dlaczego wśród ofiar uderzeń przez pioruny odsetek targnięcia się na swoje życie, jest tak wysoki.

Michael McQuilken do dziś żyje, pracując jako inżynier oprogramowania i perkusista. Ale góry traktuje już tylko z nabożnym strachem. Często ostrzega turystów na szlakach, gdy widzi zbierające się chmury. Mary mieszka w Huntington Beach, pracuje jako nauczycielka w pierwszej klasie. Nie ucieka od tamtego dnia. Przeciwnie, pokazuje dzieciom to słynne zdjęcie i uczy je, jak rozpoznawać znaki ostrzegawcze natury. Chce, żeby wiedziały to, czego ona nie wiedziała w 1975 roku.

01/17/2026
01/17/2026

To są moje osobiste przemyślenia.
Po miesiącu spędzonym na Grenlandii w zeszłym roku.

Nie piszę tego, bo „coś przeczytałam”.
Piszę to, bo tam byłam, rozmawiałam, słuchałam i czułam.

Relacja Dania – Grenlandia jest relacją nierówną.
Historycznie kolonialną — i to da się odczuć.
Jednocześnie jest to relacja złożona, pełna sprzeczności, zależności i ludzi po obu stronach, którzy działają bardzo różnie.

Poznałam położną z Danii, która pokochała swoją grenlandzką wioskę i kobiety, z którymi pracowała. Nie mogła zrozumieć, jak można tak traktować Inuitki.
Na jej miejsce przyjechała inna Dunka — sfrustrowana, rozczarowana, narzekająca na brak bieżącej wody. Traktowała miejscowych z wyższością. Bez refleksji. Bez wstydu.

To nie jest opowieść o „wszystkich Duńczykach”.
To są konkretni ludzie i konkretne postawy.

Ja sama zostałam bardzo dziwnie przyjęta na lotnisku przez Duńczyka.
Poczułam bezsilność — i jednocześnie władzę, jaką Dania ma tam już na wejściu.
To uczucie zostało we mnie.
Ale wiem też, że inni mogli tego doświadczyć zupełnie inaczej.

Usłyszałam historie kobiet, które straciły dzieci, bo nie przeszły duńskich procedur medycznych.
To nie są legendy. To żywa pamięć.
Jednocześnie wiem, że system ochrony zdrowia ratuje tam także wiele istnień — i że bez wsparcia z zewnątrz Grenlandia miałaby dziś ogromne trudności.

Żeby była jasność:
Grenlandczycy różnią się od Europejczyków. Jest bieda, izolacja, trudne warunki klimatyczne, alkohol, brak pracy.
Ja to rozumiem — bo mieszkam na Wyspach Owczych.

I mówię to wprost: wiem, że Grenlandia nie dałaby dziś rady całkowicie sama.
Nie ma takiej opcji — nie przy obecnym systemie, skali kraju, warunkach i liczbie mieszkańców.
Wsparcie z zewnątrz jest realnie potrzebne.

Ale rozumienie tej zależności nie daje prawa do pogardy, tak samo jak pomoc nie powinna oznaczać kontroli.

Jedna pielęgniarka powiedziała mi zdanie, które bardzo we mnie zostało:

„Sabina, my jesteśmy tu gośćmi. To nie oni przyjechali do Danii.”

To jej perspektywa.
I dla mnie była ważna.

Latem byłam w Ilulissat z grupą.
Był tam duński przewodnik przedstawiany jako „lokalny”.
I tu poczułam wewnętrzny sprzeciw — bo narracja, którą usłyszałam, była bardzo jednostronna.

Padły słowa o tym, że Dania „pomogła Grenlandii w czasie II wojny światowej”.
Tymczasem faktem jest, że w 1940 roku Dania była okupowana przez Niemców i realną odpowiedzialność za bezpieczeństwo Grenlandii przejęły Stany Zjednoczone.
Historia bywa opowiadana różnie — zależnie od tego, kto mówi.

Są też fakty, których nie da się pominąć.
W latach 60. i 70. duński system zdrowia zakładał spirale antykoncepcyjne tysiącom grenlandzkich dziewczynek i kobiet — często bez ich wiedzy i zgody.
Dania przeprosiła.
Ale przeprosiny nie cofają skutków ani traumy.

Z drugiej strony:
dzisiejsza Grenlandia w dużej mierze funkcjonuje dzięki duńskiemu wsparciu finansowemu.
To fakt.

Jednocześnie Grenlandia stała się dziś obiektem zainteresowania nie tylko Danii.
Stany Zjednoczone również nie są w tej historii bezinteresowne.
Chodzi o minerały ziem rzadkich, uran, potencjalne złoża ropy, ale też o kontrolę terytorium, przestrzeni powietrznej i nowych szlaków morskich, po których już dziś poruszają się statki, a w przyszłości będzie ich jeszcze więcej.
Grenlandia jest kluczowym punktem strategicznym między Europą a Ameryką Północną.

To nie jest więc opowieść o „dobrej” i „złej” stronie.
To opowieść o interesach wielkich państw, w których Grenlandczycy mogą bardzo łatwo zostać sprowadzeni do roli tła.

W turystyce widać to wyraźnie — wiele firm, kapitału i narracji pochodzi z Danii.
Czy to jest w porządku?
Nie wiem.
Ale warto zadać sobie pytanie, jak byśmy się czuli, gdyby ktoś z zewnątrz przejął opowieść o naszym domu.
Na Wyspach Owczych taka sytuacja wywołałaby ogromny sprzeciw.

I żeby była pełna jasność:
nie jestem za tym, żeby Grenlandię „przejęły” Stany Zjednoczone ani jakiekolwiek inne państwo.

Jestem za tym, żeby Grenlandia sama decydowała o swojej przyszłości:
czy chce być w relacji z Danią,
czy chce się odłączyć,
czy chce — przy wsparciu, którego realnie potrzebuje — budować przyszłość na własnych zasadach.

Bez nacisków.
Bez interesów wielkich graczy w tle.

Bo to nie jest ziemia do wzięcia.
To jest czyjś dom.

To są moje myśli.
Moje doświadczenia.
Jedna z wielu możliwych perspektyw — nie jedyna.

I mimo całej tej historii, bólu i trudnych emocji…
już nie mogę się doczekać kolejnych wypraw na Grenlandię w tym roku.
Bo to miejsce i ci ludzie zasługują przede wszystkim na szacunek, a nie kontrolę.

Wasza
Sabina 🇬🇱

01/17/2026

Uwaga! Bardzo ważne, wysłuchaj

Nie jest o tym, że jako mama "warto i należy dbać o siebie" bo takiego podejścia dopiero się uczę i moje codzienne spraw...
01/16/2026

Nie jest o tym, że jako mama "warto i należy dbać o siebie" bo takiego podejścia dopiero się uczę i moje codzienne sprawy, którymi żyje nie dają na to zbyt wiele przestrzeni ("nigdy nie byłam też typem super dbającym o relaks - raczej zawsze w pędzie, w biegu za ambicjami, z kompletnie zaniedbanymi potrzebami cielesnymi (poza zdrowym jedzeniem 😉). Dopiero moje zdrowie i ciało upomniało się o regularne masaże (i ćwiczenia). Ale teraz nie o tym.

Post będzie o asertywności. Czy łatwo Ci to przychodzi? Ja jestem z reguły asertywna, ale nawet mi, jak przychodzi mnie masować ktoś inny niż wcześniej prosiłam jest jakoś tak "głupio" upomnieć się o to, żeby przyszła ta Pani, o którą prosiłam robiąc appointment. Bo nie chcę zrobić przykrości komuś. Nie chce żeby poczuł się gorzej przeze mnie.

Czy zastanawiałaś się kiedyś z czego to się bierze? Skąd pochodzi? Poświęcanie siebie i swojego komfortu na rzecz komfortu innej osoby?

W jakiś sposób uczymy się, że ktoś inny jest bardziej ważny. Czasami jako starsze rodzeństwo, które ma "odpuścić" temu młodszemu, czasami jako to dziecko niezaopiekowane emocjonalnie, które ma "nie przeszkadzać i być grzeczne", i jeszcze w wielu wielu innych sytuacjach.

Ja chce Ci powiedzieć tylko jedno. Nie musi tak być do końca życia. W dorosłości można się nauczyć na nowo mówić sobie "Też jestem ważna". ❤️

01/16/2026

Przeczytajcie, warto :) W przytoczonych tutaj historiach odnajduję wiele kawałków dotyczących mojego życia i tych wszystkich rad, których udzielają mi najczęściej osoby z rodziny, które nie pomagają ale uważają, że wystarczy chcieć coś zorganizować. Nie rozumiejąc z czym rozwojowo mierzą się w danym momencie moje dzieci, co jest dla mnie priorytetem (bo jakoś dając rady w przelocie akurat niespecjalnie mają ochotę siąść i tego wysłuchać), dlaczego czasem niektórzy są w stanie coś zorganizować, a inni akurat w tym punkcie w którym są nie są lub nie mają emocjonalnych, fizycznych lub finansowych zasobów. Na szczęście nauczyłam się patrzeć na te komentarze jako pewne "zjawisko" I doceniać po prostu te osoby, które szczerze służą pomocą, chcą zrozumieć, a gdy dają swoje rady to mają chwilę by się zatrzymać w swoim pędzie i przycupnąć, zastanowić się razem ze mną i finalnie podpowiadają realne dla mojego etapu życia rozwiązania.

Oby jak najwięcej takich postów I jak najwięcej rzyczliwych doradców.

01/14/2026

Pan prezydent uzasadnia weto wobec ustawy mającej zwiększać ochronę dzieci przed nadużyciami w internecie, sięga po Orwella i „Rok 1984”. Używa argumentów o ryzyku cenzury, totalitaryzmu państwa i naruszenia wolności słowa. To narracja, która dobrze rezonuje w przestrzeni symbolicznej, bo odwołuje się do lęku przed kontrolą i utratą swobód.

Problem polega na tym, że ta sama Konstytucja, na którą powołujemy się, broniąc wolności słowa, zobowiązuje państwo do ochrony dzieci przed krzywdą i przemocą we wszystkich środowiskach wzrastania dziecka. Również w przestrzeni cyfrowej. Internet nie jest obszarem wyjętym spod tej odpowiedzialności, nawet jeśli jest obszarem trudnym regulacyjnie.

W tym miejscu warto zejść z poziomu wielkich idei na poziom realnych kompetencji dorosłych, bo to właśnie im powierzamy dziś rolę strażników dziecięcego bezpieczeństwa w sieci.

Raport OECD oparty na badaniu PIAAC pokazuje, że około 39% dorosłych Polaków ma niski poziom rozumienia tekstu pisanego. Chodzi o trudności w analizie dłuższych treści, wnioskowaniu, rozumieniu złożonych komunikatów i oddzielaniu faktów od interpretacji. To są dokładnie te umiejętności, które są potrzebne, by poruszać się w świecie informacji, dezinformacji i manipulacji.

OECD wskazuje również, że około 48% dorosłych w Polsce ma trudności z rozwiązywaniem problemów w środowisku nasyconym technologią. To obejmuje codzienne sytuacje cyfrowe, takie jak korzystanie z platform, formularzy, aplikacji, ustawień prywatności czy algorytmicznych mechanizmów treści.

Z kolei dane Instytutu Badań Edukacyjnych „Uczenie się dorosłych w Polsce” i raport OECD „Skills Outlook 2025” pokazują niski poziom uczenia się dorosłych. Około jedna piąta dorosłych Polaków uczestniczy w jakiejkolwiek formie edukacji formalnej lub pozaformalnej w ciągu roku. Dla większości edukacja kończy się wraz ze szkołą lub studiami, mimo że środowisko cyfrowe zmienia się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

I w tym miejscu pojawia się pytanie, które rzadko pada w debacie publicznej. Jak ci sami dorośli, mają skutecznie chronić dzieci w internecie i mediach społecznościowych?

Jak mają rozpoznawać grooming, manipulację, przemoc symboliczną, treści seksualne, dezinformację i mechanizmy uzależniające, skoro sami często nie rozumieją, jak działają platformy, algorytmy i język sieci? Zrzucanie całej odpowiedzialności za ochronę dzieci w internecie na rodziców, a nie na Big Techy jest tym samym, co pozostawienie rodzica samemu sobie z dzieckiem chorującym, wobec którego stosowana jest przemoc czy gdy trzeba dziecko wyedukować. Zadaniem Państwa jest wspierać rodziców w wychowaniu i opiece nad dziećmi. Dlatego powstał system ochrony zdrowia, edukacji czy przeciwdziałania przemocy. Czas na wsparcie w obszarze regulacji środowiska cyfrowego.

Pozostawianie dzieci w mediach społecznościowych bez realnych narzędzi egzekucji ograniczeń wieku i wsparcia dorosłych nie jest wyrazem wolności. Jest często konsekwencją bezradności, braku wiedzy i przekonania, że „i tak wszyscy sobie jakoś poradzą”.

Dlatego dyskusja o ochronie dzieci w sieci nie powinna zaczynać się ani kończyć na Orwellu. Powinna zaczynać się od uczciwego spojrzenia na to, jakie potrzeby i opinie w tym temacie mają Młodzi, jakie umiejętności ma dziś dorosłe społeczeństwo i dlaczego właściciele platform nie odpowiadają za ryzyko i zagrożenie jakie czeka dzieci, które się tam logują.

Bez podnoszenia kompetencji dorosłych, bez dialogu z Młodymi i bez wsparcia systemowego, apelowanie wyłącznie do wolności słowa staje się wygodnym uproszczeniem. A jego koszt ponoszą ci, którzy sami nie mają jeszcze narzędzi, by się bronić. Smutne to bardzo.

O tym, że nie trzeba być mamą perfekcyjną ❤️
01/14/2026

O tym, że nie trzeba być mamą perfekcyjną ❤️

01/12/2026

Mężczyzna z tzw. matczyną raną
albo wychowany przez narcystyczną, chłodną lub kontrolującą matkę. Taka osoba najczęściej nie idzie na terapię.
Nie dlatego, że nie mógłby, tylko dlatego, że nauczył się, że emocje to słabość,a winni są zawsze inni.
Ale uwaga :
On nie wybierze byle kogo.
Nie wybierze spokojnej, stabilnej kobiety,
która ma granice i nie pozwala się ranić.On znajdzie kobietę:
empatyczną
uległą
odpowiedzialną za emocje innych taką, która całe dzieciństwo musiała zasługiwać na miłość.
Czyli kogoś, kto zna ten ból.
Na początku ona jest mega wyjątkowa dla niego.
Czuła. Rozumiejąca. LCierpliwa.
On czuje się przy niej ważny. Widziany.
Ale bardzo szybko coś się zmienia.
Zaczyna się:
krytyka
pouczanie
gaszenie spojrzeniem
obrażanie żartem
fochy
trzaskanie drzwiami
wycofanie uczuć jako kara

On zaczyna mówić:

Ty mnie denerwujesz
Z tobą zawsze jest problem
Przesadzasz
Jesteś za głośna, za emocjonalna,za chaotyczna.
Dlaczego?
Bo przy niej uruchamia mu się relacja z matką.
Tylko że tym razem role się odwracają.
Kiedyś:
to on był mały,zależny,oceniany i niewystarczający.
A terazz:
to on ocenia
to on karze ciszą
to on odbiera poczucie wartości
to on się obraża
A ona?
Ona próbuje jeszcze bardziej.

Staje się:
grzeczniejsza, spokojniejsza, bardziej idealna,
bardziej odpowiedzialna za jego nastrój.
Bo zna ten mechanizm z dzieciństwa:
Jak się postaram, to mnie pokochają.

I tak powstaje duet ran doskonałych!

On:
nie bierze odpowiedzialności za emocje, przerzuca winę, odreagowuje frustrację
Ona:
bierze wszystko na siebie, tłumaczy go
zostaje mimo bólu.

Psychologicznie dzieje się tu kilka rzeczy naraz:
On reguluje swoje emocje kosztem jej psychiki.
Ulga przychodzi mu wtedy, gdy ją umniejsza.
Ona traci kontakt ze sobą, bo cała energia idzie w ratowanie relacji.
Zależność rośnie, bo ból miesza się z nadzieją.
Nikt nie odchodzi, bo oboje boją się pustki bardziej niż cierpienia.
I to nie jest miłość.
To jest powtarzanie dziecięcych ran.
I teraz najważniejsze:
Oboje cierpią.
Oboje są w tym uwięzieni.
Ale odpowiedzialność za przemoc emocjonalną zawsze leży po stronie osoby,która ją stosuje.
Bez terapii ten układ:
-rzadko się zmienia
-zwykle się pogłębia
-kończy się wypaleniem, depresją, utratą siebie

Rany nie są po to, żeby w nich mieszkać.
Są po to, żeby je zobaczyć.
Bo miłość:
nie polega na gaszeniu drugiej osoby
nie polega na zasługiwaniu
nie polega na strachu
Miłość zaczyna się tam, gdzie kończy się powtarzanie dzieciństwa.

Pracownia wsparcia - Joanna Kruszyńska

Address

New York, NY

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Pozytywna Zmiana posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Contact The Practice

Send a message to Pozytywna Zmiana:

Share

Share on Facebook Share on Twitter Share on LinkedIn
Share on Pinterest Share on Reddit Share via Email
Share on WhatsApp Share on Instagram Share on Telegram